czwartek, 29 grudnia 2011

Goła Pupka :)

Nie wulgaryzmy czy tym podobne. Ale rozwój z gołą pupą następuje krokami milowymi. Taki mam zwyczaj, że gdy zmieniam Dziecku memu pieluchę rozkładam podkład jednorazowy (tylko z nazwy jednorazowy) i zostawiam Dziecko z golusią pupcią na tyle aż jej się znudzi czyli do pół godziny. Czasem jakieś siku się pojawi ale to nieważne. Ważna jest istota rozwojowa w tych momentach. Królewna moja czując iż jest wolna od pieluchy od razu zaczyna szaleć. Piski, okrzyki radości prezentacja zębali, turlanie się na boki, brzuch i plecy... Właśnie pierwsze obracanko stało się z gołą pupą. Guganie, piski i śmiechy w głos - z gołą pupą. Podnoszenie do siadu - z gołą pupą. Łapanie za stópki - z gołą pupą. Podnoszenie pupy w górę - z goła pupą i przemieszczanie się także a i pierwsze próby do raczkowania też, bo nóżki podkurcza i przesuwa się do przodu... I tak ostatnio myślę czy gdyby nie ta goła pupa - rozwój byłby wolniejszy? Późniejszy? Czy jak? Ta swoboda ruchu jest tak istotna dla Dziecka mego jak kąpiel w wannie. Kiedy to można pływać po warszawsku chlapać do woli dookoła itp... :) To także dobry sposób by mieć czas na przygotowanie papciu. Dziecko fika z gołą pupą a mama stroi przy jedzeniu. 
8 stycznia Chrzest - w końcu! A my jeszcze ubranka nie mamy, bo Nam Dziecko niewymiarowe się stało - długość 71cm. Te na 74 są wieeelkie a na 68 malusie... I co tu robić???

Nastrój mój się podniósł. Potrzebny był spacer samotny. Parę wieści o złej byłej koleżance, że jest jeszcze gorsza i moje ego poszło w górę. Tak jestem wredna :) I jak mi z tym dobrze :)

środa, 28 grudnia 2011

POświąteczny Wyjec.

Całe szczęście, że święta się skończyły. Migracje rodzinne może i miłe ale męczące jak cholera. Wczoraj pierwszy dzień po świętach myślałam, że odpocznę choć trochę a tu dupa. Gdyż spędzając cały dzień sam na sam z Dziecięciem Swym myślałam, że oszaleję jeszcze bardziej. Nie wiem czy to przez nadmiar twarzy czy wycieczki poza dom a może przez tą cholerną jedynkę na górze? Mojemu Dziecku włączył się wyjec. Cały dzień chodzę jak ślama (powiedzenie mojej mamy). Nie mam jak iść do kibla o myciu zębów nie wspomnę.... itp. Szlag mnie trafia w dodatku nosić Dziecka nie mogę bo kręgosłup boli strasznie a w chuście też odpada bo cierpię okresowo i sił nie mam. I generalnie wszystko jest na NIE. Mikołaj był dobry w tym roku ale szybko przeszła mi radość nad prezentami. Dochodzę do wniosku, że potrzebuję pomocy. Nie daję rady jak jest trudniej i muszę się zgłosić bo pigułki te słynne, co większość bierze, bo nie chcę nikomu krzywdy zrobić... Pogoda mnie dobija a chęci na cokolwiek brak absolutnie. Brzmi depresyjnie? No właśnie albo nerwicowo. Jak zwykle. Shit!

sobota, 24 grudnia 2011

Życzenia w locie!

Ślę Wam wszystkim moi drodzy i kochani czytelnicy i podglądacze, życzenia w locie między suszarką do włosów, mlekiem z butelką a pieluchą i strojeniem na Wigilię...!
Świąt pełnych miłości, ciepła i spokoju :)

wtorek, 20 grudnia 2011

Przy okazji.

Nie. Nie będzie o słodyczach. Choć cukier będzie odczuwalny...
Jestem Mamą. Mam Córkę. Tak to oczywiste a codziennie nie mogę się nadziwić. Jak to JA Matką? Para granatowych oczu bezczelnie wpatrzona w moją facjatę jak w obraz. I co Ona we mnie takiego widzi?
Mamo chcę jeść.
Daj butelkę!
Mamo przytul mnie.
Mamo pieluchę zmień.
Mamo pobaw się ze mną.
I Kaszka też mniaam.
Hehe patrz jakie mam zęby :)
Mamo boli mnie.
Mamo nie chcę już leżeć!
Mamo chcę popatrzeć.
Zostaw laptopa!
Mamo a kiedy będzie tata?
Mamo tata się spóźnia.
Foch
Nie budźcie mnie!
Mamo a może na dwór?
Oglądamy Magdę M?
Mamo swędzą mnie te zęby.
Moja rączka jest taaka doobra.
Zrzygałam się.
Mamo jaka Ty dooobra jesteś mniaam!
Mamo chcę spać.
Po lulaj mnie...
Jaka doobra zupka :)
A Czarodziejkę z Księżyca? Jest taka kolorowa :)
A jaka fajna łyżeczka
Daj mi pilota.
Nie mogę trafić smoczkiem do buzi.
Mamo! Chodź do mnie!!!
Foch
Mamo leżę na brzuchu!
A już nie.
 Mamo fajnie śpiewasz.
I tańczysz a co Ty robisz?
Nie chodź do kuchni.
Zostań ze mną.
Ja Ciebie też Mamo :)
Maaamoo!
ehe ehe.



5 miesięcy jutro skończy a siada! A jak siada to zaraz leży to na brzuchu to na pleckach i wywraca się jak wańka wstańka.

sobota, 17 grudnia 2011

Sprzątająco.

Matka lata na miotle, mopie, szczotce i szmacie jak szalona. 
Pamiętam gdy jako dziecko ganiana przez mamę do pomocy przy porządkach przedświątecznych przeżywałam męki i katusze. Klęłam pod nosem i często gęsto nie hamowałam swoich frustracji zatruwając dookoła wszystkim atmosferę przygotowań. A moja Mama tak bardzo wielbiła błysk w naszym gniazdku i świeżość pachnących świąt. Teraz przyszła kryska na matyska, bo z wzajemnością zmieniłam się w moją Mamę. ROBIĘ TO SAMO! Wczoraj okna a dziś szafki w kuchni. Co prawda mam ich aż 6 ale każda w środku i na zewnątrz błyszczy. Mąż pokrzykuje na mnie: gdzie firanki? gdzie chodniki? Zimno będzie a wichura za oknami i wiatr czuć na plecach... Więc wydumałam a co! Potrzeba matką wynalazków nie?
Zasłona wisi ale tak inaczej, bo druga na kanapie za nakrycie służy :)
Tak Nam się spodobało, że będę polować na zasłony w SH po niedzieli.
Może coś wygrzebię i okno zmienię na Święta?
Uwielbiam zmiany, przestawianie mebli i sprzątanie poprzez wyrzucanie, odgracanie i robienie miejsca wolnego!

Mąż się pyta: Po co tak sprzątać?
Hmmm a jak inaczej wyczarować świąteczną atmosferę? 
Pewnie można inaczej ale nie w mojej wyobraźni :)


Moje Dziecko Pięknie je łyżeczką. Zachwytom naszym co nie miara. Gdy widzi słoiczek z zupką aż trzęsie się z wrażenia i radości. A do kaszki wrzucamy po pół słoiczka owoców. A dla Was mam uwiecznioną wiekopomną chwilę: Pierwsza kaszka dla Naszej Królewny. Dokładnie dzień przed skończeniem 4 miesiąca! Tak się nie mogłam doczekać :)

Na co dzień nie praktykujemy karmienia w foteliku. Tak było tylko za pierwszym podejściem. Próbowaliśmy na kolanach ale najlepiej oprzeć o poduszkę w pozycji pół leżącej :) Można obserwować wszystko dookoła :)


wtorek, 13 grudnia 2011

"Świadome" Macierzyństwo.

Dzięki temu, że wciąż się kształcę mam okazję przebywać z ludźmi i ich obserwować. Już w tamtym roku zwróciłam uwagę na pewne zjawisko. Spotkałam młode kobiety w stałych związkach partnerskich, które świadomie i otwarcie mówią o tym, że nie chcą być matkami. Sam fakt ten tak bardzo je przeraża, że strach ten paraliżuje wręcz całe ciało i umysł. Nie widzą siebie w takiej roli, małe Dziecko dla nich to abstrakcja itp.. itd... Powodów są setki, tysiące, miliony a może nawet tuziny. Gdy byłam w ciąży uznałam to za egoizm. Co ciekawe pytając się tychże kobiet czy ich mężowie/partnerzy wiedzą o ich przekonaniach odpowiadają, że nie. Panowie Ci wywierają presje na nie bo chcą mieć dzieci nie wspominając już o dalszych rodzinach rzucających co i rusz pytanie "To kiedy...?" Dziś z perspektywy bycia matką Małego Cudownego szkraba w ogóle mnie nie dziwi to podejście. Ciąża była dla mnie mało przyjemnym i trudnym okresem. Czas tuż po narodzinach był koszmarny do momentu skończenia karmienia. Do tego też momentu miałam odrazę do całości macierzyństwa. Będąc Dorosłym Dzieckiem Alkoholika kompletnie nie nadającego się na ojca patrzę na owe zjawisko nieco inaczej niż przysłowiowa większość. Może to i dobrze, że kobiety mówią jasno i wyraźnie co czują? Szkoda, że w ten sposób oszukują swoich partnerów... Oszukują też własną naturę, bo w naturalnym cyklu życia jedynym celem jest tylko i wyłącznie rozmnażanie. Dzięki rozmaitym środkom antykoncepcyjnym możemy śmiało oszukiwać naturę. Odwracać myśli, skupiać je na innych celach typu kariera zawodowa czy status materialny... To jednocześnie przykład kobiet, które świadomie nie chcą nikogo skrzywdzić. Rośnie i dojrzewa nowe pokolenie. Pokolenie kobiet które nie chcą przedłużać pokolenia Dorosłych Dzieci z rodzin Dysfunkcyjnych zmagających się przez całe życie z nieszczęściami spowodowanymi złym bagażem doświadczeń. Jest tylko jeden haczyk. Ja mając lat 21 dowiedziałam się, że muszę się spieszyć z posiadaniem dzieci, bo jak nie to mogę mieć poważne problemy z zajściem w ciąże. Ostatnio wyczytałam, że najlepszym wiekiem do rodzenia dzieci jest czas do 25 lat. Mnie się udało. Tylko co mają zrobić kobiety, które odkładają macierzyństwo na "kiedyś" nie zdając sobie sprawy z tego, że "nie teraz" to właśnie "teraz"? A "kiedyś" będzie za późno? Mając te 21 lat, jeżdżąc do Profesora, który specjalizuje się w leczeniu niepłodności naoglądałam i nasłuchałam się jak trudne potrafi być poczęcie Dziecka. Ile to kosztuje w sensie fizycznym i psychicznym. Bo natury prędzej czy później nie da się oszukać... Też myślę nieco egoistycznie. Mam 24 lata i pierwsze dziecko. Za 10 lat moje Dziecko/Dzieci będą odchowane a ja będę zajmować się karierą zawodową, bo to będzie najlepszy czas. W tym samym czasie moje rówieśniczki z ręką w nocniku będą szukać partnerów, plemników i myśleć o dziecku ze swojej wyobraźni. "Desperatki"  jak to powiedział znajomy są koszmarne... Ja też chciałam szaleć przynajmniej do 30. Dzieci może kiedyś bym miała. Ale w porę Anioł Stróż pokierował tak mną, że wdzięczności mej nie ma końca. Moje życie nareszcie nabrało sensu. :)

czwartek, 8 grudnia 2011

Duży Bobas.

Cholera! Jak Dzieci ROSNĄ!

Mamy w domu Bobasa. Duuużego Bobasa. Ma 4,5 miesiąca a ubranka 3-6 miesięcy są na styk. Długość Malucha to 69cm! 11 cm więcej od urodzenia! Waga - 7600. Zęby idą jak szalone obydwie jedynki na dole są widoczne. A pod palcem wyczuwamy już te górne. Za nami kolejny skok rozwojowy ale o chwili oddechu nie ma mowy... bo przecież zęby... Bobas uwielbia każde jedzenie jakie podajemy. Choć po ostatnim szczepieniu był lekki bunt.
Ale najwspanialsze jest co na pierwszy rzut oka jest niewidoczne. Czyli charakterek Naszej Malutkiej. Wspominałam już o tym jak moje Dziecię potrafi się obrażać? Jak jest głodna - wrzask totalny. Momentami przeraża mnie fakt, że Bobas jest wpatrzony w matkę jak w obrazek. Potrafi się wpatrywać godzinę (!) na moją gębę. Nawet jak Ojciec wraca z pracy i bierze Dziecię to wzrok wpatrzony we mnie... W zasadzie nie wiem jak to możliwe aby tak wielbić matkę - wariatkę. Owszem matka wielbi swe Dziecię ale nie aż tak! Może za mało?

Na linii matka-ojciec czyli żona-mąż są spięcia. A ja niczego nie ułatwiam. Bom waleczna kobieta i swych praw bronię ręcami i nogami.

Dopiero teraz. Po 13,5 miesiącach od ciąży i porodu mogę stwierdzić, że normalizuje się moja głowa. Nie powiem, że wraca na miejsce, bo nigdy nic nie wróci na miejsce z przed dziecio-porodo-ciąży czasu. Mój adhd-owy mózg funkcjonuje inaczej, pewne trybiki się przestawiły wraz z faktem stania się matką. Zmieniło się to, że nie drę ryja jak przez całe życie. Ze względu na Dziecię, unikam jak ognia awanturo-kłótni. Oczywiście żaden ideał ze mnie, bo ani na chwilę nie spuściłam z tonu jeśli chodzi o waleczność. Ale przestrzeń wokół mnie się poszerzyła o przestrzeń Córki. Walczę nie tylko o siebie ale PRZEDE WSZYSTKIM o Córkę.

Czasem jednak tracę wiarę, brak mi sił i cierpliwości. Ot tak zwyczajnie...

czwartek, 1 grudnia 2011

Rozszerzanie diety - badania własne cz. 2

Rozszerzanie diety spędzało mi sen z powiek. Czytałam tyle ile mogłam i tylko głupiałam bardziej. Podałam jabłko - było źle. Podałam kaszkę - tu lepiej. Ale co dalej? Kupiłam pierwszą marchewkę z babydream. Moja Królewna spałaszowała na raz prawie pół słoiczka! Jak jej zabrałam to była afera. Tak jej posmakowało. Spokojnie następnego dnia dałam jej resztę. - Nic się nie działo negatywnego. Kolejnego dnia ugotowałam samodzielnie marchewkę z ziemniakiem. Wyszło 2/3 słoiczka - Malutka spałaszowała wszystko. Wczoraj natomiast zrobiłam trochę na zapas. Ugotowałam marchewki z ziemniaczkami w wodzie bez jakichkolwiek innych dodatków - zapakowałam w słoiczki m.in. po koncentratach pomidorowych (oczywiście wyszorowane i wyparzone) wyszło 5 pełnych sztuk i 6 niepełny - zjedzony dziś na raz. Reszta zawekowane czekają na kolejne dni... Do kolejnej serii dorzucę pietruszkę. Wszystkie warzywa mam z tegorocznego sezonu z własnego ogródka. Szkoda, że nie mam też owoców ale będę się rozglądać czy ktoś w pobliżu nie ma... Jak nie znajdę będę kupować w słoikach, bo bez sensu jest brać jabłko z bazaru które jest napomopowane... Od przyszłego tygodnia zaczniemy wprowadzać owoce. Zastanawiam się kiedy wrzucać mięsko. Czy dobrym wyborem jest kupiona pierś z kurczaka, czy swoją kurę zatłuc i na części? Z czasem też będę dodawać kroplę oliwy z oliwek.
W ostatnich dniach przebywałam na przymusowych "wakacjach" u mojej mamy. Całe 3 dni spędziłyśmy w mieście... Więc latałam z wózkiem po mieście ile mogłam. Szukałam m.in fartuszków do jedzenia, bo pierwsze marchewki były wszędzie! I znalazłam w jedniutkim (!) sklepie... Taki u nas wybór dla niemowlaków. Patrzyłam w necie to nie za bardzo się opłaca.

Muszę przyznać, że samodzielne przygotowanie papek dla Malucha nie jest trudne a sprawia ogromną frajdę. Ostatnio blenderem bawił się Mąż :) 

A ja cierpię okresowo... Standardowo...

piątek, 25 listopada 2011

Mała cholera :)

Dziś się działo a działo! W końcu (!) miałyśmy USG bioderek (niech żyje służba zdrowia czekałyśmy 3 miesiące na wizytę...) Oczywiście wszystko dobrze :)
Razem z Nami było 10 dzieci, tylko jeden Maluszek 4 tygodniowy, pozostałe w podobnym wieku jak Moja Królewna... Rozmawiałam z mamami i chcąc nie chcąc obserwowałam wszystkie dzieci. I cóż... Na 11 dzieci tylko moja Córeczka miała czarne włoski, tylko Ona ma (już!) zęba, merdała nóżkami, łapki w buzi miała meega zaślinione i w ogóle hektolitry śliny tylko Ona produkowała... tylko Niusi głowa chodziła na wszystkie strony i okazywała zainteresowanie absolutnie wszystkim co się działo dookoła... Wszystkie inne obecne dzieci, były bardzo spokojne. Spały, wtulały się lub wydawały pojedyncze dźwięki. Zwróciłam uwagę na to wszystko a później zdałam sobie sprawę, że moje dziecko ma wszelkie zadatki na ADHD po mamusi... Wiem, że to zbyt wcześnie na diagnozę ale wiem też, że można zaobserwować objawy już po urodzeniu Malucha.
Do tego momentu niewiele czytałam o rozwoju Dzieci (tyle o ile), bo każde Dziecko rozwija się we własnym tempie ale kwestia temperamentu to inna sprawa. Teraz tak na dobrą sprawę uświadomiłam sobie, że urodziłam taką indywidualistkę jaką ja byłam i jestem. Także zawsze się wyróżniałam w tłumie. Wiem, że każdy rodzic uważa swoje Dziecko za absolutnie wyjątkowe, ale nie każde jest urodzonym cholerykiem czy awanturnikiem. Dziś na domiar złego moja Córeczka się śmiertelnie na mnie obraziła, bo chciała jeść a ja jej usilnie podawałam smoczka (tata przygotowywał mleczko)... Co więcej świadkiem obrazy była moja mama co skwitowała krótko "Robiłaś identycznie" :)
Wiecie co bardzo mnie to wszystko cieszy. Nawet mam małą satysfakcję, bo choć fizycznie Córka jest podobna do taty to charakterek ma po mamusi.
Mówi się, że lepiej późno niż wcale. Dziś zobaczyłam też moje spełnione marzenie. Moja Córka jest dokładnie taka jak sobie wymarzyłam. Nie mogę się już doczekać kolejnych etapów Jej rozwoju i Naszej więzi... :)



Kochane, zębala wybadałam najnormalniej na świecie. Moje Dziecko nie chciało gryźć gryzaka, ulgę przynosiły paluszki moje albo tatusia. Zagryzała je dość mocno więc bez trudu wyczuliśmy wyrzynającego się ząbka. Aż w końcu ukazał się naszym oczom. 
A teraz mam pytanie do bardziej doświadczonych mam. Jak mam słoiczek np. jabłka czy marchewki i daję Dziecku na początku do spróbowania, to nie chciałabym wyrzucać prawie pełnej zawartości słoika, bo mi po prostu szkoda. Co więc robić? Można zakręcić słoik i zostawić "na jutro"? Trochę się tego obawiam, a normalka że Córka nie zje wszystkiego na raz...

wtorek, 22 listopada 2011

4 miesiące.

Nie chodzi o podsumowanie.
Wczoraj moja Córeczka skończyła 4 miesiące.
A dziś już GO dojrzałam.
Od kilku dni wyczuwalny był pod palcem.
Sprawca marudzeń.
Nerwowości
O hektolitrów śliny.

ZĄB!!!

Biedna i dzielna Córeczka Nasza jest. :-)

niedziela, 20 listopada 2011

Rozszerzanie diety i kosmetyki - badania własne.

Moje Dziecko jutro kończy 4 miesiące. Za sobą mamy pierwsze próby. Ehhh ciężko. Pierwsze podejścia z jabłkiem skończyły się rzyganiem. Nie wymiotami tylko rzyganiem na potęgę a jabłuszka podałam tyci tyci. Dałam sobie spokój, spróbujemy za parę tygodni. Oczywiście najpierw się naczytałam, skonsultowałam ze znajomymi mamami w pobliżu oczywiście z moją też i jakby nie było u lekarza też byłam. Lepiej przyjęła Malutka kaszkę. Ale ile nad tym się głowiłam! Przewertowałam wszystko co jest na rynku. Zanim dojdę do sedna sprawy...

Jestem pod wrażeniem produktów z serii Babydream z Rossmana. Nie chodzi o reklamę piszę z własnego doświadczenia. Brak konserwantów i parabenów jest ogromnym plusem ale to, że po prostu nam służą. Pieluchy, olejek do kąpieli, chusteczki nawilżane i puder przebiły inne marki. Nie ukrywam, że przystępna cena jest dodatkowym atutem :) 

Z tego względu zbierając informacje na temat rozszerzania diety wyczytałam m.in. to że produkty spożywcze z serii rossmanowskiej są produkowane w niemczech wedle tamtejszych standardów żywieniowych dla dzieci. W ten sposób kaszki zawierają mniej cukru niż kaszki innych marek dostępne na naszym rynku. Słoiczki są też mniej doprawiane ale i bardziej urozmaicone dla 4-miesięcznych maluchów. 

Nie mam odwagi by szaleć z jedzeniem dla Malutkiej. Próba jabłkowa skończyła się porażką więc na spokojnie daję Nam jeszcze czas. Pierwszą kaszkę jaką podałam DZIŚ (!) to mleczno-ryżowo-kukurydzania z babydream. To była jedyna bez dodatków jaką spotkałam w kilku sklepach. Na początek zrobiłam 2 łyżki kaszki z wodą i Malutka zjadła jakieś 2/3. Więc chyba mamy sukces! :)



Zobaczymy jak będzie dalej :)

środa, 16 listopada 2011

Matka nie tylko.

