środa, 23 lutego 2011

Moja twórczość zrodzona z frustracji...

Zrobiłam coś ale moja frustracja rośnie obawiam się, że zbliża się wybuch niekontrolowany...








Kartka na imieniny dla siostry (imieniny 9 marca)

poniedziałek, 21 lutego 2011

Bunt z którego nie wyrosnę...

Czy z buntu można wyrosnąć? A jeśli ktoś cierpi na bunt "wrodzony"?

Buntuję się przeciwko własnemu życiu, to jak ono wygląda jakie jest... Od listopada 2009r nie pracuję co dla mnie jest tragedią, bo czuję się bezużyteczna, nie zarabiając pieniędzy w żaden normalny sposób czuję się jakbym żyła na koszt innych. Teraz jestem w ciąży i też nie mogę pracować a moja przyszłość to siedzenie w domu z dzieckiem i brak pracy. Jestem przerażona, mnie siedzenie w domu doprowadza do nerwicy i depresji. A jak jeszcze pojawiają się ograniczenia z zewnątrz (jak to było rok temu) to znajduje się na skraju załamania... Na szczęście nie zanosi się na taki horror w jakim byłam rok temu jednak nie jestem do końca zadowolona ze zmian jakie mnie czekają... Oczywiście marzyłam by mieć dziecko, zawsze chciałam mieć dziecko prze 25 rokiem życia i mimo trudności związanych z byciem w ciąży (zdrowie) jest dokładnie tak jak sobie wymarzyłam. A jednak nie cieszy mnie to tylko przeraża. Panicznie boje się siedzenia w 4 ścianach z dzieciakiem codziennie przez jakieś 2 lata... Boję się, że zacznę wpadać we frustrację i wyżywać się na nim za to, że zostałam "zmuszona" do życia z nim sam na sam... W takich chwilach czuję nieopisaną złość i nienawiść, bo nigdy nie będę się cieszyć dniem codziennym... Ja teraz wariuję, bo nie mogę samodzielnie sprzątać w domu i po prostu płaczę z wściekłości i bezsilności, bo czuję się jak w niewoli! I niech nikt nie pierdoli, że będzie lepiej! Jednocześnie zdaję sobie sprawę z tego, że nie ma odpowiedniego momentu na to by zostać matką, bo jeśli by mi się to zdarzyło za ileś lat przeżywałabym to samo. Tydzień temu byłam chora, siedzenie w domu przez kilka dni doprowadziło do tego, że nic mi się nie chce robić. NIC. Nie mam motywacji, bo pogoda za oknem nie nastraja do spacerów, pieniędzy na codzienne sprawianie przyjemności nie mam... I co? I CHUJ!

Dziś się buntuję i wywalam z siebie ten bunt ale czy on zniknie? Idę do psychologa, bo zaczynam spadać w dół... Niech chociaż pogoda się zmieni...

sobota, 12 lutego 2011

O sile rodzącej się ze słabości.

Są w życiu takie chwile, w których jesteśmy totalnie osłabieni. Kiedy jesteśmy zdani na pomoc ze strony osób 3. Kiedy po prostu nie jesteśmy w stanie polegać na samych sobie. Musimy choć nie chcemy powierzać swoje życie w ręce specjalistów... Ludzi obcych traktujących nas w pewnym sensie przedmiotowo... Ilekroć wydawało mi się iż jestem pewna w 100%, że nic nie jest w stanie mnie już w życiu zaskoczyć, mając szeroko idące plany na przyszłość, mając ogarnięte swoje miejsce w otoczeniu... Właśnie w takim momencie to moje życie roztrzaskiwało się na milion kawałków... Byłam teleportowana siłą w zupełnie inne miejsce i dostawałam nakaz rzucenia wszystkiego co miałam by zająć się TYM co dostałam właśnie teraz. Jak myślicie co w takiej chwili czuje młody zarozumiały nieco człowiek, który wie co chce robić i nagle okazuje się że wszystko chuj strzelił? To właśnie jest TEN moment gdy muszę stawić czoła wszelkim słabościom... Trudno jest się podnieść zwłaszcza, że moment który miał trwać chwilę przeciąga się w miesiące i lata uciążliwego życia....
Wszystkie moje dotychczasowe choroby, pobyty w szpitalu, operacje to trauma która ciągle nie daje o sobie zapomnieć, choćby przez fakt, że nie mogę robić wszystkiego co kiedyś, brać codziennie pigułki i pamiętać o przykazaniach które muszę przestrzegać jak Przykazania Boże.
Zawsze będę miała w pamięci najgorszy moment w życiu gdy jeszcze nie wybudzona z narkozy a już świadoma nie miałam żadnej władzy nad swym ciałem... Totalny paraliż i panika...

