środa, 3 sierpnia 2011

14 dni...

Współczesny poród może być godny i wspaniały...

Dziś mija 14 dni od momentu gdy wszystko się rozsypało. Tak rozsypało, bo ciągle jestem rozdygotana i zlękniona od środka. Wiem, że to hormony ale trudno mi to przyjąć do wiadomości i przejść na porządku dziennym... Ale od początku:

W szpitalu stawiłam się w poniedziałek 18 lipca, na izbie ktg i badanie (ochydnie bolesne przez babę) powiedziala, że szyjka skraca się w kierunku krzyża. Stawiłam się na oddziale Patologia Ciąży. Tam pewien ładny doktor zrobił mi USG, przeprowadził wywiad i powiedział, że będziemy obserwować rozwój porodu, jeśli nie będzie postępować będzie indukcja czyli wprowadzenie żelu mającego wywołać skurcze. Tak czekałam do środy. W między czasie zapoznałam full bombowych ciężarówek, czekających z niecierpliwością na finish i tak grupą 3-4 brzuchatych chodziłyśmy po szpitalu do kawiarni i w okół szpitala w nadziei, ze w końcu coś się zacznie. W środę znów ów Pan doktor mnie zbadał, powiedział, że szyjka skrócona zaczyna się rozwierać i w piątek to już na pewno się nie zobaczymy. Więc uradowana łaziłam cały dzień a ok północy poszłam do położnej się zbadać... wynik: 2cm rozwarcia! Byłam szczęśliwa. Jednak skurcze były słabe i nieregularne aczkolwiek nasilające się z bólami z krzyża... o 2 w nocy miałam 2,5cm... a dopiero o 7 rano 3cm... Byłam wycieńczona całą noc nie spałam i łaziłam po ścianach. O 5:20 zadzwoniłam po męża bo nie dawałam rady, a gdy przyjechał skurcze małam co 5 minut po 30 sekund. I wio na porodówkę! Tam miałam oddzielną salę z łazienką ale z nerwów skurcze się uspokoiły. Podpięto mi ktg i wszystko zaczęło wracać do normy. Zjawiła się Pani Anastezjolog i zapytała czy chcę zzo. Nie byłam pewna, bo dało radę wytrzymać ale Pani powiedziała, że przy 6cm wszystkie pacjentki krzyczą o znieczulenie! Więc mi je zainstalowała. Tak się spięłam, że wszystko stanęło w miejscu a mnie zachciało się spać (była godzina ok 9 rano). W między czasie doglądały mnie 2 Panie położne i 1 Pani Doktor. Podłączyli mi oksytocynę i skurcze wróciły ale rozwarcie stanęło na 4cm. Byłam załamana bo, nic się nie działo do godziny 13. Wszyscy mówili, że wszystko jest w porządku i idzie do przodu ale ja zaczęłam wariować. Ok 13 przyszła Pani położna i podała mi zastrzyk na wzmocnienie skurczy i o 15 miałam już 9cm! o 15:20 urodziłam Małą. Przez ten cały czas słuchaliśmy muzyki z telefonu a jak odpoczywałam Mąż rozwiązywał sudoku. Mająć zzo czułam wszystko ale ból był zagłuszony. Gdy zaczęła się akcja porodowa czułam skurcze parte i wiedziałam kiedy przeć. Poród wspominam cudownie, chociaż pękłam (Mała wychodząc trzymała się ręką za głowę), nacięto mnie i mam hemoroida. Dopiero dziś w miarę jestem w stanie siedzieć.
Wszystko co było potem, do dzisiaj to masakra. Wiem nie będe oryginalna, bo wszystkie to przechodziłyście. Codziennie chce mi się płakać. Patrzę na moją wyczekaną Córkę i mam mieszane uczucia. Jednocześnie mam wyrzuty, bo jak mogę myśleć w taki sposób? Dlaczego wszystko mi idzie z takim trudem? Wczoraj wyrwałam się z domu na godzinę. Jakie to bylo cudowne! Widziałam ludzi normalnie, pierwszy raz od ponad 2 tygodni! Kupiłam sobie buty a dziś zastanawiam się po co jak nie będę miała ich kiedy nosić... Tak, czuję się ubezwłasnowolniona. Odliczam dni od porodu jak tygodnie ciąży i modlę w duszy, że to wszystko się normuje... Kurwa! Miałam dość ociężałości z powodu ciąży a teraz jest jeszcze gorzej... Momentami tracę nadzieję, że jeszcze będzie normalnie i będe mogła normalnie funkcjonować... 

Z przystawianiem do piersi, problem wziął się od początku. W szpitalu dokarmiali dzieci a mnie Małą dali dopiero o 23... Nie pokazali jak karmić i stąd zaczęły się problemy... Uczymy się, wczoraj była u nas Pani która jest specjalistą od laktacji, ale ja nadzieję tracę z taką częstotliwością jak się ona pojawia... Najgorzej jest jak jestem sama. Choć prawie codziennie ktoś tu do mnie zagląda to czuję się taka zagubiona i bezradna... Przerażona, spanikowana i zalękniona...