To najwspanialszy czas. To co się dzieje teraz to cud miód malina i orzeszki też! A niech będzie przesłodko. Oczywiście nic wielkiego się nie stało. Moje Dziecko nie przestało być sobą. Wręcz przeciwnie. Jest NAJwspanialszym NAJcudowniejszym MOIM Dzieckiem! Siedzi mi na kolanach i obrus na stole miętosi w łapkach :) W ogóle już tyyyyle potrafi wyczyniać cudów, że nie nadążam z rejestrowaniem w mózgu. Ale przecież Wy macie to samo :)

Mój mózg ADHD-owy całkowicie przestawił się na tryb matki. Jestem Matką w 100% z krwi i kości i mój mózg przestał mi odwalać maniany w postaci dołków. Poziom wydzielanej serotoniny, noradrenaliny i dopaminy się unormował na sposób ADHD-owy (czyli inny niż u ludzi bez adhd). To akurat nie stało się bez powodu... Spędziłam caaały weekend poza domem (!) Razem z nocą. Tak jest spędziłam noc poza domem, poza moim Dzieckiem i Mężem. Oj mąż prawie płakał nad swym samotnym losem... :) Ten grzech jaki popełniłam tak mnie nakręcił i napędził, że prawie nerwy trzymam dzielnie na wodzy. Prawie, bo ideałem nie będę choćbym się ukisiła. Tak więc Matka łobuzuje poza domem (zostawiając rodzinę na pastwę losu :) A Dziecię łobuzuje łapkami jak tylko może a może cooo raz więcej i bardziej. Powoli zbieram siły do tego by zabrać 4 litery na tańce i chulańce. Na ostatnim zjeździe miałam przedmiot o Arterapii, czyli terapii wykorzystującej wszystkie formy sztuki. Na dzieci i dorosłych z ADHD najlepiej wpływa muzykoterapia (pozwala wyładować emocje i napięcie prowadząc do wyciszenia) w moim przypadku wspaniale działała zawsze choreoterapia czyli terapia przez taniec... I właśnie do pełni szczęścia i spokoju brakuje mi wyskakania... Nie potrafię żyć w domu z dzieckiem. Nie odpowiada mi model matki polki poświęcającej absolutnie wszystko dla macierzyństwa. Oczywiście zostawiając Dziecko nie czułam się komfortowo bo niestety wyrzuty, że jestem wyrodna nie opuściły mnie. Ale nie chodzi o to by bić się z myślami. W moim przypadku rola bycia matką nie jest spełnieniem się w 100% jako kobieta. To nie jest rola mojego życia której jestem w stanie w pełni się oddać. Oprócz bycia matką potrzebuję innych zajęć.  Mój rozjechany mózg nie jest w stanie skupić się na jednej roli i życia w okół niej... To jest cholernie trudne ale możliwe. Żeby być ogarniętym człowiekiem potrzebuję życia według pewnych schematów, jednocześnie nie myśląc tylko i wyłącznie o tych schematach... Prawda jest taka, że zorganizowanie życia sobie mając Dziecko było dla mnie czymś niewykonalnym.

Myślałam, że ciąża i Dziecko pozbawi mnie jednej utrudniającej egzystencję sprawy. Endometriozy... To paskudna choroba, której towarzyszy okrutne cierpienie i życie w bólu. Prowadzi do niepłodności i depresji. Ciąża miała mi ją wyleczyć. W niektórych przypadkach ponoć pomaga. Mnie nie pomogła. Polega ona na tym, że komórki macierzyste macicy przemieszczają się na inne narządy w okół niej. Które w trakcie okresu zachowują się tak jak cała macica... Kurczy się by wydalić endometrium które tworzy się przez te komórki. Do tego powodują zrosty które zachowują się w podobny sposób niosąc za sobą cierpienie... Okres mam tak bolesny, że tracę przytomność. Ból jest jak przy porodzie. Tylko, że co 23 dni...

Zderzenie z rzeczywistością mocno sprowadziło mnie na ziemię.

środa, 9 listopada 2011

Cierpienie - NIE - uszlachetnia

Nie wyrabiam. Fizycznie jestem wypruta. Mój okres to taka eskalacja bólu, że poród to pikuś. Tak, bo poród nie ciągnie się 4 dni... Kończy się prędzej. Najgorsze jest to, że nie jestem w stanie zająć się własnym dzieckiem! I właśnie dlatego od początku chciałam mieć znieczulenie przy porodzie. Harakiri to mało. Boli mnie wszystko. Głowa, brzuch a w nim cały przewód pokarmowy od żołądka po samą dupę. Od niedzieli biorę po 2-3 ketonale dziennie, do tego no spa i kurwa dalej boli. Spać się nie da - bo boli. Jestem sfrustrowana i wypruta jakby mi ktoś rozpruł brzuch i wymerdał wnętrzności. Dosłownie tak się czuję. Jeść nie mogę, bo żołądek nie chce współpracować (w dupę można wsadzić tabletki osłonowe...). Co to za pierdolenie, że jak się urodzi to przestanie boleć? Mnie ciąża nie wyprostowała tyłozgięcia macicy ani nie wyleczyła jebanej endometriozy. ENDOMETRIOZA to koszmar. Odliczam czas do menopauzy... Mam dopiero 24 lata...

poniedziałek, 7 listopada 2011

Total panic .!.

Też to zaliczyłam. Ponoć to standard. Totalna panika, że jestem w ciąży! Jeszcze nie leciałam po test ale już mi się śniły 2 kreski na teście... Tego samego dnia przylazła @ ;-) Mąż o mało mnie nie udusił... Oczywiście ja już ryczałam i widziałam czarne scenariusze typu: ja w depresji z 2 malutkich dzieci... ;)

W sobotę byłam na zajęciach uczelnianych z koleżanką po fachu (ma 5-miesięczną Córę) wyładowałyśmy życie codzienne i obydwie czułyśmy jedno: nikt inny tak nas na co dzień  nie jest  wstanie zrozumieć niż we dwie nawzajem. Chociaż wstałam o świcie - 5:25 nakarmiłam Dziecię, przebrałam, zebrałam swoje 4 litery wyruszyłam w podróż 120-km, na zajęcia od 8:30 do 20:20... Wróciłam na rzęsach choć po wypiciu kawy i coca coli (już nie karmię) miałam siłę kąpać Dziecko i lulać do snu... A dziś choć zdycham przez @ nawet przez moment nie zdenerwowałam się... Jednym słowem: odreagowałam, przeładowałam (wyładowałam i naładowałam) akumulatory i z radością wróciłam do życia codziennego. 

Przede mną trudny weekend... Na cały wyjeżdżam na uczelnię i zostaję na noc (!)

Życzę każdej mamie jakiekolwiek formy odreagowania i chwili wytchnienia od codzienności :)

środa, 2 listopada 2011

Z cycka na MM - mamy wspólny rytm!

Nie lubię pisać jak jest dobrze. Czasem nawet myśleć też nie... Bo jak pomyślę, napiszę to zaraz coś się sypię i burzy scalony układ. W ten sposób tworzy się obraz, że wszystko jest złe, niedobre, wkurzające, dobijające itp... Jednak po tym wszystkim co przeszliśmy wypada wręcz napisać, że nie ma tego złego...



Jak wspominałam wcześniej moja droga przez karmienie piersią była udręką. Jestem zła na to, że otoczenie wywierało na mnie tak ogromną presję, że MUSZĘ karmić. Ja byłam roztrojona nerwowo i Córka też. Obie cierpiałyśmy, obie się złościłyśmy i czasem nie lubiłyśmy... Uważam, że to jest niewarte tego wszystkiego. Moje Dziecko nie chciało pić mleczka z piersi. Jej wyrywanie się przy piersi było spowodowane kilkoma czynnikami:
1. - Bardzo głodna chciała jeść szybko.
2. - Wkurzało Ją to, że mleko po chwili ssania leciało coraz trudniej.
3. - Malutka nie chciała się wysilać tak bardzo bo to ją irytowało.
4. - Wodnista konsystencja mleczka powodowała, że Niusia nie mogła się najeść do syta, co bardzo Ją męczyło.

Przejście na mleczko MM nie było trudne. Najpierw jedno karmienie zastępowałam, potem coraz to kolejne... Sprawa wygląda tak, że przed wieczornym karmieniem, ściągam swoje mleczko i podaję z butelki. Udaje mi się odciągać 100-125ml po czym podaję MM 90-120ml dopiero wtedy Malutka jest najedzona... Chociaż nie mamy 4 miesięcy, podaję jej 150ml MM co 2,5-3h dzięki czemu udało Nam się ustalić jako taki rytm dobowy! W końcu! Od urodzenia ustalenie jakiegokolwiek rytmu dnia i nocy spędzało Nam sen z powiek. Co jak wiecie niejednokrotnie wyprowadzało mnie  z równowagi. W związku z karmieniem MM wprowadziliśmy kilka udogodnień. Po 1 nie sterylizuję butelki. Możecie mnie besztać rozumiem. Jednak kiedyś na to nie zwracano uwagi, z Niusią nic się nie dzieje a powinna się uodparniać.  Po 2 przed pójściem spać, gotujemy wodę i wlewamy do termosu, by w nocy gdy Malutka się budzi wściekle głodna mieć gotową wodę na mleczko, co skraca czas przygotowywania... Dodam też, że po przejściu na MM skończyły Nam się problemy z wypróżnianiem i bólami brzuszka. Im więcej czasu upływa tym bardziej dostrzegam, że mojej Córce karmienie piersią po prostu nie służyło. W ogóle mnie to nie dziwi, bo gdy ja się urodziłam problemy były podobne... 

Muszę też stwierdzić, że odkąd to wszystko się uporządkowało dane mi jest cieszyć się macierzyństwem. Byciem mamą i obcowaniem z moją Kochaną kruszyną. Zdecydowanie lepiej się porozumiewamy i jesteśmy spokojniejsze... Ja się nie zadręczam tym, że jestem złą matką i nie zastanawiam nad tym co mogłam zjeść i czym sprawić dziecku cierpienia... Choć nie karmimy cycem to Niusia i tak zasypia wtulona w pierś... więc rekompensujemy sobie pewne braki...

I tak Ago pamiętam jak było na początku i im bardziej o tym myślę, tym mocniej odczuwam radość i szczęście jakie mnie wreszcie doczekało!

Chciałam też bardzo podziękować Mamuśce Martuśce
Za udział w całej akcji, że sprawiłam Jej tak ogromną radość i spodobała się paczka... Którą wysłałam pierwszy raz w życiu :) Dziękuję też Okruszkowi za wspaniałe prezenty. Myślałam że niemożliwym stanie się czytanie książki przy Dziecku a to wcale nie jest takie trudne :)

wtorek, 25 października 2011

3 miesiące skończone czyli jak dotarłam do uroków macierzyństwa...

 


Generalnie to jest "przejebane" na samym początku. Pierwsze 3 miesiące to jak I trymestr ciąży. Jest niedobrze, źle i niewygodnie. Brak regularności jakiejkolwiek doprowadza na skraj wytrzymania nerwowego. Brak wiedzy, przerażenie, lęk i łzy. Tak wspominam Nasze pierwsze 3 miesiące. Złość, frustracja i rozczarowanie. Bo choć człowiek nie nastawiał się na fajerwerki to zderzenie z meteorytem zbyt mocno wbiło w ziemię i unieruchomiło. Problemy z karmieniem. Bóle brzuszka, nadmiar rzygania lub brak kupy. Na zakończenie 3 miesiąca zafundowaliśmy szczepienie. To był koszmar. Niuśka swoim krzykiem rozniosła całą przychodnię. Malutka tak się spięła, że jeszcze dzisiaj ma guza. To prawda, że po 3 miesiącach jest... przede wszystkim inaczej. Dziecko przesypia noc, dolegliwości fizyczne ustąpiły, hormony mniej więcej się uregulowały... Jednak dalej cierpię na brak cierpliwości, denerwuję się gdy Malutka nie może spać i jest marudno-nerwowa. Jak urządza awantury i dyskusje krzycząco-płaczące a jak nie mogę się z Nią dogadać dostaję szału. Gdy brakuje mi serca do opieki - zadręczam się, że jestem złą matką. Ale to nie nowość. Każda kobieta - matka przechodzi przez to mniej więcej tak samo. Tylko, że co ma powiedzieć to Maleństwo? Bezbronne nie wiedząc dlaczego przez nakazującą Mu naturę brnie w kierunku świata gdzie... no właśnie. Jest dobrze? Dziecko ma w tym wszystkim najtrudniej. Dorosły może gryźć ściany ale w końcu mu ulży. A dziecko jest całkowicie zdane na innych. Samo nie jest w stanie zapewnić sobie bezpieczeństwa i spokoju. Mnie przerażało najbardziej wtedy gdy Córcia cierpiała a ja nie wiedziałam jak pomóc? Najgorsze uczucia w tym doświadczeniu to bezradność i bezsilność. Całe życie wzbraniałam się przed "powinnam" i "muszę". A tu te słowa pojawiały się często. Bo powinnam wiedzieć lub muszę zrobić to i tamto. 
W ostatnim czasie walczyłam bardzo o dystans. Za bardzo brałam do siebie, za bardzo się przejmowałam, za bardzo się roztkliwiałam, za bardzo się spinałam, srałam i ciskałam. Złościłam, marudziłam i narzekałam. Chyba mam za mało empatii a za dużo egoizmu. Trudno podkręcić śrubki i ustawić się do pionu. Od razu by się chciało, żeby wszystko inne zgrało się równie dobrze. 
Nie wiem czy to dlatego, że minęły 3 miesiące i tak jak Córeczka zrobiła milowe kroki w rozwoju tak i ja jako matka przeniosłam się w inny wymiar. 
Po pierwsze: zaakceptowałam zaistniałą sytuację w każdym jej wymiarze. 
Po drugie: Moja Córka nigdy nie będzie grzecznym i dobrze ułożonym Dzieckiem.
Po trzecie: Ja nigdy nie będę Matką idealną.

