piątek, 25 listopada 2011

Mała cholera :)

Dziś się działo a działo! W końcu (!) miałyśmy USG bioderek (niech żyje służba zdrowia czekałyśmy 3 miesiące na wizytę...) Oczywiście wszystko dobrze :)
Razem z Nami było 10 dzieci, tylko jeden Maluszek 4 tygodniowy, pozostałe w podobnym wieku jak Moja Królewna... Rozmawiałam z mamami i chcąc nie chcąc obserwowałam wszystkie dzieci. I cóż... Na 11 dzieci tylko moja Córeczka miała czarne włoski, tylko Ona ma (już!) zęba, merdała nóżkami, łapki w buzi miała meega zaślinione i w ogóle hektolitry śliny tylko Ona produkowała... tylko Niusi głowa chodziła na wszystkie strony i okazywała zainteresowanie absolutnie wszystkim co się działo dookoła... Wszystkie inne obecne dzieci, były bardzo spokojne. Spały, wtulały się lub wydawały pojedyncze dźwięki. Zwróciłam uwagę na to wszystko a później zdałam sobie sprawę, że moje dziecko ma wszelkie zadatki na ADHD po mamusi... Wiem, że to zbyt wcześnie na diagnozę ale wiem też, że można zaobserwować objawy już po urodzeniu Malucha.
Do tego momentu niewiele czytałam o rozwoju Dzieci (tyle o ile), bo każde Dziecko rozwija się we własnym tempie ale kwestia temperamentu to inna sprawa. Teraz tak na dobrą sprawę uświadomiłam sobie, że urodziłam taką indywidualistkę jaką ja byłam i jestem. Także zawsze się wyróżniałam w tłumie. Wiem, że każdy rodzic uważa swoje Dziecko za absolutnie wyjątkowe, ale nie każde jest urodzonym cholerykiem czy awanturnikiem. Dziś na domiar złego moja Córeczka się śmiertelnie na mnie obraziła, bo chciała jeść a ja jej usilnie podawałam smoczka (tata przygotowywał mleczko)... Co więcej świadkiem obrazy była moja mama co skwitowała krótko "Robiłaś identycznie" :)
Wiecie co bardzo mnie to wszystko cieszy. Nawet mam małą satysfakcję, bo choć fizycznie Córka jest podobna do taty to charakterek ma po mamusi.
Mówi się, że lepiej późno niż wcale. Dziś zobaczyłam też moje spełnione marzenie. Moja Córka jest dokładnie taka jak sobie wymarzyłam. Nie mogę się już doczekać kolejnych etapów Jej rozwoju i Naszej więzi... :)



Kochane, zębala wybadałam najnormalniej na świecie. Moje Dziecko nie chciało gryźć gryzaka, ulgę przynosiły paluszki moje albo tatusia. Zagryzała je dość mocno więc bez trudu wyczuliśmy wyrzynającego się ząbka. Aż w końcu ukazał się naszym oczom. 
A teraz mam pytanie do bardziej doświadczonych mam. Jak mam słoiczek np. jabłka czy marchewki i daję Dziecku na początku do spróbowania, to nie chciałabym wyrzucać prawie pełnej zawartości słoika, bo mi po prostu szkoda. Co więc robić? Można zakręcić słoik i zostawić "na jutro"? Trochę się tego obawiam, a normalka że Córka nie zje wszystkiego na raz...

wtorek, 22 listopada 2011

4 miesiące.

Nie chodzi o podsumowanie.
Wczoraj moja Córeczka skończyła 4 miesiące.
A dziś już GO dojrzałam.
Od kilku dni wyczuwalny był pod palcem.
Sprawca marudzeń.
Nerwowości
O hektolitrów śliny.

ZĄB!!!

Biedna i dzielna Córeczka Nasza jest. :-)

niedziela, 20 listopada 2011

Rozszerzanie diety i kosmetyki - badania własne.

Moje Dziecko jutro kończy 4 miesiące. Za sobą mamy pierwsze próby. Ehhh ciężko. Pierwsze podejścia z jabłkiem skończyły się rzyganiem. Nie wymiotami tylko rzyganiem na potęgę a jabłuszka podałam tyci tyci. Dałam sobie spokój, spróbujemy za parę tygodni. Oczywiście najpierw się naczytałam, skonsultowałam ze znajomymi mamami w pobliżu oczywiście z moją też i jakby nie było u lekarza też byłam. Lepiej przyjęła Malutka kaszkę. Ale ile nad tym się głowiłam! Przewertowałam wszystko co jest na rynku. Zanim dojdę do sedna sprawy...

