piątek, 28 grudnia 2012

Nie lubię

Powrotów do codzienności po świętach. W dodatku jakieś cholerstwo mnie rozkłada, bo wlazło na gardło.

Święta upłynęły bardzo spokojnie i w bardzo okrojonym składzie rodzinnym. Po tym jak Lenka dostała kociokwiku w Wigilię, nie spała cały dzień, wytrwała Wigilię nr 1 a podczas Wigilii nr 2 spała nieprzytomna, odpuściliśmy sobie jakiekolwiek wyjazdy w dalszą rodzinę. W 1 dzień Świąt leniliśmy się cały dzień, dopiero ok 16 zawitali do nas moi rodzice z siostrą i już szwagrem. Wieczorem miałam wyczekane wychodne i z prawie wtedy Szwagrem moim, poszliśmy w tango ;) Ojjj nie będziecie zdziwieni jak dodam, że cudownie się bawiłam i wywaliłam z siebie całe zło świata jakie we mnie zalegało :) Następna impreza w Wielkanoc a w między czasie przy dobrych wiatrach poweselimy się :))) W związku z tym, że w święta się bawiłam a Mąż był w domu z Lenką, w Sylwestra to on będzie się %%% a  ja będę doglądać Córy :)
W 2 dzień świąt zamierzaliśmy wyruszyć do teściów a okazało się, że oni wybyli dalej do rodziny w związku z czym by nie wybijać z dopiero co odzyskanego rytmu, nigdzie się nie wybraliśmy. 

To były nasze Święta w 3 i bardzo nam było z tym dobrze. Tak bardzo nam brakuje czasu spędzonego razem i nie ubolewałam nad resztą rodziny mimo tego, że czekali na nas ;) 

Wigilia nr 1 była w dziwnej atmosferze co nadrobiła Wigilia nr 2 (która u kogo możecie się domyślać). Prezenty udane, co pewnie zaprezentuję dopiero po niedzieli. Dziś ogarnęłam chałupę po świątecznie a jutro będę oczekiwać kolędy :)

Zębiska idą, autentycznie jestem tym zmęczona bo 4 wyżynają się od września a 3 też nadchodzą, bo dziąsła biedne... W nocy Lenka śpi źle, kupy są baardzo brzydkie a dziś jest stan podgorączkowy. Do tego nerwówka i zachowania agresywne. I jak ktoś mówi, mając noworodka lub nieco starszego niemowlaka, że później będzie lepiej mam ochotę strzelić w łeb. Ząbkowanie jest koszmarne i końca tego cholerstwa nie widać. Tak wiem, że kiedyś wyjdą zęby ale u nas spokojnie one nie wychodzą a pobudek w nocy jest średnio 5...

A Szwagier jest Szwagrem od wczoraj :)

poniedziałek, 24 grudnia 2012

Świąt udanych!



Świąt udanych! Świąt wesołych! 
W miłości, z najbliższymi!
Spokojnych i szczęśliwych!
I prezentów ładnych!

A to moja choineczka:

 :))))

piątek, 21 grudnia 2012

Przełom świąteczny

Załapałam bakcyla. Chałupa lśni, jeszcze tylko dopracować muszę parę drobiazgów a przy dobrych wiatrach jutro będzie choinka. Choinka przejdzie metamorfozę - rok temu były kolorowe lampki i dominacja czerwonych ozdób. Teraz mam w planach ochłodzenie, srebrne, jasne bombki, niebieskie cuda od Agnieszki z akcentem fioletu. Wizja w głowie jest! ;)

Miałam szczęście! Gdy rozparcelowałam paczkę ręce mi się trzęsły... takie cuda dostałam! :

Lenka moja Córka na ozdobach choinkowych coś niesamowitego!

Nie wpadłam na tak genialny pomysł ale jestem dumna też z moich prostych aniołków, które powędrowały do Okruszka:





Końca świata dziś nie było ku rozczarowaniu co niektórym. U mnie coś pękło, jakoś się lżej zrobiło...? Wolałabym nie zapeszać ;)))
 


czwartek, 20 grudnia 2012

wtorek, 18 grudnia 2012

Akceptacja

To moja największa zmora z dzieciństwa. Szarpię się z akceptacją jak z pijakiem. Wiem dlaczego tak jest - jako nadpobudliwe i nieokiełznane dziecko nie byłam akceptowana w ogóle. W okresie dorastania miałam mnóstwo przyklejonych etykietek, które dogłębnie wryły mi się w psychikę i odbiły na zdrowiu fizycznym. Bycie wyrzutkiem czy też napiętnowaną jest potwornie ciężkie i wyczerpujące. Wiąże się z tym mnóstwo negatywnych uczuć. Nie potrafiłam pojąć dlaczego tak się dzieje i czemu jestem winna. Żyłam w okrutnym przekonaniu, że jestem kretynko-idiotko-głupią do potęgi N-tej. Niska samoocena a w zasadzie brak poczucia jakiejkolwiek wartości - uważałam, że jestem absolutnie bezwartościowa i mam same złe cechy, z których z czasem zrobiłam niejako swoje mocne strony - czyli wredna i bezwzględna suka. W takiej skórze żyło mi się dobrze do czasu.