Niby proste i oczywiste a jak trudne do uświadomienia. Dopiero teraz w pełni zaczynam korzystać z uroków macierzyństwa. Nie odnoszę się do tego jak do ciężaru który non stop mi towarzyszy i utrudnia funkcjonowanie...

niedziela, 23 października 2011

Kochane Mamy Prezenty Wymieniamy!

I mnie udało się :) Akcja rozpoczęta u Mamuśki Martuśki jest już wszechobecnie znana :) Szczegóły TU
A oto co mam do przekazu

Uwielbiam książki Ewy Woydyłło. Mam ich kilka :) Ta dzielnie przetrwała moje wyjazdy na uczelnię :)
Kolejna to dość znana "Potęga podświadomości" :)
Pudełko to ciekawa historia. Będąc w ciąży zrobiłam takich całe mnóstwo bo miałam taką fazę, jeśli znajdzie się chętny będę mile zaskoczona. A korale na dodatek.








P.S. Brak postów jest spowodowany brakiem komputera... Spaliła nam się płyta główna i korzystam z doskoku...



piątek, 14 października 2011

Goodbye Cycu...

Długo dojrzewałam do tego... Bardzo trudno mi z tym było się pogodzić. Wspomniałam o tym u paru osób w komentach. A więc. Przechodzimy z karmieniem na MM. To o czym pisałam kilka tygodni temu, że pokarm mi zanika to nie był kryzys laktacyjny ani unormowanie produkcji mleka. Produkcja mleka zaczęła spadać sama z siebie. Nic nie dały herbatki, inki, woda i inne cuda wianki. Przez kilka tygodni przekonywałam siebie i innych że to tylko kryzys i przejdzie. Malutka jadła spokojnie 5 minut a po 5 minutach zaczynała się walka... Ona nerw i ja nerw. Zapewne gdybym miała spokojniejsze usposobienie nie doszłoby do tego. Ale etap obwiniania się mam już za sobą. Pocieszam się, że i tak byłam dzielna i wytrwała i do tej pory nie rzuciłam cyca w cholerę! Muszę też przyznać, że nie opanował mnie fenomen karmienia piersią. 8 tygodni karmienia w bólu, mękach i katuszach był okropny. Karmiłam, bo tak należy, trzeba, powinno. Ale nie czerpałam z tego przyjemności. Były momenty gdy karmiłam z przymusu, wbrew własnej woli, z niechęcią... Dopiero gdy ból minął miałam chwilę by rozkoszować się karmieniem, potem zaczął się problem z ilością pokarmu. Oczywiście nie odstawiłam cycka od razu. Robimy to powoli. Karmimy najpierw 1 dziennie, potem 2, potem na zmianę z cycem. Malutka je i z cyca i z butelki... Kupiłam mleko i stało kilka dni zanim zebrałam się by dać Malutkiej. Robiłam to z bólem ale i ulgą. Zaczęłyśmy dobrze a dziś...



A dziś był armagedon. W moje Dziecko wstąpił istny diabeł. Nie mogła spać, stawała się obojętna i wpadała w okropne histerie... Nie wiem dlaczego. Stało się tak pierwszy raz. Usypiała mi na rękach, gdy zaczynały mi ręce mdleć odkładałam ją i budziła się po 20 minutach... Ciągle chciała pić z butelki, cycek ją wkurzał. Smoczek wypluwała. Kupa zrobiona. Nos czysty... więc WTF ??? Jak to samo będzie jutro trzeba będzie skonsultować z lekarzem... Najgorsze jest to, że sama też wpadłam w histerię (nie taką jak Córka). Trzęsłam się jak galaretka a łzy same leciały... Nie akceptuję uczucia bezsilności i bezradności. Dziś miałam ochotę wypisać się z roli bycia matką. Czułam się obrzydliwie. Jako matka, żona, kobieta, człowiek... Dodam jeszcze, że znowu mam @... To mnie najbardziej wyprowadziło z równowagi... Wczoraj "wylało się" ze mnie chyba z 0,5 litra... Ból brzucha nie jest tak uciążliwy jak przed ciążą bo nie tracę przytomności. Ale po ciąży i porodzie doszły dotkliwe bóle spojenia łonowego... Jestem załamana tym faktem... Wiem, że jak uda mi się urodzić jeszcze... To będę czekać jak na zbawienie do menopauzy...

Teraz moja ukochana Córeczka śpi przy mnie. Umordowana nieziemsko uśmiecha się przez sen... :)

wtorek, 11 października 2011

Po - szkolna trauma.

Po dzień dzisiejszy męczą mnie koszmary senne w szkole. Dla mnie edukacja to był taki sam koszmar. Nie dość, że w domu miałam ciężko to w szkole przeżywałam istne katusze... Najlepiej wspominam zerówkę. I choć wtedy ojciec pił to zerówkę wspominam bezstresowo. Zajęcia były tak urozmaicone, że nie nudziło mi się. Miałam też pole manewru do kreatywności. Nauka była skutkiem ubocznym i w grupie byłam najlepsza. Podstawówka to już masakra. Miałam ohydną wychowawczynię w 1-3. Sztywna suka. Nie pozwalała wychodzić do toalety na lekcjach. Jeden kolega posikał się pod ławką. Byłam tak przerażona, że w domu awanturowałam się z mamą, że więcej nie pójdę do tej głupiej baby na lekcje! Uważała, że jestem niedobrym dzieckiem, bo nie mogę usiedzieć na lekcji w miejscu. W dodatki nie mówiła "Inka" tylko "Jinka"... W 3 klasie mama odeszła od ojca i zawirowania domowe przekładały się na szkołę... Było ciężko a i rówieśnicy nie byli wyrozumiali... Przez rozwód rodziców matki moich koleżanek zabraniały się ze mną przyjaźnić... Wtedy miałam też silną nerwicę. W latach 4-6 co roku mieliśmy inną wychowawczynię przez co jaka klasa nie byliśmy do końca zgrani. Takie sierotki. Żeby wytrwać na lekcjach, na każdej wychodziłam do kibla po to żeby zrobić sobie przerwę i zaliczyć rundkę po korytarzach szkolnych. Jak poszłam do gimnazjum było ciut lepiej. Ale rówieśnicy byli koszmarni. Generalnie samą szkołę wspominam najlepiej ze wszystkich. Byłam w najgorszej klasie z całego rocznika. Chłopcy jarali zioło. Papierosy na lekcjach. Kradli dziennik. Oj działo się. Ale było wesoło i ciekawie. Chodziłam na wagary z reguły z nudów dla urozmaicenia życia codziennego ;) I liceum... Najtrudniejszy czas. Wtedy spotkałam się z totalną nie akceptacją ze strony rówieśników. Obrzydliwe plotki i historie na mój temat które przeszły do legendy... Po 1 klasie miałam silną depresję i nerwicę... 2 klasie wytrwałam siłą woli a w 3 dowiedziałam się, że mam guza na tarczycy... Studniówkę miałam w sobotę a w poniedziałek szłam do szpitala... We wtorek pod nóż... Bardzo przeżywałam chorobę i długo dochodziłam do siebie. Żadna osoba z klasy mi nie pomogła w zaległościach... Maturę pisałam na żywioł bez przygotowania. Nauczyciele stawiali mi oceny za darmo po to bym skończyła szkołę. Na świadectwie maturalnym mam 8 ocen dopuszczających! A i tak jestem dumna, że skończyłam szkołę o czasie jak wszyscy. Gdyby nie pomoc wychowawczyni nie udałoby mi się. 

Po tych wszystkich ciężkich latach nauki, nie poszłam na studia po maturze. Miałam przerwę. Mieszkałam 120km od domu i odbywałam staż. To była najlepsza szkoła w jakiej byłam :) Przez pół roku twierdziłam, że studia nie są mi potrzebne... Ale po pół roku miałam kompleksy w stosunku do studiujących poza tym brakowało mi rozwoju... Więc zaczęłam dalszą edukację... Przede mną V rok studiów i nie zamierzam na tym skończyć. Czas studiów przyćmił traumę po - szkolną. A kto wie może przede mną doktoryzowanie się? Uważam wręcz, że okres studiów to najlepszy czas nauki w moim życiu. Wyzbyłam się wszelkich uprzedzeń i wychodzę z założenia, że szkoła jest dla mnie... A wybrałam taką gdzie mogę się wykazać kreatywnością, nie nudzi mi się a nauka to skutek uboczny...


czwartek, 6 października 2011

Teraz

Wszystko się dzieje teraz. Urodziła Nam się Córka. Zaczęliśmy budowę domu. Jestem na ostatnim roku studiów mgr. Mój Mąż pracuje jak szaleniec. Moi rodzice składają papiery na budowę domu. Do tego budujemy budynek gospodarczy na stolarnię. Moja mama też jest na ostatnim roku mgr. Moja młodsza sis jest w 2 klasie gimnazjum i przygotowuje się do bierzmowania. Moja starsza sis przygotowuje się do wyjścia za mąż... i kilka innych wydarzeń o których nie będę wspominać :)
Przyznam, że dawno nie mieliśmy tak bujnego w wydarzenia roku. Zdałam sobie sprawę z tego, że zanim urodziłam Córkę nie doceniałam tego co miałam. Byłam szalenie samotna i nieszczęśliwa. Przypomniałam sobie o tym, bo ostatnie dni są dla mnie bardzo trudne. Kalejdoskop uczuć, myśli i emocji... Od euforii przez frustrację do ostrej wkurwy. W głowie powtarzam sobie jak mantrę by zdystansować się i uspokoić. To nie takie proste. Siedzę na wsi z dzieckiem całymi dniami. Mąż wraca z pracy o 18-19 siedzi z Nami 15-30 minut i idzie do następnej roboty... Tak jest dzień w dzień. Tylko w niedzielę mam trochę oddechu... 
Wszystko co się dzieje ze mną i wokół mnie Córeczka doskonale wyczuwa. Nie chce leżeć. Łóżeczko, łóżko nasze, wózek a fotelik tylko pod warunkiem, że jest bujana... Tylko na moich rękach... Przy cycku strasznie się wyrywa i pręży. Bardzo mało śpi w ciągu dnia, jest marudna i płaczliwa... i w dodatku wykupkać się nie może... A mnie brakuje inwencji jak jej pomóc... Mam ściśnięty żołądek, ręce mi się trzęsą i obawiam się, że nerwica się odzywa...
Dziecko zabrało mi przestrzeń. By jakkolwiek funkcjonować, muszę zbudować sobie nową przestrzeń. 95% przestrzeni z Córką a 5% samej ze sobą. Nie jestem matką którą bycie z Dzieckiem non stop uszczęśliwia. Siedzenie na dupie cały dzień przy Dziecku doprowadza mnie do wspomnianej nerwicy. Wiem, że mogłabym poprosić o pomoc kogoś kto mi posiedzi z Córką, ale tego nie chcę. Doprowadza mnie do szału pałętanie się innych ludzi po mojej przestrzeni której i tak nie mam!



A teraz opowiem Wam coś bardzo ważnego. Gdy dowiedziałam się, że jestem w ciąży byłam przerażona. Panicznie bałam się, że stracę moją Kruszynkę. Po tych wszystkich przejściach zdrowotnych ciąża dla Nas była cudem. Modliłam się dzień w dzień by było dobrze. Ofiarowałam moją ciąże w intencji mojej starszej sis by w końcu znalazła dobrego faceta i założyła szczęśliwie rodzinę... I dokładnie tak się dzieję! W dodatku mniej więcej jak już wiedziałam, że jestem w ciąży przyśnił mi się mój zmarły kolega z liceum. Przytulał mnie i mówił, że mam się nie martwić. Wszystko będzie dobrze... ciąże przeszłam bez ciężkich problemów a Córka urodziła się zdrowa. Tylko obawiam się, że nie nadaję się na bycie matką. Brakuje mi cierpliwości, wyrozumiałości, współczucia, empatii... Gubię się i boję, że Córka cierpi przeze mnie... 
Mam pewne przeczucia... Zapewne się sprawdzą jak zawsze w moim życiu... Wiem najpierw potem się dzieję...










poniedziałek, 3 października 2011

Nie dziwi mnie...

Pojawienie się Dziecka w życiu kobiety wywołuję eskalację emocji. Nie dziwi mnie w tej kwestii już nic. Oto pojawia się człowiek który na jakiś czas odbiera absolutnie każdą najmniejszą wolną przestrzeń wokół Kobiety. Jeszcze będąc w ciąży Kobieta przechodzi totalnie roztrojenie ale to co ją spotyka po... to już prawdziwy Armagedon! Zawsze byłam bardzo samokrytyczna w stosunku do siebie to powodowało stawianie wysokiej poprzeczki odnośnie osób z otoczenia. Powoli tworzę swój własny świat nie oglądając się na innych. Było jednak wiele sytuacji życiowych które mnie zadziwiały. Jednak po urodzeniu mojej Córeczki przebrnęłam przez taki huragan, że część owych sytuacji przetestowałam na własnej skórze. 
Zastanawiam się teraz jak to było bez Dziecka. Trudno mi to sobie uzmysłowić... Czasem czuję ukłucie żalu, że straciłam swoją wolność. Czasem myślę, że chciałabym oddać Córkę w opiekę tylko Mężowi na caaały dzień bym mogła pobyć sam na sam ze sobą, odłożyć na bok to co mam teraz. Nie dziwię się Kobietom które rzucają rodziny i idą w świat... Mnie też takie myśli nachodzą. Nie dziwię się Kobietom, że po porodzie czują się wyświechtane z kobiecości...  Jak trudno jest odnaleźć się w tym chaosie hormonalnym. To strasznie przykre, że Nami Kobietami całe życie rządzą hormony. I tak na prawdę w naturze zostałyśmy stworzone po to by powoływać na świat potomstwo. Potem powinnyśmy je wykarmić oczywiście odpowiednio długo by przez ten czas oddać się tylko i wyłącznie tej roli... Nie jest to proste zwykle okraszone cierpieniem... Bo to co nam funduję w tym okresie owe karmienie powoduje, że nie mamy ochoty na bliskość z partnerem... Doszło do tego, że mnie nie chce się dzień w dzień zrywać z łóżka, latać ze ścierą w garach z Dzieckiem jeszcze robić sobie make up i przyklejać uśmiech na twarzy by od progu witać Męża jak wraca z pracy...!
Niestety Dziecko nie wyzwoliło we mnie sił ponad tych które posiadałam do tej pory. Nie dołożyło mi cierpliwości i wkurwiam się szybko jak cały dzień marudzi, nie może spać i chce mi wisieć non stop na rękach. Nie płaczę po katach tylko wkurwiam się i krzyczę. Oczywiście według naszego słownika Lencia przechodzi 10 skok rozwojowy i wychodzą jej ząbki (dlatego jest taka marudna). Czasem się zastanawiam gdzie jest ta pełnia szczęścia bycia Matką jak oczy mam na zapałki i ze zmęczenia padam na twarz o godzinie 19... Myślę o tym, że wbrew prawom natury nie zostałam stworzona do bycia Matką. Nie potrafię całkowicie poświęcić się Dziecku. Wręcz doprowadza mnie to do frustracji. Nakręcam się, bo nie mam cech typowych dla Matek. I już nie szukam ich na siłę. Dla mnie to wszystko co mam teraz jest przede wszystkim cholernie trudne. 

Nie piszę tego by się wyżalić. Nie potrzebuję pomocy ani współczucia. Potrzebuję dystansu by pieluchy i krzyk Dziecka nie przesłoniły mi mózgu. Po prostu rozumiem i wiem więcej niż do tej pory. I cieszy mnie fakt, że będę studiować dalej bo potrzebuję wyjazdów, uczelni i ludzi jak powietrza do życia...

Ale. Najgorsza w tym wszystkim jest bezradność. Ta bezradność gdy Dziecko cierpi a ja za nic nie mogę dojść do tego co i dlaczego się dzieje... I jak mu pomóc.


I jak nie chce mi się wychodzić na spacer, to wystawiam właśnie w taki sposób Córkę przed chałupę :) W tle Nasz opiekun - ukochany pies Bruno Nunio :)

czwartek, 29 września 2011

Żarłok i zazdrość :)

Wszystko się wydało. Byłyśmy z Niuśką na USG brzuszka. I moje drogie Dziecko me nie cierpi na żaden rodzaj refluksu. Zwieracze, wywieracze itp działają bez zarzutu. Powodem tak dużych ilości ulewek i rzygocin jest apetyt ponad normę mojej Córci a także moje przekonanie, że Dziecko jest głodne... Muszę przyznać, że robiłam kilka błędów. Przede wszystkim Córka moja przesypia w nocy 5-6 godzin. Sądziłam, że w ciągu dnia Malutka nadrabia tę przerwę i chce jeść co 2 godzinki... W dodatku karmiłam po 15-20 minut nie dłużej... I niby wydaje się nic szczególnego a jednak... Dowiedziałyśmy się od Pani, że Dziecko nie musi jeść tyle... Może jeść rzadziej a i w 5 minut się najeść do syta.... A gadanie, że nie uciągnie mleka kolejnej fazy jest błędem... Bo jeśli Dzieć chce mleka fazy jednej czy drugiej to weźmie sobie wtedy kiedy zechce... Dziś Niuśka je co 3 godzinki po 10-15 do 18 minut (nie dłużej) i tylko ulewa. Brzuszek ma miękki i nie wyrywa się przy cycku... Owe wyrywanie brałam za bóle bądź głód a to już był znak, ze jest najedzona... :)

Poza tym od kilku tygodni tli się w mojej głowie temat do którego trochę wstyd się przyznać. Otóż jestem Matką zazdrosną. Nie chcę zostawiać ani podrzucać Dziecka komukolwiek. Źle mi się to kojarzy. Jednak przede mną ostatni rok mgr i na zjazdy tak czy inaczej muszę jeździć. Ale zostawianie mojej Kruszyny z kimś oprócz mego Męża jawi się przede mną strasznym wyrzutem... Nie wiem Dziewczyny co z karmieniem w takiej sytuacji. Karmię tylko jedną piersią i jak tu rozwiązać weekendy w szkole z karmieniem? Dać butlę z mlekiem mm? A w tygodniu cycka? wrrr nie lubię takich sytuacji... Ciąganie Kruszyny z Mężem na zajęcia też wydaje się absurdem. (to 120km poza domem) Liczę na Wasze rady i pomysły. Wymyśliłam ewentualnie, że będę jeździć na uczelnię tylko w niedziele ( w soboty mąż pracuje). Od razu wspomnę o tym, że moja Mama też studiuje i jej pomoc odpada. A jeśli chodzi o drugą babcię nie biorę takiej opcji pod uwagę... Mam swoje powody...


No i nowiuśki singiel Coldplay... Kiedyś nie znosiłam jesieni. Powrót do szkoły i deprecha z tym związana. Od kilku lat jednak jesień jest równie ulubioną porą roku jak i lato.... Uwielbiam to późne słońce i barwy jesiennych liści... Ale nie tylko. W tym roku jesień jest dla mnie szczególna, bo zostałam Mamą. Co podkreśli nowa płyta Coldplay :)

wtorek, 27 września 2011

Wiję Gniazdo!

Krzyczę na Męża, że jeszcze nie pomalowane w domu, szukam ubranek, chodzę po sklepach szukam, oglądam, weryfikuję... Odliczam tygodnie, sprawdzam jak z terminem... Całe szczęście, że chodzimy do Szkoły Rodzenia na indywidualne spotkania z bardzo dobrą Panią Położną... Dzięki temu wiem, że ze mną jest wszystko w porządku a Mąż jest bardziej wyrozumiały ;) Brzuch rośnie Córka też i to bardzo dobrze i ogólnie to jest całkiem Duża :) Będziemy miały CC w prywatnej klinice (koszt 1500zł) sam Nasz Profesor będzie wszystko przeprowadzać... Zbyt duże ryzyko jest powikłań przy Porodzie Naturalnym choć tak bardzo tego chciałam...

Dobrze, że ciąża trwa 9 miesięcy... te pierwsze trudne miesiące oprócz fizyczności do dupy, zrytej psychiki i mnóstwa obaw przez burzę hormonalnę te następne lżejsze pozwalają bardziej oswoić się z zaistniałą sytuacją... Choć jak dla mnie oswojenie się z ciążą jest tak samo absurdalne jak to, że na prawdę będę Matką mojej Córki! Teraz gdy jest coraz ciężej wręcz nie mogę się doczekać i tych obaw i lęków które były na początku maleją wraz z rozwojem ciąży i Dzidziusia... 
Dla mnie cały okres ciąży jest abstrakcyjny; widzę, czuję ale ciągle do mnie nie dociera to wszystko... Córka śni mi się po nocach jak jest już ze mną... Moje życie zmieni się, przewartościuje i nabierze barw których do tej pory nie dostrzegałam... Bądź były dla mnie niewidzialne...


Bluzka z czarnym kwiatem (wtf?!?@!##@$#$)

Kiedy miałam ok 5 lat doszło do takiej sytuacji:
Ja: MaamoO! Coo maam naa sieebie zaałożyć?
Mama: Założ tą bluzkę z czarnym kwiatem...
Ja: (szukam w szafce) Mamoo ale ja nie mam takiej bluzki!
Mama: Jak to nie masz? Pewnie nie możesz znaleźć...!
Ja: No mówię żee nie ma!
Mama: Toć prałam ostatnio biała z czarnym kwiatem...!
Ja: No nie ma!
Mama: (poirytowana idzie, szuka w szafce wyciąga...) widzisz? mówiłam?
Ja: Mamo ale tam nie ma żadnego kwiata... To jest żyrafa!
Mama: ?@#$#%^%&

A teraz sytuacja z wczoraj:
Ja: A teraz Kochanie mama założy Ci pajacyka z krokodylkiem...
(wyciągam z komody pajaca, rozkładam a tam... lisek!)

