sobota, 30 lipca 2011

Przystawianie do piersi...

Dziękuję Wam za wszystkie komentarze. To bardzo podtrzymuje na duchu.

Niestety nie umiem, nie potrafię, nie daję rady... Młoda gryzie me brodawki dziąsełkami... Ból nieziemski. Na szczęście brodawki się goją i mniej bolą. Dzięki smarowaniu mlekiem i maścią PureLan 100 z Medeli. Ale karmienie to dla mnie strach i niepotrzebne nerwy. Boję się, że się poddam. Mała nie otwiera szeroko buzi, nie odwraca główki w stronę piersi, pcha rączki, denerwuje się, wścieka, sztywnieje i płacze... A ja razem z nią. Dokarmiamy ją mlekiem z butelki (takie mieliśmy zalecenia w szpitalu ze względu na żółtaczkę) ale ma rewolucje w brzuszki i bardzo ulewa. Po moim mleku tak nie jest. A ja ze względu na ból nie jestem jej w stanie dostawiać tyle ile chce... Przy zdejmowaniu szwów rozmawiałam z Panią i sporo mi podpowiedziała ale efekt jest jak powyżej. Po niedzieli będzie u Nas Nasza położna ze szkoły rodzenia która jest specjalistką od laktacji i w myślach odliczam czas. Chwilami jestem potwornie przerażona wszystkim. Staram się by ktoś był przy mnie bo myśli miewam najgorsze... Łudzę się, że to wszystko się unormuje ale jednocześnie wątpię i ciągle się boję...

czwartek, 28 lipca 2011

Baby blues...

Dziękuj Wam wszystkim za gratulację :)

A od wczoraj non stop ryczę... brodawki podgoiły się ale wczoraj z bólu przy karmieniu wybuchłam placzem i tak do tej pory... Znowu mi popękały do krwi... A przerażenie i lęk po prostu mnie zżera... Najgorsze jest to, że ciężko mi się uspokoić... Boję się jak bezbronne dziecko...

niedziela, 24 lipca 2011

Jesteśmy w domu :)

Lenka przyszła na świat 21.07.2011r o 15:20 :) waga 3600 i 58cm Ma kruczoczarne włoski  :)  Urodziliśmy we 3 siłami natury dzięki pomocy wspaniałym ludziom w szpitalu USK w Białymstoku :) ZZO to bardzo dobra sprawa..! Teraz walczymy o mleczko (obydwie brodawki popękane do krwi) 

Reszta relacji niebawem...

PozdrawiaMY :)

sobota, 16 lipca 2011

Jak to dobrze, że wszystko się kiedyś kończy...

Miałam nie narzekać. Miałam nie mówić jak jest źle, ciężko i że mam dość... Przez całe 9 miesięcy starałam się dzięki różnym substytutom funkcjonować jak najnormalniej. Ale przy końcówce nie wyrabiam...
Pierwsze tygodnie (o ciąży dowiedziałam się w 6 tyg) czułam się jak przed okresem który nie nadchodził... Czyli miałam przedłużony PMS...
Potem zaczęły się mdłości, wzdęcia, zaparcia na zmianę z biegunkami... do 4 miesiąca straciłam 7kg a już w 3 miesiącu miałam skurcze: co było jednoznaczne z maksymalnym oszczędzaniem się...
Po mdłościach miałam chwilę oddechu ale w 5 miesiącu pojawiła się ZGAGA! Która trwa w tej chwili bez przerwy i absolutnie po wszystkim co zjem... Teraz doskwiera mi wszystko, cierpię tak jak tuż przed okresem... Wizyty w wc są cholernie bolesne i wyczerpujące. Rozpierający ból w krzyżu, dole brzucha po same łydki... Jeszcze nie rodzę ale wiem, że to nastąpi lada moment.
Wkurwiają mnie teksty jaka to ciąża jest pięknym okresem... Owszem rosnący brzuszek, badania, podglądanie Dzieciątka, ruchy i świadomość, że ma się w sobie COŚ tak wspaniałego jest cudowne... Ale w moim przypadku to tyle. Jako osoba nadpobudliwa żyjąca w ciągłym ruchu zwolnienie tempa na TAK długi okres czasu jest mega wyczerpujące. Oczywiście, nie powiem że gdybym wiedziała JAK to będzie to bym nie zaszła w ciąże. Bo to bzdura! Moja Córka to owoc walki, niepewności i obaw... Ale wiem, że nie będę tęsknić za tym stanem... Wkurwia mnie też, jak wszyscy mówią dookoła, że przejebane to będzie POTEM.  A teraz mam się cieszyć i odpoczywać... taaaa tylko, że ja nie spałam do 4:30 bo mnie napierdalało ze wszystkich stron i nie mogłam się położyć... od kilku tygodni w nocy budzę się co 2-3h do kibla a wciągu dnia nie mogę spać... Nie jest mi dobrze, nie mam się czym cieszyć ani jak odpoczywać. Pragnę Małej przy sobie i robić przy niej wszystko to czego tak nie mogę się doczekać! Pragnę tej zmiany jak wody do życia i cieszę się, że to już KONIEC!       