Człowiek miliony razy w życiu staje w obliczu zawrotnych sytuacji gdzie musi się zmierzyć sam ze sobą. Ja też wiele razy przechodziłam zwroty o 180stopni ale największym było urodzenie Córki. Córka wyzwoliła we mnie wszystkie emocje jakie do tej pory odczułam, nawet te które zakopałam gdzieś głęboko. Jako matka przechodziłam chyba, wszystkie możliwe fazy od bezsilnej, przez wszechmocną bo zagubioną i pewną siebie...

Dziś nie czuje się pewna siebie a od jakiegoś czasu uważam, że jako matka odnoszę same porażki. Moja pewność siebie legła w gruzach. Drażni mnie wszystko dookoła, wściekam się i ciskam jak kupa w bucie. Absolutnie nie akceptuje rzeczywistości w jakiej się znajduję co niestety odbija się na wszystkich. Mam krzywą i spiżdżoną gębę, zamiast rozmawiać warczę, burkam i cedzę przez zęby. Jestem znudzona codziennością i nakręcam się sama doprowadzając do wybuchów. Jestem absolutnie beznadziejna w każdym calu i szlag mnie jasny trafia z tego powodu. Mimo odbytej rewelacyjnej terapii DDA, przeczytaniu mnóstwa książek mam wrażenie, że wieloletni wysiłek i ogrom pracy włożony w wyprostowanie mózgownicy poszedł na marne. Jestem absolutnie i pod każdym względem rozchwiana emocjonalnie jak nastoletnia gówniara. Nie mogę dojść ze sobą do ładu a nie mam kompletnie sił na rozgrzebywanie wszystkiego od nowa. Szczerze mówiąc w tej beznadziejności rzygam opiniami, diagnozami i wszystkim tym co mi szczególnie zatruwa egzystencję.

Tęsknię za energią, która kiedyś mnie rozsadzała, za głupawkami jakie odbijały mnie nader często. Macierzyństwo wyprowadziło mnie w cholerę, bo straciłam zapał i serce do mycia mamą. Pomysłów na ruszenie z miejsca brak... Wyjałowiona jestem z radości... I nie cierpię siebie w takim stanie. Najchętniej wyszłabym z siebie i wyfrunęła w siną dal.

To już nawet nie jest frustracja, bo na frustrację sił nie mam ale totalna obojętność do tego co robię. Jakoś nigdy spędzanie życia w domu z Dzieckiem nie było dla mnie czymś wyjątkowym i specjalnym. To ciężka i niewdzięczna praca. Tak niewdzięczna, bo co Dziecku z matki, która jest non stop skrzywiona, naburmuszona i niezadowolona z życia?

poniedziałek, 17 grudnia 2012

JEST!

ZIMA! Cudowna, biała, zasypana ahh uwielbiam, kocham i moje Dziecię też. :) Czekamy na sanki bo ciężko nam się przemieszczać :D Przy dobrych wiatrach dziś już będzie :)))


Pies pożyczony od sąsiadów - Kaja nas lubi a My ją więc przychodzi do nas i dostaje małe co nie co :)

Po załamce ani śladu. Tryskam energią, cieszę się do ścian. @ przyszła a ja miałam najgorsze w życiu PMS wraz z myślami samobójczymi. Niestety "tylko" hormony potrafią człowieka wyprowadzić z równowagi i doprowadzić na skraj życia. @ mam wyjątkową okrutną, ketonal jem, no spe i espumisan... Brzuch boli z każdej strony i nie tylko brzuch bo szaleje wszystko również jak przy rota...

I co? Ja się dalej cieszę :P

piątek, 14 grudnia 2012

Załamka

Przechodzę załamanie na polu matczynym.
Jestem zmęczona - wieczorami padam zaraz jak zaśnie Dziecko po 21...
Nie mam na nic czasu.
Nie mam sił w ogóle... wyczerpana jestem ze wszystkiego...