Mogę jeszcze dodać że będąc dzieckiem miałam makatkę z borsukiem którą mama z uporem maniaka powtarzała, że tam jest krecik...

Pozdrawiam :)

sobota, 24 września 2011

@ wróciła ... !

9 tygodni po porodzie... Jestem wściekła, rozżalona i obrażona. Na wszystko, na świat, na Pana Boga, na ludzi... @ wróciła z bólem... Mniejszy niż przed ciążą ale boli. I niech lekarze nie pierdolą, że ciąża leczy endometriozę, tyłozgięcie macicy i że przestanie boleć. Gówno prawda!!!

Karmię piersią ... 

środa, 21 września 2011

Obserwator

Mam wrażenie, że stoję na środku czasoprzestrzeni a wszystko wokół zmienia się jak w kalejdoskopie...
Stoję a po mojej lewej stronie przeszłość moja film wyświetla...
Teraźniejszość po prawej próbuje uchwycić mą dłoń bym mogła zatrzymać ulotne chwile...
Przede mną czarna dziura - ? Przyszłość...

    Refleksja mnie naszła. Patrząc na Córkę myślę o sobie co miałam będąc taką samą Kruszynką. Jak ciężkie miałam dzieciństwo okraszone alkoholizmem i awanturami w domu. Prawdę mówiąc niewiele miałam z prawdziwego dzieciństwa. Będąc bohaterem stawałam w obronie przed tyranem domowym. A to ogromne obciążenie... Będąc Dzieckiem żyłam jak dorosły. Żyłam problemami dorosłych. Będąc Dzieckiem obserwowałam 2 światy - dzieci i dorosłych. Nie ma się co dziwić jeśli w okresie dorastania nie potrafiłam określić własnej tożsamości. Bo byłam Dzieckiem czy Dorosłym? Teraz też nie wiem... Generalnie jestem osobą dorosłą. Ale potrafię odczuwać te same emocje które we mnie tkwiły będąc Dzieckiem/Nie dzieckiem. Zostałam Matką i mam Swoje upragnione Dziecko. Dziś skończyło 2 miesiące a ja zastanawiam się kiedy Ona była Malutka i jak to możliwe że ubranka na 0-3 są ledwie dobre? A kiedy byłam w ciąży? I jak to było być w ciąży? 

A kiedy to wszystko się wydarzyło? Jak to możliwe? 

Ciągle niedowierzam. :) 

I choć skupiam sie na teraźniejszości ta zbyt szybko uchodzi w przeszłość...




Tak jakoś mnie naszło i nie chce puścić.

piątek, 16 września 2011

Krew mnie zalewa!

    Nie lubię pisać o życiu codziennym. To jest wtedy jak telenowela. Są jednak takie momenty w życiu gdy krew mnie zalewa. Tak jest dziś...
    Wiecie co mnie najbardziej wkurwia u ludzi? Jak się wpierdalają. 
Już w podstawówce doznałam czym jest wtrącanie jadu osób trzecich w moje życie. Tak samo było później. Tak jest i dziś. Nie jestem w stanie wyeliminować wszystkich ludzi którzy usilnie próbują daremnie wtrącać swoje 3grosze w moje/Nasze życie. Ale jeśli jest jedna osoba, która sukcesywnie, regularnie usiłuje dokładać się w naszą egzystencję to za 10000 razem nie wyrabiam! Na pierwszy rzut oka nie dzieje się nic. Początkowo nie widać nic. Dopiero z czasem... Zaczyna doskwierać, przeszkadzać a w końcu porządnie wkurwiać. Jestem osobą dorosłą, jestem żoną, matką. I jak do tej pory nie znosiłam jak ktoś mówił bezpośrednio/pośrednio co  i jak powinnam, muszę tak uważam że nie należy nakazywać bądź nakłaniać inne osoby by te wywierały wpływ na innych... Uważam, że każdy jest osobą myślącą, dojrzałą w jakimś tam stopniu i odpowiedzialną za swe myśli, słowa i czyny. Jestem cholernie samokrytyczna w stosunku do siebie. Mam świadomość jak dobrą i złą jestem osobą. Nie oczekuję od innych tego czego oczekuję od siebie samej. Ale nie życzę sobie jadu innych w moim otoczeniu ... Bo jestem dobra do czasu. 
    
  Mogłabym napisać o co i kogo chodzi. Ale po co... Jeszcze by wyszło szydło i miałabym pozamiatane ;) A tak przynajmniej mi ulżyło. Jeszcze tylko wizualizacje w wyobraźni odpalę i odczuję satysfakcję.
  
  Kolejna kwestia to taka, że przede mną ostatni rok mgr... Mam już terminarz zjazdów... po 3 w miesiącu (!) Nie wiem co z karmieniem będzie bo uczelnia jest 120km poza domem... Nie chcę zostawiać Córeczki z innymi... A mój Mąż jest taki wygodnicki, że sobie "pomoc" sprowadzi gdyż sam nie będzie chciał z Nią siedzieć... Jest mi przykro. Dziecko które ma niecałe 2 miesiące chce zostawiać pod opieką ciotek... Wolałabym żebyśmy jeździli do szkoły razem. Mogłabym małą karmić a on by się nią zajmował na miejscu... Ale nie da rady brać wolne 3 soboty w miesiącu... W dodatku nie mamy samochodu (ktoś nam kiedyś dał a teraz zabrał...). I chuj bombki strzelił choinki nie będzie!

Wczoraj zostałam uzdrowiona. Mój kręgosłup jest na miejscu (niestety po porodzie było co z nim robić). Mogę oddychać pełną piersią, przy karmieniu nie boli i wieczorem po całym dniu czuję się lekka. Pan M jest wspaniały!


Dzięki za pomoc Kobiety. Znalazłam próbkę ze szpitalnej paczki olejku do kąpieli oilatum. Po czym robiąc zakupy w Rossmanie poszukałam i znalazłam ...! 

 
zdjęcie ze strony wizaz.pl


Jest tak samo dobry jak oilatum ale ma dodatkowe plusy: kosztuje 9,99zł i nie zawiera parafiny którą ma oilatum. Dzięki Wam mamy problem z głowy.

środa, 14 września 2011

Się dzieje..!

    Nic innego jak budowa domu. Naszego domu. Mojego, Męża i Naszej Córki (a także dzieci z przyszłości :). Przed Nami czasy mega oszczędne, mega wydajne i mega poważne. Bo budowa domu to sprawa wielkiej wagi. A wśród Naszych znajomych/rówieśników jesteśmy jedyni przed 30 którzy porywają się w budowę od podstaw... W tym roku robimy "tylko" fundament (koszt ok 19000zł) a od wiosny wszystko idzie w górę :)



    Pokarm mi zanika. To nie jest tzw. kryzys laktacyjny bo ten trwa 2-3-4 dni a u mnie tak jest od ponad tygodnia. Moja mama miała tak samo z karmieniem mnie. Poza tym ja się nie nastawiałam na długotrwałe karmienie ze względu na niedoczynność tarczycy. W związku z tym i tak jest cudem fakt iż karmię do tej pory. Cycki zflaczałe a Malutka wierci się przy karmieniu strasznie. Piję koperek i inke i pije i jem urozmaicam i nic lepiej... Karmię w ciągu dnia co 2 godziny (nie mogę częściej bo rzyga strasznie) Dostałyśmy lekarstwo na rzygi "Debridat" i witaminkę D w kropelkach (taką jak była kiedyś). Jest lepiej. Ale ... od 2 dni Malutka nie może zrobić kupki. Czytałam ulotkę i nie ma mowy o zaparciach a wręcz przeciwnie że lek działa wspomagająco na trawienie i pracę jelit. Dziś jej daję herbatkę z kopru włoskiego (miałam próbkę z paczki szpitalnej). Tak walczyłam o karmienie piersią a tu taki szlag ... Nie wiem co mogę jeszcze robić. Macie coś jeszcze w zanadrzu? A jakie macie sposoby na suchą skórę u Maluszka bo Nasza Kruszynka mimo oliwkowania codziennego ma suchą skórę...

    Poza tym zapitalam jak szalona. Wczoraj padłam na twarz o godzinie 20 (!) Dzisiaj daję sobie luzik... Chociaż wyrywam się do wstawienia chociaż malutkiego pranka... (mam nowiuśką pralkę, czynną od soboty) Mąż mnie goni, bo piorę codziennie po 2 razy (tyle zaległości). A jutro zostanę uzdrowiona. Wyruszam na naprawę kręgosłupa (kręgi mi się przesuwają, uciskaja na nerwy ... starość nie radość) Poza tym wkurza mnie zflaczałe ciało. Bez kitu. Ćwiczyć mi się nie chce a trzęsące się udziki działają mi na nerwy... Przydałby się jakiś aerobik czy cuś...!

Chyba wszystko ... Pozdrawiam :)

piątek, 9 września 2011

Frustracja

    Jako kobieta z ADHD nie znoszę rutyny. Rutyna doprowadza mnie do depresji. Doceniam życie w spokoju ale potrzebuję odskoczni. Regularnej odskoczni. Mieszkanie na wsi jest wspaniałe i ma prawie same plusy. Dla mnie więcej plusów niż w mieście zważywszy na fakt, że do miasta mam 5 minut samochodem a 15-20 rowerem 1h drogi z buta. Jednak siedzenie w jednym miejscu tydzień doprowadza mnie do obłędu...

    Dziś Młoda zrobiła pobutkę o 3 (zazwyczaj budzi się między 4 a 5) udało mi się ją "przetrzymać" do ok 4 (czyli dałam smoka). Narobiła w pieluchę tak że wypłynęło po bokach a to ja zajmuje się uwalnianiem z kupy Córki a nie mąż. Jak się to robi za każdym razem i za każdym razem Młoda robi tak że nie wiem jak się do niej dobrać w końcu szlag mnie trafia! Wściekłam się a wyrwany ze snu Mąż wkurzył się na mnie bo jak to ja mogę robić afery w nocy. Ale zaprał ciuszki i zalał wrzątkiem. (dzięki temu miałam mniej roboty). Dziecko jednak wybudziło się tak że bujałyśmy się do 5 a o 6:55 pobutka i witamy nowy dzień... Wkurwa mnie nie opuściła. Zagotowałam się okrutnie. Przyjechała Męża siostra bo dziś lekarz i szczepienie. Całą drogę w aucie klęłam jak szewc na wszystkich ludzi dookoła...
     Niestety w takich momentach na ukojenie nerwów nie pomaga NIC. Nie jestem w stanie uspokoić się na siłę bo mogłabym zadziamgać każdego na swojej drodze. Rano powiedziałam Mężowi, że nie jestem w stanie zajmować się Dzieckiem non stop. Potrzebuję optymalnie 2h dla siebie samej. SAMEJ ZE SOBĄ. Nie na wsi, tylko wsiąść do auta i pojechać w pizdu. Odreagować i stęsknić za Córką której po prostu chwilami mam przesyt. Tylko to nie takie proste. Nie prowadziłam auta ponad rok. I w tej chwili auto nasze jest oddane siostrom Męża. Jestem uzależniona od pomocy osób trzecich. A ja potrzebuję być SAMA. Samodzielna ... 
    Na szczęście po całym dniu spędzonym poza domem u lekarza, zakupach i moich rodziców ulżyło mi. Nie do końca ale już nie mam złości jednak radości jeszcze też...