czwartek, 14 lipca 2011

Niezawodne trio w mojej kosmetyczce.

W poniedziałek mam się stawić do porodu, dziś wyjątkowo czuję się ochydnie - te ostatnie dni są na prawdę ciężkie i nie mogę doczekać się wymiany dolegliwości ciążowych na połogowe... :)
W związku z tym leżenie mobilizuje mnie do czytania ale i pisania... Przedstawię Wam 5 produktów, które w mojej kosmetyczce tworzą niezawodne trio od kilku lat poprzez efekty i wydajność :)


1 i 2 - czyli zgrany duet tworzący całość. Creme Puff Max Factor i Pan Stick  Max Factor -  czyli idealne krycie, zmatowienie i trwałość. Zacznę od Pan Stick'a - korektor, kamuflaż i fluid w jednym. Używam go niemal codziennie od 5 lat (!). Na co dzień nakładam na newralgiczne miejsca czyli - pod oczy, na nos, brodę i ewentualne "niespodzianki". Nakłada się go szybko (ja robię to palcem) i bardzo sprawnie. Sprawdza się zawsze i w każdej porze roku. W sklepie kosztuje ok 38zł ja zamawiam od dłuższego czasu na allegro nie widzę różnicy między nimi oprócz tego, że wraz z przesyłką kosztuje 10zł mniej. Jest mega wydajny (ale mam bezproblemową cerę) więc kupuję go raz do roku. Sprawdza się przy każdym rodzaju cery (wiem, bo testowałam na wielu osobach w moim otoczeniu) i w każdym wieku - kwestia leży w odpowiednim dobraniu odcieniu - ja stosuję 12 dzięki czemu służy mi za kamuflaż pod lekki fluid. 
Efekt idealnej cery nie byłby tak spektakularny gdyby nie puder Creme Puff - nie oszukujmy się - fluid czy korektor bez pudru to jak chodzenie w spodniach bez bielizny... ;) Miałam różne pudry ten stosuję od ok. 3 lat w odcieniu transparentnym. Ma przyjemny pudrowy zapach i jest równie wydajny jak Pan Stick. Idealnie matowi strefę T, dobrze się sprawdza w codziennym użytkowaniu jednak bardziej wymagającym cerom polecam Loose Powder  czyli puder sypki również z MF.