Nigdy nie chodziło mi o to by ktoś się nade mną litował. Gdyż odkryłam, że jest pewna MOC płynąca z tych nagłych zwrotów akcji... Z tych pełnych złych emocji okoliczności w jakie zostałam rzucana siłą bez mojej woli. Każde to zdarzenie było źródłem ogromnej MOCY i SIŁY. Co Cię nie zabiję to Cię wzmocni - oczywiście. Ale w obliczu kolejnych innych niespodziewanych nie związanych z tymi wydarzeniami, zwrotów akcji ta forma już nie działa... Trudno jest trwać w czymś ciężkim... Trudno jest wstać otrzepać się z kurzu i iść dalej. Jeśli następuję wybuch bomby, to trzeba po nim posprzątać jednocześnie wyrzucając z siebie wszystkie złe emocje... Wtedy odnajdziemy tę MOC i SIŁĘ. Dopiero wtedy.

MOC i SIŁA ta daje mądrość, pewną dojrzałość, doświadczenie życiowe i fakt, że jestem w stanie poradzić sobie w najgorszym momencie. Miałam problem bo w wieku lat nastu czułam się jakbym miała dziesiąt. Przedwczesna starość? Nie da się odzyskać tego co było przedtem. Trzeba zbudować od nowa wszystko i znaleźć nowe miejsce... Ale jak? Czując się jak stara baba z okaleczonym ciałem... Myśli są zabójcze dosłownie... a rówieśnicy kompletnie nic nie rozumieją...

Dziś śmieję się z tych rówieśników, nawet patrzę na nich nieco z góry... A jeśli mam iść do szpitala wybieram najlepszy gdzie bez obaw powierzę swoje życie w ręce osób 3. Nie boję się bólu i cierpienia i wiem, że wszystko wytrzymam i dostane leki przeciwbólowe... Potrafię rozumieć osoby starsze od siebie i nikt nie może mi zarzucić, że za mało wiem o życiu... Mam siłę i moc której nie mają moi rówieśnicy, mam doświadczenie życiowe które pozwoli mi osiągnąć w życiu więcej, znam tajemnice do których wielu przez całe swoje życie nie ma dostępu. Potrafię walczyć o siebie o swoich bliskich i nie pozwolę nikomu kierować sobą... A jeśli zbliża się ktoś, kto próbuje wchodzić butami... Nie wygra, bo siła i moc którą posiadam nie zniknie nigdy.

A tak na marginesie to chcę dodać, że od dawna marzyłam aby te słowa w/w ujrzały światło dzienne... :) Być może przemawia przeze mnie próżność ale dobrze mi z tym.

wtorek, 1 lutego 2011

Trudna prawda...

Życie w prawdzie jest trudne. Ostatnio miałam małą wymianę zdań na ten właśnie temat.
Nigdy nie żyłam łatwo lekko i przyjemnie. Nie potrafię "wpasowywać" się tam gdzie będzie lżej, lub dla tego, że tak robią inni... W ogóle dla mnie robienie czegoś, bo tak czynią inni bądź wszyscy nie wchodziło w grę. Dla tego wzbudzałam i wzbudzam kontrowersję. Żyję i robię po swojemu.
Chciałabym poznać odpowiedź na pytania: Dla czego wiele osób woli hipokryzję i życie w zakłamaniu? Skąd ten strach przed prawdą?
Ludzie lubią "ładne obrazki", robienie pokazówek, udawanie przed innymi... I ucieczkę lub unikanie prawdy. Strach przed konfrontacją... Szkoda, że nie myśli się wtedy, że kłamstwo ma krótkie nogi. Na kłamstwie nie zbudujesz nic mocnego, bo fundament jest niestabilny...
Nie potrafię kłamać. Wręcz uwielbiam te chwile gdy prawda wychodzi na jaw. Nawet prowokuję sytuację do wynurzenia się prawdy by zatrzeć kłamstwo. Na kłamstwo pokazuję palcem na prawdę też. Efekt? Mnóstwo wrogów i brak przyjaciół. Wszechobecny fałsz, który wyczuwałam każdą komórką ciała. To było przykre, teraz już nie jest. Nie miałam problemów ze szczerością. Ludzie nienawidzą szczerości. Nienawidzą prawdy. Niszczą to. Niszczą tych którzy tak postępują. Ze mną też tak było. Mnie też próbowano niszczyć. Za prawdę, szczerość. Bo nie udawałam. Nie potrafię robić dobrej miny do złej gry. Przyklejać uśmiechu. Żeby się gdzieś, komuś przypasować... Bleh! Uwolniłam się od fałszu, dalej jestem prawdziwa... I szczęśliwa :) Jest trudno, bo na wszystko muszę pracować... Jest warto, bo KTOŚ to docenia i nagradza mnie za to...