Jestem pod wrażeniem produktów z serii Babydream z Rossmana. Nie chodzi o reklamę piszę z własnego doświadczenia. Brak konserwantów i parabenów jest ogromnym plusem ale to, że po prostu nam służą. Pieluchy, olejek do kąpieli, chusteczki nawilżane i puder przebiły inne marki. Nie ukrywam, że przystępna cena jest dodatkowym atutem :) 

Z tego względu zbierając informacje na temat rozszerzania diety wyczytałam m.in. to że produkty spożywcze z serii rossmanowskiej są produkowane w niemczech wedle tamtejszych standardów żywieniowych dla dzieci. W ten sposób kaszki zawierają mniej cukru niż kaszki innych marek dostępne na naszym rynku. Słoiczki są też mniej doprawiane ale i bardziej urozmaicone dla 4-miesięcznych maluchów. 

Nie mam odwagi by szaleć z jedzeniem dla Malutkiej. Próba jabłkowa skończyła się porażką więc na spokojnie daję Nam jeszcze czas. Pierwszą kaszkę jaką podałam DZIŚ (!) to mleczno-ryżowo-kukurydzania z babydream. To była jedyna bez dodatków jaką spotkałam w kilku sklepach. Na początek zrobiłam 2 łyżki kaszki z wodą i Malutka zjadła jakieś 2/3. Więc chyba mamy sukces! :)



Zobaczymy jak będzie dalej :)

środa, 16 listopada 2011

Matka nie tylko.

To najwspanialszy czas. To co się dzieje teraz to cud miód malina i orzeszki też! A niech będzie przesłodko. Oczywiście nic wielkiego się nie stało. Moje Dziecko nie przestało być sobą. Wręcz przeciwnie. Jest NAJwspanialszym NAJcudowniejszym MOIM Dzieckiem! Siedzi mi na kolanach i obrus na stole miętosi w łapkach :) W ogóle już tyyyyle potrafi wyczyniać cudów, że nie nadążam z rejestrowaniem w mózgu. Ale przecież Wy macie to samo :)

Mój mózg ADHD-owy całkowicie przestawił się na tryb matki. Jestem Matką w 100% z krwi i kości i mój mózg przestał mi odwalać maniany w postaci dołków. Poziom wydzielanej serotoniny, noradrenaliny i dopaminy się unormował na sposób ADHD-owy (czyli inny niż u ludzi bez adhd). To akurat nie stało się bez powodu... Spędziłam caaały weekend poza domem (!) Razem z nocą. Tak jest spędziłam noc poza domem, poza moim Dzieckiem i Mężem. Oj mąż prawie płakał nad swym samotnym losem... :) Ten grzech jaki popełniłam tak mnie nakręcił i napędził, że prawie nerwy trzymam dzielnie na wodzy. Prawie, bo ideałem nie będę choćbym się ukisiła. Tak więc Matka łobuzuje poza domem (zostawiając rodzinę na pastwę losu :) A Dziecię łobuzuje łapkami jak tylko może a może cooo raz więcej i bardziej. Powoli zbieram siły do tego by zabrać 4 litery na tańce i chulańce. Na ostatnim zjeździe miałam przedmiot o Arterapii, czyli terapii wykorzystującej wszystkie formy sztuki. Na dzieci i dorosłych z ADHD najlepiej wpływa muzykoterapia (pozwala wyładować emocje i napięcie prowadząc do wyciszenia) w moim przypadku wspaniale działała zawsze choreoterapia czyli terapia przez taniec... I właśnie do pełni szczęścia i spokoju brakuje mi wyskakania... Nie potrafię żyć w domu z dzieckiem. Nie odpowiada mi model matki polki poświęcającej absolutnie wszystko dla macierzyństwa. Oczywiście zostawiając Dziecko nie czułam się komfortowo bo niestety wyrzuty, że jestem wyrodna nie opuściły mnie. Ale nie chodzi o to by bić się z myślami. W moim przypadku rola bycia matką nie jest spełnieniem się w 100% jako kobieta. To nie jest rola mojego życia której jestem w stanie w pełni się oddać. Oprócz bycia matką potrzebuję innych zajęć.  Mój rozjechany mózg nie jest w stanie skupić się na jednej roli i życia w okół niej... To jest cholernie trudne ale możliwe. Żeby być ogarniętym człowiekiem potrzebuję życia według pewnych schematów, jednocześnie nie myśląc tylko i wyłącznie o tych schematach... Prawda jest taka, że zorganizowanie życia sobie mając Dziecko było dla mnie czymś niewykonalnym.

Myślałam, że ciąża i Dziecko pozbawi mnie jednej utrudniającej egzystencję sprawy. Endometriozy... To paskudna choroba, której towarzyszy okrutne cierpienie i życie w bólu. Prowadzi do niepłodności i depresji. Ciąża miała mi ją wyleczyć. W niektórych przypadkach ponoć pomaga. Mnie nie pomogła. Polega ona na tym, że komórki macierzyste macicy przemieszczają się na inne narządy w okół niej. Które w trakcie okresu zachowują się tak jak cała macica... Kurczy się by wydalić endometrium które tworzy się przez te komórki. Do tego powodują zrosty które zachowują się w podobny sposób niosąc za sobą cierpienie... Okres mam tak bolesny, że tracę przytomność. Ból jest jak przy porodzie. Tylko, że co 23 dni...

Zderzenie z rzeczywistością mocno sprowadziło mnie na ziemię.

środa, 9 listopada 2011

Cierpienie - NIE - uszlachetnia

Nie wyrabiam. Fizycznie jestem wypruta. Mój okres to taka eskalacja bólu, że poród to pikuś. Tak, bo poród nie ciągnie się 4 dni... Kończy się prędzej. Najgorsze jest to, że nie jestem w stanie zająć się własnym dzieckiem! I właśnie dlatego od początku chciałam mieć znieczulenie przy porodzie. Harakiri to mało. Boli mnie wszystko. Głowa, brzuch a w nim cały przewód pokarmowy od żołądka po samą dupę. Od niedzieli biorę po 2-3 ketonale dziennie, do tego no spa i kurwa dalej boli. Spać się nie da - bo boli. Jestem sfrustrowana i wypruta jakby mi ktoś rozpruł brzuch i wymerdał wnętrzności. Dosłownie tak się czuję. Jeść nie mogę, bo żołądek nie chce współpracować (w dupę można wsadzić tabletki osłonowe...). Co to za pierdolenie, że jak się urodzi to przestanie boleć? Mnie ciąża nie wyprostowała tyłozgięcia macicy ani nie wyleczyła jebanej endometriozy. ENDOMETRIOZA to koszmar. Odliczam czas do menopauzy... Mam dopiero 24 lata...

poniedziałek, 7 listopada 2011

Total panic .!.

Też to zaliczyłam. Ponoć to standard. Totalna panika, że jestem w ciąży! Jeszcze nie leciałam po test ale już mi się śniły 2 kreski na teście... Tego samego dnia przylazła @ ;-) Mąż o mało mnie nie udusił... Oczywiście ja już ryczałam i widziałam czarne scenariusze typu: ja w depresji z 2 malutkich dzieci... ;)

W sobotę byłam na zajęciach uczelnianych z koleżanką po fachu (ma 5-miesięczną Córę) wyładowałyśmy życie codzienne i obydwie czułyśmy jedno: nikt inny tak nas na co dzień  nie jest  wstanie zrozumieć niż we dwie nawzajem. Chociaż wstałam o świcie - 5:25 nakarmiłam Dziecię, przebrałam, zebrałam swoje 4 litery wyruszyłam w podróż 120-km, na zajęcia od 8:30 do 20:20... Wróciłam na rzęsach choć po wypiciu kawy i coca coli (już nie karmię) miałam siłę kąpać Dziecko i lulać do snu... A dziś choć zdycham przez @ nawet przez moment nie zdenerwowałam się... Jednym słowem: odreagowałam, przeładowałam (wyładowałam i naładowałam) akumulatory i z radością wróciłam do życia codziennego. 

Przede mną trudny weekend... Na cały wyjeżdżam na uczelnię i zostaję na noc (!)

Życzę każdej mamie jakiekolwiek formy odreagowania i chwili wytchnienia od codzienności :)

środa, 2 listopada 2011

Z cycka na MM - mamy wspólny rytm!

Nie lubię pisać jak jest dobrze. Czasem nawet myśleć też nie... Bo jak pomyślę, napiszę to zaraz coś się sypię i burzy scalony układ. W ten sposób tworzy się obraz, że wszystko jest złe, niedobre, wkurzające, dobijające itp... Jednak po tym wszystkim co przeszliśmy wypada wręcz napisać, że nie ma tego złego...



Jak wspominałam wcześniej moja droga przez karmienie piersią była udręką. Jestem zła na to, że otoczenie wywierało na mnie tak ogromną presję, że MUSZĘ karmić. Ja byłam roztrojona nerwowo i Córka też. Obie cierpiałyśmy, obie się złościłyśmy i czasem nie lubiłyśmy... Uważam, że to jest niewarte tego wszystkiego. Moje Dziecko nie chciało pić mleczka z piersi. Jej wyrywanie się przy piersi było spowodowane kilkoma czynnikami:
1. - Bardzo głodna chciała jeść szybko.
2. - Wkurzało Ją to, że mleko po chwili ssania leciało coraz trudniej.
3. - Malutka nie chciała się wysilać tak bardzo bo to ją irytowało.
4. - Wodnista konsystencja mleczka powodowała, że Niusia nie mogła się najeść do syta, co bardzo Ją męczyło.

Przejście na mleczko MM nie było trudne. Najpierw jedno karmienie zastępowałam, potem coraz to kolejne... Sprawa wygląda tak, że przed wieczornym karmieniem, ściągam swoje mleczko i podaję z butelki. Udaje mi się odciągać 100-125ml po czym podaję MM 90-120ml dopiero wtedy Malutka jest najedzona... Chociaż nie mamy 4 miesięcy, podaję jej 150ml MM co 2,5-3h dzięki czemu udało Nam się ustalić jako taki rytm dobowy! W końcu! Od urodzenia ustalenie jakiegokolwiek rytmu dnia i nocy spędzało Nam sen z powiek. Co jak wiecie niejednokrotnie wyprowadzało mnie  z równowagi. W związku z karmieniem MM wprowadziliśmy kilka udogodnień. Po 1 nie sterylizuję butelki. Możecie mnie besztać rozumiem. Jednak kiedyś na to nie zwracano uwagi, z Niusią nic się nie dzieje a powinna się uodparniać.  Po 2 przed pójściem spać, gotujemy wodę i wlewamy do termosu, by w nocy gdy Malutka się budzi wściekle głodna mieć gotową wodę na mleczko, co skraca czas przygotowywania... Dodam też, że po przejściu na MM skończyły Nam się problemy z wypróżnianiem i bólami brzuszka. Im więcej czasu upływa tym bardziej dostrzegam, że mojej Córce karmienie piersią po prostu nie służyło. W ogóle mnie to nie dziwi, bo gdy ja się urodziłam problemy były podobne... 

Muszę też stwierdzić, że odkąd to wszystko się uporządkowało dane mi jest cieszyć się macierzyństwem. Byciem mamą i obcowaniem z moją Kochaną kruszyną. Zdecydowanie lepiej się porozumiewamy i jesteśmy spokojniejsze... Ja się nie zadręczam tym, że jestem złą matką i nie zastanawiam nad tym co mogłam zjeść i czym sprawić dziecku cierpienia... Choć nie karmimy cycem to Niusia i tak zasypia wtulona w pierś... więc rekompensujemy sobie pewne braki...

I tak Ago pamiętam jak było na początku i im bardziej o tym myślę, tym mocniej odczuwam radość i szczęście jakie mnie wreszcie doczekało!

Chciałam też bardzo podziękować Mamuśce Martuśce
Za udział w całej akcji, że sprawiłam Jej tak ogromną radość i spodobała się paczka... Którą wysłałam pierwszy raz w życiu :) Dziękuję też Okruszkowi za wspaniałe prezenty. Myślałam że niemożliwym stanie się czytanie książki przy Dziecku a to wcale nie jest takie trudne :)