4 i 5 - czyli dokładny i sprawdzony demakijaż. Płyn dwufazowy i Płyn micelarny Delia Cosmetics. Kolejny duet - kolejne pozytywne zaskoczenie. Na rynku jest wiele płynów dwufazowych i płynów micelarnych. Zaznaczę na początku, że ja oczyszczając twarz po całym dniu robię to najpierw żelem do mycia pod wodą z kranu a następnie oczyszczam oczy płynem dwufazowym i całą twarz płynem micelarnym. Kobiety często nie stosują normalnej wody - mnie jednak nauczono takiej kolejności na wielu szkoleniach kosmetycznych w których brałam udział. Tegoż płynu dwufazowego używam od ponad 2 lat, oprócz dokładnego ale delikatnego oczyszczenia (lubię się mocno malować) zostawia na skórze delikatny film dzięki czemu nie zdażyło się abym miała podrażnioną skórę wokół oczu co było dość powszechne przy stosowaniu wszelkich mleczek do demakijażu. Ten płyn bije na głowę popularny z ziaji, którym w moim przypadku, musiałam szorować powieki. 
Jeśli chodzi o Płyn micelarny - przez okrągły rok stosowałam niebieski płyn z ziaji (mam bardzo suchą skórę na policzkach) ale postanowiłam coś zmienić i sugerując się sprawdzonym płynem dwufazowym skusiłam się na micel z tej samej firmy. Na początku nie byłam zachwycona. Jednak po dłuższym stosowaniu zauważyłam, że cera jest dużo lepiej nawilżona i elastyczna niż w przypadku konkurencji. Jeśli ktoś szuka altrernatywy polecam. Obydwa płyny kosztują ok 7zł.

3 - Kolagen naturalny - czyli produkt wszech czasów! 2 lata temu przeszłam ogromną burzę hormonalną (mniej więcej jak po ciąży), wyszła mi połowa włosów a na skórze na ciele miałam zmiany alergiczne. Do tego przechodziłam nawał łojotowego zapalenia skóry głowy. Pewnym zbiegiem okoliczności trafił do mnie kolagen. Nie wierzyłam, że pomoże a cena (za tą butlę na zdjęciu ponad 250zł) odstraszała. Jednak desperacja wygrała i zaczęłam wcieranie i smarowanie. Wcierałam po każdym myciu w skórę głowy - ulga była niesamowita a do tego włosy zaczęł nareszcie odrastać! Z czasem smarowałam wszystkie blizny - które się wygładziły i wybieliły (np. po tarczycy czy szczepionce). Nareszcie skończył mi się problem z suchą i odwonioną cerą a wszelkie syfy i skaleczenia czy siniaki znikały w oka mgnieniu. Mogłabym wymieniać plusy bez końca ale to jak i komu pomaga kolagen jest sprawą indywidualną w zależności od tego z jakimi problemamy boryka się dana osoba. Polecam przy wszelkich większych i mniejszych problemach  zdrowotnych ale i jako kosmetyk do codziennej pielęgnacji. Wart jest tej ceny mnie butla wystarczyła na ok 8 miesięcy i nie żałowałam w stosowaniu. Teraz smaruję brzuch i jestem bardzo zadowolona :)

Pozdrawiam :)

środa, 13 lipca 2011

Odnaleźć Swoje Wewnętrzne Dziecko

My Dorośli żyjemy w ogromnym błędzie. Wydaje Nam się, że po przejściu okresu dojrzewania, skończywszy lat eścia, osiągając samodzielność życiową jesteśmy tzw. Dorosłymi i nie mamy NIC wspólnego z Dzieckiem którym naście lat temu byliśmy... Cóż za bzdura! Owszem wizualnie - jak najbardziej jesteśmy "wyrośniętymi dziećmi swoich rodziców". Ale to nie znaczy, że będąc Dorosłymi już do końca życia nie ma w nas tej istoty którą byliśmy we wczesnych latach życia. Dziecko którym byliśmy nie umiera wraz z osiągnięciem dojrzałości wiekowej. Czas płynie i przeszłość się zaciera. Spychamy w odległe zakamarki Dziecięcość bo usilnie dążymy do tak pożądanej dorosłości...
Wiecie kiedy jest to najbardziej widoczne? Gdy jako dorośli stajemy w obliczu dzieci... Poprzez wyparcie swojej dziecięcej autonomii żyjemy tylko i wyłącznie własnymi potrzebami - potrzebami dorosłych. W chwili gdy stajemy w obliczu dzieci - dochodzi do konfrontacji - potrzeby dorosłych kontra potrzeby dzieci. Totalnie zaślepieni własnymi potrzebami nie słuchamy jakie potrzeby mają dzieci. W gruncie czego - żyjemy w konflikcie z dziećmi. A dlaczego? 
Jako dzieci wiele naszych potrzeb nie było zaspokajane w ostateczności gdyż dorośli w naszym otoczeniu ich nie dostrzegali. Ten sam schemat powielamy później My jako dorośli. Niestety nie mamy też wtedy takiej samoświadomości. 
Rzecz w tym, że wystarczy uzmysłowić sobie, że dziecko którym byliśmy żyje w nas cały czas. Wystarczy iść i je poszukać. Wziąć za rękę, porozmawiać czego chce, przytulić i zostać razem już zawsze. Wtedy stając w obliczu dzieci dotrą do nas ich potrzeby. Powiedzmy, że jest to empatia na deficyt której cierpi ogół dorosłych.
Ciekawostką jest fakt, że wszyscy dorośli którzy w zły sposób traktują dzieci - w rzeczywistości nie mają wiele wspólnego z byciem owym dorosłym. To tak naprawdę te wyrośnięte dzieci które cierpią z powodu nie zaspokojonych potrzeb w dalekim dzieciństwie...
Wspaniałym jest fakt, że wychowując swoje dzieci, bawiąc się z nimi możemy zaspokajać również swoje pragnienia z dzieciństwa...

Pozdrawiam :)


poniedziałek, 11 lipca 2011

Wyprawkowo - moje hity z sh i nie tylko...

 Czas topnieje a już gdzieś wspomniałam  o mojej miłości do sh, więc pokażę to co udało mi się upolować dla Córki :)

Kołderka - mata do leżenia (z tyłu jest suwak dzięki czemu można włożyć do środka jeszcze kocyk) - sh 4zł

Miękki przewijak - na malutkiej powierzchni w sam raz - sh 4 zł

Śpiworek do wózka - 0-6 m-cy - 4zł

Śpiworek - 6-12 m-cy - 2zł

Kocyki polarowe - 2zł


Jest też kocyk od babci Grażyny:



Poduszka do karmienia z allegro ze styropianowym wkładem i zdejmowaną poszewką. Właśnie siedzę mając ją na kręgosłupie i jest mega lżej :) Dziś będę testować śpiąc:


A nad łóżeczkiem czuwać będą Pradziadek i Prababcia a także rodzice...


I na koniec brzuuuchal i moje pazury :) Niestety rozstępy pojawiły się tylko, że tuż nad bliznami - po wyrostku i kaparoskopii - czyli tam gdzie skóra nie jest elastyczna.


sobota, 9 lipca 2011

Ostatnie spotkanie z Profesorem w dwupaku.

Tak  tak. Dziś wizyta u Profesora i wszystko już jasne. Mała waży ok 3400 (37 tydzień), wstawiona jest w kanał i mamy pozwolenie na "chodzenie" przez tydzień. Skierowanie na rodzenie też już jest :) Profesor pytał ponownie jak chcemy rodzić. Jeśli wszystko ok chcemy naturalnie z ZZO (uffff). Po badaniu Profesor powiedział że nie ma co ciąć i najpóźniej 18 lipca o 8 rano mam się stawić na oddziale... Mężowi śnił się 15 lipca więc może już tylko tydzień? Co ciekawe. Do tej pory Profesor mówił o porodzie w prywatnej klinice a skierowanie mamy do państwowej... Skąd ta zmiana? Nie wiemy. Ale gdy M pytał o adres tej prywatnej Profesor powiedział, że po co mamy płacić jak mamy rodzić u niego... Cóż lubię takie niespodzianki :) Może to też dlatego, że nie upieram się przy CC a Mała pcha się naturalnie :)

A ja przeżywam teraz. Jak wyszłam z gabinetu cała się trzęsłam z emocji... bo to co wydawało się  być za jakiś czas stało się zupełnie realne! Łzy w oczach i co chwilę płakać mi się chciało. Już ochłonęłam... Za 2 tygodnie będziemy razem!

czwartek, 7 lipca 2011

Planowanie...