Pesymistycznie to wszystko brzmi, ale trzymam to wszystko w sobie od początku a gdzie jak nie tutaj mogę wylać swoje żale? Staram się pocieszać, że nie mam źle. Dziecko nie jest strasznie rozdarte (choć nie śpi po 3h rano i wieczorem). Bordawki się zagoiły (choć Mała ciągle nie chwyta poprawnie i boli przy każdym przystawieniu, do tego wścieka się jak nie może wziąć cycka). Pokarm mam, nawał trwał tylko 2 dni. Brzuch mam płaski jak decha. Żadnego flaka... Ważę 12kg mniej niż w dniu porodu. Mam problem z jedzeniem i oczywiście wypróżnianiem..... itd...





Pozdrawiam...

7 komentarzy:

  1. To hormony, zapewniam Cię, że to minie.

    OdpowiedzUsuń
  2. zazdroszczę takiego porodu, u mnie staneło na 4 cm rozwarcia i ni chu chu nie chciało iśc dalej na dodatek po 3 usg zapadła decyzja ze bede miała cesarkę ze względu na wage małego (3960) moje wąskie biodra w stosunku do jego gabarytów no i Synek napierał na szyjkę główką ciut krzywo i poród moogł trwać baaardzo dlugo.

    wierz mi że ja byłam taka płaczliwa po powrocie do domu, że gdy mąż wychodził gdziekolwiek miałam ochotę go zamordować bo ja musiałam siedzieć w domu z dzieckiem na rękach i wciąż bolącym brzuchu. jak tylko pojawiła się okazja wyjść od razu byłam gotowa, później niestety miałam do siebie ogromne pretensje bo jak mogłam z taką ochotą zostawić moje małe Dzieciątko... wiem co przeżywasz bo ja jak narazie też mam mega doła...
    trzymaj sie :)

    OdpowiedzUsuń
  3. zjawisko baby blues jest mi całkowicie obce, może dlatego, że ja w normalnym życiu mam ciągłe huśtawki nastrojów, które jak szybko się pojawiają, tak i znikają... dlatego współczuję Ci tym bardziej, wszystko minie, cierpliwości!

    OdpowiedzUsuń
  4. pocieszę Cię że mój też źle chwyta cyca ostatnio :-/ długa droga przed Tobą ale jak spojrzysz wstecz zatęsknisz za tymi chwilami - ja już tęsknię i nie rozumiem jak mogłam była to wszystko wyolbrzymiać, nie było przecież aż tak źle???! ale w tamtych chwilach było mi równie trudno jak i Tobie teraz, ale mnie wspierał tylko mąż był ze mną 2 tyg i mama, która była tu 10 dni - reszta obcych przychodzila i bardziej przeszkadzala, no ale musza przyjsc, potem juz zaczyna sie szara rzeczywistość: nikt nie ma czasu nawet na spacer z Toba:-/

    OdpowiedzUsuń
  5. kochana, najważniejsze, że najgorszą część masz już za sobą i teraz będzie już tylko lepiej. ja wprawdzie nie miałam takiej huśtawy, albo już jej nie pamiętam, ale fizycznie słabe sytuacje normują się dosyć szybko. inna sprawa, że jako mamy szybko się przystosowujemy :) głowa do góry i ciesz się z osiągnięć: ciąża zaliczona, poród odfajkowany, zdrowe bobo w domu się drze, brzuch płaski(!!!!! niektóre z nas walczą o niego miesiącami!!!!), kilogramy zwalone, sutki zagojone, buty kupione :)))) będzie tylko lepiej :) a płakać sobie można bo to pomaga zawsze jak się ma taką potrzebę :)))

    OdpowiedzUsuń
  6. Płacz i nie wyrzucaj sobie, że jest ciężko. Klnij, wkurzaj się - wyładuj emocje jak możesz.
    I nie miej pretensji do siebie o to, że masz mieszane uczucia. Tak jest. Tak się czuje.
    I trzymaj się. Wkrótce nadejdzie dzień, w którym powiesz, że narodziny Twojej córki, były jednym z najwspanialszych momentów w Twoim życiu.
    Pozdrawiam Was ciepło!

    OdpowiedzUsuń
  7. Wiesz, czytam to i uśmiecham się sama do siebie. Jeszcze kilka miesięcy temu wyłam nocami w poduszkę myśląc o tym, gdzie jestem? Ja - kobieta. Z potrzebami, marzeniami, myślami o sobie ...urodziłam bliźniaki i świat stańął na głowie. Pełen Hardcor! Dziś siedzę, obserwuję jak stawiają coraz pewniejsze kroczki i uśmiecham się do siebie. Jest dobrze! I u Ciebie będzie dobrze. Bardzo w to wierzę. Mama Julisiaczka ma 100% racji! Nie duś nic w sobie. Gdy czujesz, że masz dość-wyjdź. Ja stwałam na korytarzu, głowę o drzwi opierałam i oddychałam. Tylko oddychałam a minuta za drzwiami dawała mi siłę na kilka dobrych godzin.

    Jeżeli potrzebujesz rozmowy - pisz!
    krople_szczescia@interia.eu

    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń