poniedziałek, 21 lutego 2011

Bunt z którego nie wyrosnę...

Czy z buntu można wyrosnąć? A jeśli ktoś cierpi na bunt "wrodzony"?

Buntuję się przeciwko własnemu życiu, to jak ono wygląda jakie jest... Od listopada 2009r nie pracuję co dla mnie jest tragedią, bo czuję się bezużyteczna, nie zarabiając pieniędzy w żaden normalny sposób czuję się jakbym żyła na koszt innych. Teraz jestem w ciąży i też nie mogę pracować a moja przyszłość to siedzenie w domu z dzieckiem i brak pracy. Jestem przerażona, mnie siedzenie w domu doprowadza do nerwicy i depresji. A jak jeszcze pojawiają się ograniczenia z zewnątrz (jak to było rok temu) to znajduje się na skraju załamania... Na szczęście nie zanosi się na taki horror w jakim byłam rok temu jednak nie jestem do końca zadowolona ze zmian jakie mnie czekają... Oczywiście marzyłam by mieć dziecko, zawsze chciałam mieć dziecko prze 25 rokiem życia i mimo trudności związanych z byciem w ciąży (zdrowie) jest dokładnie tak jak sobie wymarzyłam. A jednak nie cieszy mnie to tylko przeraża. Panicznie boje się siedzenia w 4 ścianach z dzieciakiem codziennie przez jakieś 2 lata... Boję się, że zacznę wpadać we frustrację i wyżywać się na nim za to, że zostałam "zmuszona" do życia z nim sam na sam... W takich chwilach czuję nieopisaną złość i nienawiść, bo nigdy nie będę się cieszyć dniem codziennym... Ja teraz wariuję, bo nie mogę samodzielnie sprzątać w domu i po prostu płaczę z wściekłości i bezsilności, bo czuję się jak w niewoli! I niech nikt nie pierdoli, że będzie lepiej! Jednocześnie zdaję sobie sprawę z tego, że nie ma odpowiedniego momentu na to by zostać matką, bo jeśli by mi się to zdarzyło za ileś lat przeżywałabym to samo. Tydzień temu byłam chora, siedzenie w domu przez kilka dni doprowadziło do tego, że nic mi się nie chce robić. NIC. Nie mam motywacji, bo pogoda za oknem nie nastraja do spacerów, pieniędzy na codzienne sprawianie przyjemności nie mam... I co? I CHUJ!

Dziś się buntuję i wywalam z siebie ten bunt ale czy on zniknie? Idę do psychologa, bo zaczynam spadać w dół... Niech chociaż pogoda się zmieni...

3 komentarze:

  1. Dużo kobiet po urodzeniu dziecka wpada w depresję i nie może znieść siedzenia w czterech ścianach. Znam parę takich kobiet. Wiem, że łatwiej jest powiedzieć, niż zrobić - ale to tylko od Ciebie zależy jak potoczy się Twoje życie. I nikt i nic nie powinno za Ciebie decydować. Nawet dziecko. W Polsce, szczególnie jest taki dziwny syndrom, że jeśli matka nie poświęci całego życia, kariery, szczęścia dziecku - to jest złą matką. To wcale nieprawda. Wygląda na to, że jeśli rodzisz dziecko: to Twoje życie się kończy. Chyba nikt nie chce umierać młodo. Moim zdaniem powinnaś się w coś zaangażować, coś co da ci odskocznię. Najlepiej znaleźć pracę i wynająć opiekunkę do dziecka. Zacząć pisać, malować, śpiewać. Cokolwiek, co daje Ci radość. Oczywiście nie wliczając w to dziecka, bo wiadomo że ono daje najwięcej radości :) Pamiętaj, że jesteś PRZED tymi wszystkimi kobietami, które teraz pracują a na dziecko zdecydują się w wieku 30 lat. Wtedy będą miały ten zapierdol. A ty będziesz już miała to za sobą. Dziecko będzie się usamodzielniać, a Ty będziesz mogła się realizować. Trzymam za Ciebie kciuki. Będę wpadać do CIebie, pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  2. Hej Kochana Niezła Żono!
    W dużej części zgadzam się z tym, co Phenomena napisała powyżej.
    Rozumiem co czujesz, bo też jestem taką kobietą z ADHD i choć metrykalnie znacznie starszą od Ciebie, bo mam 38 lat, to jednak ciągle czuję się jakbym miała co najwyżej dwadzieścia parę i dość idealistycznie podchodzę do życia nadal, co nie jest łatwe na co dzień, ale da się z tym żyć.
    Ja staram się być życiową optymistką, bo parę razy w życiu się przekonałam na swoim i na innych przykładach, że najgorsze co człowiek może sobie zafundować to depresję na własne życzenie - wówczas nic Ci nie pomoże, bo sam człowiek się pogrąża. Mi takie doły zdarzają się rzadko, ale dopadł mnie taki dłuższy, kiedy i praca mnie nie cieszyła i byłam zła na cały świat, że nie mogę zajść w upragnioną drugą ciążę (bo jednego syna 15-letniego już miałam, ale bardzo chciałam mieć np. córeczkę po latach) i trochę kryzys przed40-kowy chyba, ale po wypłakanych 4 tygodniach i zrobieniu gruntownego rachunku sumienia, doszłam sama do wniosku, że nikt mnie nie wyciągnie z tej mojej depresji, jeśli ja sama tego sobie nie uświadomię i nie będę tego chciała. I po prostu - moooocno, z całych sił skupiłam się na POZYTYWACH (każdy w swoim życiu takie ma - mniejsze lub większe) i uczyniłam z nich swoją siłę i rzeczywiście zaczęłam robić rzeczy, które sprawiają mi przyjemność - jedną z nich jest chociażby blogowanie i frajda z poznawania różnych ciekawych osób przez internet z różnych zakątków Polski i świata...
    Z tego co piszesz, to widzę, że rzeczywiście jest Ci trudno - perspektywa siedzenia w domu, na razie brak pracy - to nie nastraja pozytywnie, rozumiem... Ale nigdy nie jest tak źle, żeby nie mogło być lepiej lub gorzej, a to w jaką stronę zwrócisz swoje myśli, pozwoli Ci żyć tak, jak będziesz chciała.
    Wiem - masz 25 lat - rozpiera Cię energia,a tu zewsząd ograniczenia, ale może sama je sobie stawiasz - może myśląc pozytywnie poszukasz nowych możliwości i na pracę i na dobre samopoczucie na co dzień?!

    Na pocieszeni powiem Ci, że ja jak urodziłam swoje pierwsze dziecko w wieku 23 lat na swoim piątym roku studiów, ha, ha, 1 października, to to godziłam naprawdę wiele rzeczy dzięki młodzieńczemu hartowi ducha i pomocy oczywiście męża. Jednak też nogi np. rwały się do pójścia na imprezę, ale niestety nie mieliśmy z kim zostawić dziecka i właściwie do 30-ki żyłam trochę jak matka polka w typowym tego określenia znaczeniu, jednak nigdy nie żałowałam, tego że z wielkiej miłości zrodziło się to dziecko, odbiłam sobie, jak syn skończył jakieś 8-9 lat, gdy mogliśmy go samego zostawić w końcu w domu i od czasu do czasu pójść poszaleć na imprezie. Nie jestem już teraz tą 20-paroletnią iskierką, jak mnie mąż zawsze podówczas nazywał, ale mam teraz taki trochę dojrzalszy "pałer" :) i wiem, że to co ja o sobie dobrego myślę, jest najważniejsze, bo to sama ze sobą jesteś non stop, a to jak świat Cię odbiera, ocenia czy wspiera czy nie wspiera, to kwestia drugoplanowa. To Ty musisz być dla siebie najlepszą przyjaciółką i sama siebie najmocniej wspierać.

    Pozdrawiam Cię gorąco, pisząc te słowa na klawiaturze, nogą bujając kołyskę z Moją wyyyyczekaną dzidziunią, która choćby nie wiem co nie wpędzi mnie w żadną depresję poporodową, bo moja miłość do niej jest silniejsza, a za chwilę zmykam szybko (jak zaśnie) zrobić obiadek dla moich ukochanych - męża i syna, którzy za parę godzin wrócą z pracy.

    Bądź dzielna. Wykorzystaj swój młodzieńczy "pałer" do jakiegoś fajnego działania, które odwróci Twoją uwagę od czarnych myśli. Hej!!!!

    OdpowiedzUsuń
  3. Dziewczyny mają rację i co mogę dodać do tego, poszukaj sobie jakiegokolwiek zajęcia, co kolwiek, próbuj i nie daj się.

    OdpowiedzUsuń