Dziękuję Wam za komentarze w sprawie szczepionek. Zrobiłyśmy skojarzoną 4 w 1 za 190zł :) Malutka była dzielna aż duma mnie rozpiera (w porównaniu z moim rozdarciem...) Dostałyśmy skierowanie na usg brzuszka w związku z nadmiernym rzyganiem. (będziemy sprawdzam żołądek odnośnie refluksu) do tego kropelki i witaminę D też w kroplach bo Mała zwraca tą w kapsułkach. Mam ogromne opory przed szczepieniem przeciwko pneumokokom i rotawirusom ... Nie mogę się przekonać.

Pozdrawiam wściekła niezła żona :)


wtorek, 6 września 2011

A jednak ...

... Dziecko mnie wyciszyło ...

    Całe życie byłam rozdarta i w końcu mogę mówić o tym w czasie przeszłym. Pomimo ciężkich początków jest totalna symbioza. A ja ... Przeszłam metamorfozę psychiczną i duchową o jakiej mi się nie śniło.     Oczywiście dalej jestem sobą, niecierpliwą choleryczką ale nie w takim stopniu jak wcześniej. Mam po prostu więcej w sobie spokoju niż niepokoju. 
   Kolejna kwestia to taka, że Córka "porządkuję" moją przestrzeń fizyczną i psycho - duchową. Ciągle przewijają się przed moimi oczami obrazy z przeszłości tak jakbym ciąglę się z czegoś rozliczała. W jakimś stopniu dojrzewam. Choć nie przestanę być dużą dziewczynką :) Nie chcę czegoś tracić. Chcę zyskać.
    Oczywistym jest fakt, że Córka wniosła SENS w moje życie. Każdy dzień jest "pełny". Nie ma pustki, nie ma samotności, nie ma zabijania czasu. 
   Wbrew wszystkiemu, nie żyję pieluchami, kupami i rzyganiem. W domu nie walają się butelki, smoczki itp...
Spacerujemy, sprzątam w domu, obiad robię... I chociaż mieszkam na wsi codziennie robię sobie make up dla własnego samopoczucia. :)
Córka jest lustrzanym odbiciem moich myśli i nastroju. Jeśli mam zły dzień - Ona też jest niespokojna. Tak samo było na początku. Było mi źle - Jej też. Jak jestem zła - Ona też. 

Miałyśmy jeden napad kolki. Wiecie czego się dowiedziałam przy okazji? Że to przez to, że przestałam pić koperek (piłam przez 4 tygodnie, potem mi się skończył i zapomniałam kupić). Mała przyzwyczaiła się do łagodnego mleczka i po 2 tygodniach kiedy organizm wyzbył się do reszty koperku doszło do ataku kolki... (Dowiedzieliśmy się farmaceutki w aptece) Wypiłam 2 torebki naraz i na drugi dzień miałyśmy spokój.  Teraz piję 2 razy jedną torebkę. Na rzyganie pomagają nam kropelki espumisan Mała je uwielbia! Jak tylko zbliżę buteleczkę do buźki od razu się oblizuje :)

Kolejną ciekawostką jest fakt, że po dzień dzisiejszy nie dotarła do Nas położna środowiskowa ... A jesteśmy razem już prawie 7 tygodni... Dobre Nie? Przed nami szczepienie. I mam pytanie do Was. Ile płaciłyście za szczepionki skojarzone? Bo w mojej przychodni można zapłacić nawet 1000zł! To normalne? Bo Pani w aptece powiedziała, że nie i można kupić za 360zł ...


poniedziałek, 5 września 2011

Pozytyw porodowy.

MAYA Wpadła na genialny pomysł! Wiecie już zapewne ale ślę wieści dalej...
Każda z Nas przeżyła to samo będąc/nie będąc w ciąży. Słuchanie mrożących krew opowieści porodowych. Ja też słyszałam, też przeżywałam spazmy czy i jak przeżyję. Od początku ciąży robiłam wszystko by rodzić naturalnie. Przez kilka miesięcy mowa była o CC. Oddałam się jednak w opiekę Szefostwa w Niebiosach i trzymałam się myśli, że jakkolwiek rodzić i tak jest przerąbane. Trzeba przetrwać i już. Wszyscy się rodzimy, rodzą dookoła tak było jest i będzie. Jednak broniłam się przed porodem w mojej miejscowości. Traumatyczne historie ale i przykład mojej Mamy spowodował, że zaparłam się całą sobą, że nie będę rodzić w rzeźni. Do wyboru miałam dawać w łapę i liczyć, że uda się szczęśliwie i bezpiecznie urodzić albo podjąć ryzyko i jechać 120km dalej by rodzić godnie i po ludzki. Oczywiście nie zastanawiałam się długo, Profesora prowadzącego miałam 120km dalej, jeździłam w ciąży do Niego na wizyty bez problemu więc wyjazd na rodzenie nie jawił mi się czymś szczególnie trudnym. Profesor sugerował prywatną klinikę (zależało mi na Jego obecności) ale na ostatniej wizycie skierował Nas do uniwersyteckiej kliniki. Bardzo chciałam rodzić z ZZO. Przeżyłam w życiu 3 operacje, wiem co to ból i nie chciałam rodzić w bólach. Do tego niskie ciśnienie, astma, niedoczynność tarczycy i wiele innych wskazań które przerażały mnie odnośnie porodu na żywca... Biorąc pod uwagę początek rozwarcia (czyli od 2cm) do porodu minęło ponad 15h. Gdy po prawie 9h (wtedy miałam 4cm) dostałam znieczulenie byłam szczęśliwa i mogłam w końcu odpocząć... 

...Reszta historii jest tutaj.

Nie chcę się powtarzać wiem, że podjęłam słuszną decyzję i mimo wszelkich trudności po porodowych pragnę mieć więcej niż jedno dzieci. Jestem dumna z siebie, bo urodziłam sama. Bo był przy mnie mąż a położne i lekarz którzy byli przy końcowej fazie stanowili świetną ekipę i wszyscy mieliśmy doskonałe humory :) Wiem, że stanowię przykład tego, iż można samemu zdecydować jaki i gdzie ma odbyć się poród. Nie muszę być skazana na szpital który jest w pobliżu i liczyć na szczęście... Dla mnie ta niepewność była koszmarem. Chcę dodać też, że dookoła patrzyli na mnie jak na wariatkę ktora "wymyśla" porody daleko bo ma taki kaprys... Otóż nie. Bo dzięki Profesorowi i udanej laparoskopii w 2008r mam cudowną Córkę i jestem szczęśliwą Matką...


Zachęcam do brania udziału w akcji. Bo tych które jak ja przeżyły prawdziwy CUD narodzin jest więcej niż się wydaje... Warto mówić o tym co dobre a nie tylko jak to było źle... Po co straszyć przyszłe Matki? Czasem mam wrażenie, że kobiety robią to celowo. Bo jak ktoś miał źle to dlaczego inny ma mieć lepiej?
Pozdrawiam :)

piątek, 2 września 2011

Przykre...

... widzieć swojego Ojca na ławce... człowieka który jest w ciągu... człowieka złamanego życiem... stoczonego... na marginesie...
.... i być bezsilnym wobec takiego człowieka... który powołał mnie do życia...
Jeszcze kilka miesięcy temu widziałam go jak pracował i wyglądał dobrze....
A teraz? Tragedia... Porażka...

Ostatni raz rozmawiałam z nim 2 lata temu. Przypadkiem wlazłam na niego na ulicy...

Od 14 lat nie żyjemy z nim... od 14 lat twierdzi że nie jestem jego córką...

Moja Córka ma mnie - Matkę z ADHD, choleryczkę i nerwusa niecierpliwego DDA, i Ojca też DDA, wrednego wstręciucha uparciucha... Codziennie mówimy jej na zmianę że ją kochamy, tulimy, całujemy... I nigdy nie pozwolę by Ojciec Jej kiedykolwiek powiedział cokolwiek złego... I nie pozwolę by któryś z Dziadków był pod wpływem w jej pobliżu...

poniedziałek, 22 sierpnia 2011

Karmienie na żądanie i inne tego typu absurdy w moim wydaniu.

Jako przyszła Matka interesowałam się tym co mnie czeka i starannie usiłowałam się przygotować/wyedukować w kwestii macierzyństwa. Otóż rzeczywistość pokazała, że to co napisane nijak ma się z życiem a to co sugerują w pismach dotyczy niewielkiego % społeczeństwa. Dystansu nabrałam już w ciąży, bo wtedy wiele mitów na sobie obaliłam. To samo jest po drugiej stronie brzucha. Cholerna indywidualność się kłania. Każdy jest inny i każdy musi sam sobie dopracować rytm życia, często gęsto nie oglądając się na rady jakiekolwiek i skądkolwiek.
Wedle książki "Język niemowląt" moje Dziecię to Żywczyk. Biorąc pod uwagę to co jest w niej napisane mamy jeszcze 2 tygodnie by wprowadzić tzw. Łatwy plan. W praniu jednak wiem, że wprowadzenie owego planu według tamtejszych wskazówek jest niemozliwe w wydaniu mojej Córki i nie ma szans by trzymać się tak sztywnych reguł jakie podaje autorka. Moja córka śpi różnie, budzi się różnie, przerwy między spaniem ma 1h, 2h, 3h a czasem i pół dnia nie śpi. Kąpiemy ją między 20 a 22, bo nie da się robić dzień w dzień tak samo. Moja Córka to Dziecię z własnym zdaniem i to co jak ma być decyduje Ona. Nie my czy podręczniki. Nie pozwalam jednak wejść sobie na głowę... No cóż myślę, że już każda z Was przekonała się jak kilkutygodniowy noworodek usiłuje Nami manipulować... 
Sądzę też, że należe do grupy wyrodnych matek. Nie karmię Dziecka na żądanie - bo zarzygałoby wszystko dookoła a perspektywa wiszenia na cycu non stop doprowadziłaby mnie do czarnej rozpaczy. (jak to dobrze, że są smoczki!) Nie noszę i nie bujam non stop - kręgosłup mi wysiada. Od pierwszego tygodnia życia kładę Ją do spania do JEJ łóżeczka. Nie biegam co 5 minut i nie sprawdzam czy oddycha a biorę do siebie dopiero jak rozpłacze się pożądnie. Jak chce mi się do WC a ona się drze to idę do WC - nie lulam jej na siłę bo bym sikała po nogach! Więc pozwalam poryczeć chociaż mnie chuj strzela (choć go nie mam).Codziennie muszę zjeść śniadanie, ogarnąć się i dom i nieważne czy Mała śpi czy nie - robię to a w między czasie zajmuje się Dzieckiem - nie chodzę w piżamie do 13 czy powrotu Męża z pracy bo bym oszalała. I jak tylko mogę to wożę Małą ze sobą choćby i codziennie do miasta (mieszkamy na wsi pod miastem). Stroję się jak przed ciążą i z lubością wkładam dżinsy i buty na obcasie, maluję się i układam włosy - tylko zdjęć nie ma komu mi robić :(

Teraz kilka słów o karmieniu. Jak już pisałam wcześniej karmimy z jednego cyca - w efekcie mamy Big Cyc i Small Cyc - więc do stanika doszły rajstopy dla wyrównania. Moje Dziecię je bardzo łapczywie  - z czego skróciłam czas karmienia do 15-20 minut gdyż przy dłuższym ciumcianiu - rzyganie na potęgę. Mała jest nerwowa i niecierpliwa - chce jeść teraz-natychmiast! A rzygać potrafi - nawet po odbekaniu - i po spaniu wymiotuje serwatką na odległość i strach jest okrutny bo krztusi się, sapie i dusi... (refluksu ponoć nie ma) Ból nie zniknął, przy dostawianiu i tak boli ale po chwili przestaje. Do tego pod koniec karmienia Mała urządza sobie ciąganie cyca. Tzn - zaciska dziąsła na cycku i wykręca głową na wszystkie strony - boli jak piorun ale nie pozwalam i tego robić - zabieram cycka i czekam aż się uspokoi. Papu dostaje Malutka co 2,5 do 3 godzin gdy śpi w nocy dłużej nie budzę jej ale jak mam wtedy pełno mleka to odciągam do butli bo bardzo trudno jej chwycić. 