Nie cierpię planów. Człowiek czegoś chce, pragnie, marzy a musi obchodzić się smakiem... Chcę mieć dom ale co z tego jak jest mnóstwo przeszkód do pokonania, po których następują kolejne... I po co chcieć mieć dom jeśli w połowie drogi odechciewa się lub traci wiarę? Nie wiem czemu tak jest. Choć przyznaję posiadam wiele... W tym TO o czym nie śmiałam mówić na głos tylko gdzieś przemykało przez moja głowę... Czasem po prostu zastanawiam się ile tak na prawdę mam wpływu JA na przebieg własnego życia a ile wyborów za mnie dokonuje Kierownictwo z Nieba? Wszelkie momenty przełomowe w mym życiu były narzucane z góry. Patrząc na to z perspektywy czasu wszystko układa się w ciąg... nawet z sensem? 
W grudniu 2008r miałam operację (3 w życiu) w trakcie której okazało się że jestem chora na endometriozę a TO cholerstwo jest jak wrzód. Człowiek cierpi, nie da się skutecznie wyleczyć (mija po menopauzie) a z dziećmi to tylko Kierownictwo na Górze wie jak będzie... Ja już na to wpływu nie mam... Mając świadomość iż ma się ledwie 21 lat, w głowie życie z dnia na dzień to jeszcze dokłada się strach... Strach o to czy będę matką. Przez ów strach w głowie mej narodziła się myśl iż jeśli nie zajdę w ciążę do 25 roku życia to będzie kaplica. Patrzyłam na mojej uczelni na dziewczyny w ciąży i myślałam o tym, że JA jeszcze nie chcę a czasu jest dla mnie coraz mniej... Oczywiście nie żyłam w manii czy paranoi. Po prostu na ramieniu siedział strach. Nie starałam się specjalnie. Nie broniłam się też... Wiedziałam, że nie mogę liczyć na wyliczanie dni płodnych, bo to się dzieję poza moją wszelką świadomością - jak rosyjska ruletka. Co ciekawe w otoczeniu ludzi w moim wieku nikt nie planuje dzieci! Gdy wychodziłam z mąż byłam tępiona - bo:
Jak to? Nie jesteś w ciąży? To po co bierzesz ślub? 
Przecież to jak podpisanie cyrografu z diabłem na wieczne życie w piekle! 
Ci którzy maja Dzieci - posiadają je bo "wpadli" (mówię o moim przedziale wiekowym - 21-25 lat). A ja pamiętam jak dokładnie rok temu, leżałam cierpiąc potwornie przy kolejnej @ na wpół przytomna błagałam Kierownictwo na Górze by zesłali na mnie ciążę bo już nie wytrzymam... Planowałam w październiku jechać do Profesora, żeby dał mi cokolwiek na ulżenie w cierpieniu (miałam @ co 21-23 dni z czego 7 dni wyjęte z życia). Ale w październiku się nie wyrobiłam a listopadzie @ już nie było... 30 listopada wiedziałam na 100%, że nie jestem już sama... 
I się zaczął kolejny sajgon... Ludzie w otoczeniu wydali na mnie wyroki: 
Na Ciebie to już KONIEC przyszedł. 
Teraz to już TYLKO pieluchy. 
Jesteś w ciąży? Teraz? Przecież masz na to czas! 
Ja to nie chcę Dzieci mąż by chciał ale jem tabletki i on nie ma nic do tego.
 Najpierw kariera a Dzieci będą kiedyś...
A hormony potęgowały i ryczałam z przerażenia. Nie panowałam nad ciałem i nad umysłem. Jakby istota która we mnie zamieszkała jednocześnie bezczelnie zabrała mi samodzielność i władzę nad sobą... Wiedziałam, że moja Mała jest i będzie z ogromnego pragnienia i chęci swoich bardzo kochających się rodziców. I nic nie może się zmienić tak ma być. A czy Dziecko mi w czymś przeszkodzi? Udowodnię co niektórym, że NIE!

Nie tępię innych za ich wybory. Tylko dlaczego moje wybory są tępione?

Pozdrawiam :)

poniedziałek, 4 lipca 2011

Indywidualizm.

Na co dzień jesteśmy atakowani milionem bodźców. I reagujemy na nie bądź nie. Żyjemy pod ogromną presją wszystkiego. Najchętniej łapalibyśmy wszystkie sroki za ogon a i tak będziemy mieć wrażenie, że to ciągle za mało... 
Uwielbiam wyrażać własną opinię. Uwielbiam słuchać (czytać) opinie innych osób. Pytanie się o zdanie w danej kwestii uważam, za klucz do podejmowania właściwych decyzji... Tylko musimy wiedzieć czym tak na prawdę się kierujemy? Pułapka tkwi w tym by wiedzieć co jest najlepsze dla NAS. I czy nie robimy czegoś bo: tak wypada, robią inni, wszyscy lub jest tak wygodnie... 
Mój Mąż powiedział, że chce aby Nasze dzieci miały własne zdanie i były indywidualistami jak My czyli Rodzice... Nie jest to łatwe dzisiaj. Wiele naszych decyzji było krytykowane i z góry skazywane na niepowodzenie. Jest Nam bardzo dobrze, bo żyjemy po swojemu w swojej twierdzy do której wstęp mają tylko nieliczni. I tu muszę przyznać, że przez dłuugi czas było to dla mnie bardzo trudne. Przez wiele lat żyłam w otoczeniu pełnym ludzi. Wśród których nigdy nie mogłam być sobą. Nie mogłam sobie pozwolić na swobodę wyrażania myśli bo byłam za to krytykowana. A tu taka zmiana. Brakowało mi dosłownie wszystkiego. I było mi źle... Mam problem z dostosowywaniem się. Ale przyszedł taki moment, że zaczęłam nabierać dystansu i analizować co było jak było i dlaczego było - co jest jak jest i dlaczego jest. Bilans zysków i strat wyszedł bardzo zaskakujący. Powoli zaczęłam pozwalać sobie na to czego nie mogłam wcześniej robić. Powoli zaczęłam odkrywać siebie, swoją tożsamość i nazywać wszystko po imieniu... Okazało się, że zawsze byłam indywidualistką ale ludzie którzy mnie otaczali odzierali mnie z bycia sobą...  
Dojrzewanie do wyrażania siebie publicznie trwało i trwało... Nie sądziłam, że moje wywody mogą kogoś w ogóle interesować. Nie dość, że się myliłam to jeszcze otrzymuje wsparcie którego w ogóle się nie spodziewałam. Okazało się, że jest miejsce na mój indywidualizm i ekspresję. I mam nadzieję, że moje pomysły i wymysły którymi pragnę się z Wami dzielić nie przestaną wzbudzać Waszego zainteresowania... A ja dzięki temu będę się realizować i dążyć do wyznaczonych celów...

Pozdrawiam :)

A teraz z innej beczki - dzisiaj przyszła do mnie paczka z biustonoszami na bufet klik zamówiłam 2 w kolorze beżowym na allegro, akurat wyprzedaż była i za każdy zapłaciłam 5,90 + przesyłka. Mam akurat jeden na sobie i jest po prostu cudowny! Na moją przyszłą mleczarnię (75 E-F) (w moim mieście nie ma takich rozmiarów!) jest po prostu idealny. Żadnych fiszbin, drutów taki jaki chciałam. Dobrze trzyma i nie uwiera, a jak już będzie bufet czynny zaopatrzymy się w coś ekstra... :)


piątek, 1 lipca 2011

Rzecz o pieluchach się rozchodzi...

Czyli wielorazówka kontra jednorazówka..!..

To temat tak burzliwy jak sam poród czy poczęcie... Tylko czy tak na prawdę wiadomo o co dokładnie się rozchodzi? Drążyłam ten temat dosadnie. Czytałam, pytałam, rozmawiałam i cały czas to robię. Zebrałam garść informacji i na podstawie własnych wniosków podjęłam decyzję... Najważniejsze argumenty:

Jednorazówki:

1) W pieluszce jednorazowej pupa dziecka nie oddycha. Zasada jest taka jak założyć dziecku worek foliowy na tyłek i trzymać tak przez dłuuugie miesiące...
2) Odparzenia i alergie to standard w jednorazówkach.
3) Zasada w jednorazówkach jest taka, że jeśli drogi rodzicu decydujesz się na pieluchowanie w takowych powinieneś wietrzyć pupę malucha przy każdej zmianie najlepiej dłużej niż 5 minut.
4) Częstotliwość zmian pieluch jest taka sama jak wielorazowych.
5) Dziecko na jednorazówkach znacznie później siada na nocnik i dłużej moczy się w nocy (nie jest w stanie kontrolować kiedy mu się chce siku)
6) U chłopców dochodzi do przegrzewania jąder co często jest przyczyną problemów z płodnością w dorosłym życiu.
7) U dziewczynek natomiast odnotowuje się zwiększoną częstotliwość zachorowań na nowotwór sromu... (dla mnie była to najbardziej szokująca wiadomość, uzyskałam ją od położnej która dowiedziała się o tej informacji na studiach od Pani Profesor Onkolog z dłuuugim stażem pracy)
8) Jednorazówki to chemia która wpływa na nasze dzieci czego nie jesteśmy często świadomi...
9) Jednorazówki to ogromna wygoda. Nie trzeba prać, suszyć wystarczy wyrzucić.
10) Koszty pieluchowania  w jednorazówkach jest znacznie wyższy niż wielorazowych...

Wielorazówki:

1) Uważane są za przedpotopowe i średniowieczne metody pielęgnacji dzieci.
2) W wielorazówkach pupa malucha nie kisi się i ma dostęp do powietrza.
3) Wybór pieluchowania wielorazowego to NIE TYLKO tetra i ceratka. Wybór jest ogromny!
4) Pieluchy trzeba prać ALE bez problemu z innymi rzeczami, nie codziennie, nie prasujemy (zmniejsza się wtedy chłonność), nie trzeba w 90stopniach za każdym razem czy gotować. Można tak robić ale raz na jakiś czas.
5) Wielorazówki były, są i będą ZAWSZE najzdrowszą metodą pieluchowania dzidzi.
6) Dziecko z wielorazówce czuje, że ma mokro i jest w stanie kontrolować swoje potrzeby przez co szybciej siada na nocnik (jeśli nie używamy wkładów typu "sucha pielucha").
7) Koszty pieluchowania wielorazowego jest znacznie niższy niż jednorazówek.
8) Pieluchy i tak trzeba często zmieniać bez względu jaka to jest pielucha.


Biorąc pod uwagę powyższe informacje wymienione z grubsza i sytuację oraz warunki w jakich mieszkam doszłam do takich wniosków:

1) Mając do czynienia z Noworodkiem i tak większość czasu w ciągu dnia spędzamy w domu, więc bez problemu mogę Małej zakładać pieluchę tetrową.
2) Na noc i wyjścia wybieram jednorazówki ekologiczne (i nie chodzi tu o samą ekologię ale o to, że są zdrowsze).
3) Mieszkając na wsi nie przeraża mnie perspektywa prania pieluch nawet codziennie (o ile taka będzie potrzeba).
4) Nie boję się iż w tetrze dziecko się zasika czy kupa wyleci bo takie rzeczy zdarzają się też w jednorazówkach.
5) Nie widzę problemu w gotowaniu pieluch jeśli zajdzie taka potrzeba.
6) Zależy mi przede wszystkim na zdrowiu dziecka a nie samej wygodzie.

To tyle... I tak spadają na Nas gromy, za to że chcemy Córce zakładać wielorazówki. Dyskryminacja jest tak samo ogromna jak w kwestii CC na życzenie, czy zapłodnieniu metodą in vitro. Jedynymi osobami które Nas popierają to Mama moja i mojego M oraz nasza położna ze szkoły rodzenia... Jako ciekawostkę dodam, że położna powiedziała Nam iż rozmawiając z innymi parami nawet nie porusza tematu pieluch wielorazowych bo przyszli rodzice biorą ją za kogoś niekompetentnego. Nie kieruję się obecną modą na eko, bo dla mnie to taki sam kosmos jak dla większości. Kieruje się tylko i wyłącznie dobrem Naszego i Córki a decyzję podejmujemy sami bez oglądania się na innych...

Pozdrawiam