Po tym wszystkim przekonałam się, że nie jestem w stanie kwoczyć nad Dzieckiem non stop. Mam w sobie egoizm i wkurza mnie jak Dziecko nie śpi ileś tam godzin a ja nie jestem w stanie ogarnąć własnego tyłka. Drobne sprawy które trzymają mnie przy życiu.

Pozdrawiam :)


środa, 17 sierpnia 2011

28 dni

Czyli 4 tygodnie... A ja czuję wolność. Choć to jeszcze nie koniec bo 2 tygodnie przede mną to horror połogowy w większości mam za sobą. Jeszcze w niedzielę było ciężko ale moje ciało w nadmiarze wyzbyło się po ciążowych hormonów i wychodzę na prostą. 
Wczoraj byłam u fryzjera. Oczywiście ścięcie włosów po takim ciężkim czasie to jak rozliczenie się z przeszłością. Siedziałam jak na szpilkach. Myślałam, że jaja zniosę z napięcia! I to jest prawda. Siedząc na fotelu myślałam o mojej Córce pierwszy raz jak egoistyczna matka która Dziecko ma tylko dla siebie. Gdy zdałam sobie z tego sprawę dotarło do mnie, że normalnieję i wszystko będzie jak być powinno. Wiem to banał. Jednak bałam się, że będe zbyt despotyczna i bez serca wyrodna Matka. Jednak mam w sobie uczucia o które tak walczyłam od momentu zajścia w ciąże. Byłam pewna, tego że choć chcę być Matką to nie nadaję się do tej roli. Zbyt egoistyczna jestem w ogóle Ja - Dziecko - Być Matką??? 
Pan Bóg jest dla mnie łaskawy. Mam Córkę Anioła. W nocy śpi 5-6 godzin. Poza tym budzi się co 2-3... Płaczę jak jest głodna, ma pełną pieluchę, zapchany nos lub chce być polulana. A jeszcze większym aniołem jest jak ja jestem w dobrym nastroju... Wtedy może spać z przerwami na pieluche i Papu. Do tego zajebiście układa rączki i macha główką na wszystkie strony. Po mnie jest niecierpliwa ;) Ale mam nadzieję, że Adhd ma tylko w niewielkim %... 

Chcę jeszcze dodać. Że doświadczenie połogowe choć cholernie trudne bardzo mnie wzmocniło. Poza tym nie dziwię się, że kobiety wpadają w depresję, nie są w stanie karmić cyckiem (ja robię to tylko jednym ale daję radę). Patrzą na swoje Dziecko jak na stworzenie z kosmosu i nie są w stanie uświadomić, że to na prawdę ich dziecko z własnego łona! Nie dziwię się, że płaczą z dzieckim, przy nim i nad nim. Że są tak sparaliżowane lękiem i strachem O WSZYSTKO, że nie są w stanie zająć się Dzieckiem. A powrót do normalności tak upragniony jawi się nie osiągalnym i graniczącym z cudem... Bo JAK ułożyć życie z KIMŚ tak bezbronnym? Gdy same czujemy się bezbronne...

Tutaj muszę podziękować mojej rodzinie i rodzinie mojego Męża. Gdyby nie obecność, pomoc i wsparcie nie dałabym rady. Spokój Matki to spokój Dziecka. Tak było jest i będzie...

Pozdrawiam :)

środa, 10 sierpnia 2011

Ostatnia deska ratunku.

Przeprosiłam się ze swoim laktatorem. Ściągam pokarm i daję butelkę. Bólu jest mniej a Nam lżej. Problem jednak nie skończony... Mała je za szybko i dużo ulewa... Nie śpi cały dzień, bo ciągle jej niedobrze... Śpi tylko na moich rękach a te mi mdleją... Ehh Rozglądam się też za poręczniejszym sprzętem do ściągania, bo trudne to z kwękającym Maluchem obok. Ściąganie i podawanie z butli to ostatnia deska ratunku dla karmienia moim mlekiem... Boję się, że problemy zamiast maleć będą rosły jedne po drugim i skończy się butelką z mlekiem z kubła. W nocy tak mnie bolały piersi przy karmieniu, że nie dałam rady jej wykarmić i dałam mieszankę. Przez to rozjechał się Małej żołądek i dzisiaj jest non stop rzyganie. Boże niewyrabiam. Z bezsilności mam chęć się pochlastać...

poniedziałek, 8 sierpnia 2011

przeREklamowanie

Nie cierpię reklam. Nie cierpię ulegać gdy wszystko krzyczy dookoła "Bierz mnie! Rób tak i siak!"

Już wspominałam. Ciąża jest przeleklamowana. Mnie było chujowo w ciąży. Nie unosiłam się nad ziemią, bo mdłości zgagi itp. utrudniały mi rozczulanie się nad błogostanem (!@#$%^&*).
Poród - tu, mówi się o tym jak może być pięknie ile o tym jest napisane? Tylko, że w rzeczywistości jest to nierealne. Od początku ciąży walczyłam o godny i NIEtraumatyczny poród. Udało się, bo wspominam go cudownie i zaraz po urodzeniu Córeczki powiedziałam, że chcę następne! Opłaciły się wyjazdy 120km do Wysokiej Rangi Profesora, płacenie za wizyty 150zł. Urodziłam w Państwowym Szpitalu gdzie jest walka o miejsca a ja nie musiałam się o nic martwić. Widziałam jak traktują "zwykłe" pacjentki od "zwykłych" lekarzy... Urodziłam godnie, ale nie wszystko było piękne i ładne jak ze wszystkich poradników, gazet i artykułów... Starałam się przygotować do tego co mnie czeka... I co? Wszelką literaturę można sobie w dupe wsadzić. Tak dokładnie uważam. Nie da się przygotować na ten szok fizyczno - psychiczny. To jak zderzenie z górą lodową. Wiem co mówię. Moja Córka po urodzeniu wyglądała okropnie. Trudno było mi uzmysłowić sobie, że TO MOJE DZIECKO! Akceptacja do Niej trwała 2 tygodnie. A tak patrzyłam na Stworzenie, które błagało mnie o zajęcie a ja nie mogłam... Boląca dupa też wszystko utrudniała. Bo problem z karmieniem i w grę wchodzi tylko na leżąco ale jak to zrobić? Chuj ze wszystkimi obrazkami, książkami i instruktażami. Trzeba samemu się naumieć. A ja cierpliwa nie jestem. Mnie brała wkurwa i Małą też. Wiedziałam, że jesteśmy zsynchronizowane i jak ja Ryczę to Ona też. Jak ja się śmieję - Ona też... 

Nie miałam zielonego pojęcia, że jest TAK ciężko. Nawet byłam w żałobie przez kilka dni. Że utraciłam życie a teraz żyję w więzieniu. Widziałam, że Mąż jest daleko poza mną i wydawało się, że już wszystko stracone a teraz to tylko przejebane jest... Dalej jak wychodzę na spacer to w głowię mam karuzelę jakbym pijana chodziła... Już nie wspomnę o "CUDZIE" karmienia piersią. Kolejny przereklamowany hit. Mam 2 cycki - różnica między nimi - 3 rozmiary i brodawki z innej bajki. Dziecko swoje karmię z jednego - bo nie jestem sadomaso i mam dość narażania Córki na moje nerwy z przejebanego bólu. Jak skończę karmienię a cycki dalej będą w różnicy 3 rozmiarów - zoperuje sobie ten większy, by go wyrównać do mniejszego. Nie chcę mieć z tego powodu kompleksów, niskiego poczucia własnej wartości i mścić na wszystkich dookoła... 

Małżeństwo - jest przereklamowane - dookoła ludzie chajtają się bo: wpadli, chcą kredyt, tak wypada, bo są już długo i nadszedł na to czas...

Ciąża - jest przeleklamowana - o ile kobieta przechodzi ją jak w podręcznikach - bezproblemowo.

Poród - jest przereklamowany - to co jest napisane na ten temat często nijak ma się z rzeczywistością...

Posiadanie Dziecka - jest przeleklamowane - bo teraz to już tylko pieluchy, sraczki, rzyganie i koniec wolności. Poza tym nigdy nie ma odpowiedniego czasu na Posiadanie Dziecka - ciągle czegoś brak do świadomej decyzji...

Ale wiecie co? Bycie zadeklarowanym singlem też jest przereklamowane - bo tacy choćby nie wiem jak chwalili swe życie i tak są samotni i brakuje im pierwiastka rodziny... Bo czym wielkim jest seks bez miłości? Każdy singiel marzy o "pełnym" seksie z miłością od wieczora do białego rana...


czwartek, 4 sierpnia 2011

Karmienie to TRAGEDIA!

Niestety, nie wiem ile mi jeszcze starczy sił... Ale obawiam się, że nie dam rady. Mam dwie całkowicie różne piersi. Jedna jest prawie rozmiar większa od drugiej, w dodatku ta mniejsza ma wklęsłą brodawkę. Ból przy karmieniu z tej drugiej jest taki, że dziś od 2h ryczę nieprzerwanie i jestem załamana tak jak nigdy dotąd... Gorsze jest to, że Mała od nocy robi sobie zabawę z moich cycków. Ssie po 5-10 minut, zasypia i budzi się za pół godziny, bo oczywiście jest głodna. Nie chce chwytać cycka tylko go wypluwa, wścieka się i pcha swoje rączki. Batalia trwa najwyżej 10 minut, bo mnie chuj strzela (choć go nie mam) i zaczynam się wkurwiać i ryczeć. Nie jestem w stanie jej przystawiać tak na okrągło, bo brodawki mnie tak napierdalają, że po dziurki w nosie mam Dziecka i całej tej zabawy... Do tego, baardzo dużo jej się ulewa, potrafi chlustać mlekiem, po karmieniu i nawet gdy śpi 3h po przebudzeniu też. Oczywiście podejrzewamy refluks ale problemem jest kurwa lekarz... W ogóle to problem goni problem... Zgłosiłam Małą do swojej przychodni, gdzie są pediatrzy. Biorąc pod uwagę, że wróciłyśmy ze szpitala 23 lipca, po dzień dzisiejszy nie było u nas położnej środowiskowej... bo jest na urlopie do 20 sierpnia! Po ostrej wkurwie Mąż zadzwonił do przychodni (nikt nas o tym nie poinformował) i dowiedzieliśmy się o tym urlopie i że jak z dzieckiem coś nie tak mamy z nim jechać do przychodni! Biorąc pod uwagę noworodka który ma 2 tygodnie, nie wyobrażam sobie wozić jej do przychodni gdzie jest w chuj ludzi w różnym stanie! Sama chodząc w ciąży i wpierdalając się w kolejki zawsze po wizycie byłam podziębiona... Byliśmy w sobotę z Małą na pogotowiu, żeby ją w ogóle lekarz obejrzał i nic poważnego jej nie jest (ale ów lekarz to nie pediatra...) Jak wspominałam przed wczoraj była u nas położna z Naszej szkoły rodzenia... Też nie zauważyła u Małej nic niepokojącego ale Dziecko trzeba zważyć (!) Tylko gdzie? Powiedziala też, że dobrze Ją przystawiam do Cyca tyle, że Mała za płytko chwyta... I dziś skończyło się moim załamaniem... 
Nie wyrabiam... ból jest nie do wytrzymania i możecie sobie mówić, że mam zaciskać zęby i próbować ale ja to robię od początku i brakuje mi sił... A psychika siada co raz gorzej...

Dziękuję Wam za wszystkie komentarze, bardzo pomagają...