Z przerażeniem myślałam już od początku grudnia o zbliżających się świętach. Jestem zmordowana tym, że próbuję sprzątać przedświątecznie z Dzieckiem, którego mam po uszy... Autentycznie jestem zmęczona przebywaniem z moją Córką. Mieszkamy w pomieszczeniu gdzie oddzielnym pomieszczeniem jest mikra łazienka - reszta mieści się w drugim pomieszczeniu gdzie nie ma nawet wolnego kąta... Rok temu o tej porze żyłam w przekonaniu, że dziś będę mieszkać we własnym domu - ale to temat rzeka, na który nie mam sił... w tym tygodniu zwalczyliśmy ogromnego grzyba na ścianie przy lodówce... to mnie totalnie dobiło... Lenka nie pozwala mi na zrobienie czegokolwiek - głupie wytarcie kurzu sięga rangi niemożliwej co dla mnie jest katastrofą. Nie potrafię siedzieć i przebywać z Córką bo mnie doprowadza do rwania sobie włosów z głowy. Krzyczałam na Nią zbyt wiele razy przez co od jakiegoś czasu potwornie się zadręczam... mając przeświadczenie o krzywdzie jaką sprawiłam...

Nie chce mi się żalić na swój los - nie o to chodzi. Jestem potwornie zmęczona i wyzuta z sił... I nie chcę zastanawiać się czy to znowu hormony... mam dość swoich hormonów siebie samej w ogóle...

środa, 12 grudnia 2012

Portki

Lenka wyrasta ze wszystkiego i wzdłuż i wszerz. Dziś kupiliśmy pampki w rozmiarze 5. Upolowałam płaszczyk/kurtkę długą na 92 i wcale nie jest wielka. Wszystkie bluzeczki, bluzy wymieniłam na 86... rajty 92-98. A tu jeszcze idą kolejne zębale i zdaje się, że i skok rozwojowy bo Dziecię krzyczy duuużo krzyczy i piszczy. 

W sobotę upolowałam kombinezon... wariatka ze mnie totalna! Biegałam po mieście jakby mi się motorek w tyłku palił. W sh nic nie było, na bazarze chińszczyzna za 50zł, do firmówek nie zachodziłam bo wiedziałam, ze drożyzna (chociaż w planach miałam). Dotarłam do sklepu textil market, tak to się u nas nazywa. Szukałam i Pani pokazała mi coś tak ciekawego, że zdębiałam a jak zobaczyłam cenę oczy mi mało nie wylazły - 18,99zł. Śmiałam się z tego cuda, Pani mówi, żebym brała bo tanie jak barszcz no i wzięłam! Pomyślałam, że do latanie przy domu się będzie jak znalazł!

Jak ubrałam Lenkę w to cudo wszyscy śmialiśmy się do łez - nasz pakierek :) Lence się spodobało :-D jest świetny, miękki, od wewnątrz czerwony polarek i wspaniale amortyzuje przy upadkach :)))

Musiałam wymienić wszystkie portki - jeansy zapinane na suwak, więc znalazłam spodenki w gumkę:

Od lewej - 2zł, w środku 3zł i czerwone, grube, wełniane 2zł
 
Ogrodniczki są wspaniałe! mają z tyłu gumkę h&m za 3zł :)
 

Brąz nie tylko dla chłopców! Lenka wygląda w tej koszuli czadowo :) jest cudowna, flanelowa i za 2zł :D


Mam jobla na punkcie ciuchów dla Córki, dziś upolowałam parę perełek, jak ubiorę pokażę oczywiście :) A poluję pilnie na body w rozmiarze 92 na długi rękaw albo 86 z h&m :P
 



wtorek, 11 grudnia 2012

Rytuały

Nie wiem jak jest u Was. U nas rządzą rytuały. Po urodzeniu Lenki panował chaos, ustalenie jakiegokolwiek harmonogramu dnia spędzało mi sen z powiek. Po jakimś czasie coś zaczęło się tworzyć. Pisałam już kilka razy nasze plany dnia, które z czasem się modyfikowały mniej lub bardziej. Uświadomiłam sobie w ostatnich dniach, że niemal od początku pewne rytuały towarzyszą nam niezmiennie, tkwią każdego dnia oczywiście dziś przebiegają w nieco bardziej wyspecjalizowany sposób :)

Weekend przebiegł intensywnie. W sobotę rano byłyśmy w mieście (polowałam jak dzika na kombinezon i... znalazłam! pokażę w kolejnym poście) Lenka była w tym czasie u mojej mamy. Wróciłyśmy do domu ok 13, Lenka była bardzo zmęczona a my jeszcze przemeblowanie zaserwowaliśmy... Córa dostała kociokwiku ze zmiany, szok dla niej totalny, poszła spać o 16 (!) wieczorem zasnęła normalnie... A wczoraj znowu było dużo atrakcji: o 11:30 pojechaliśmy do chinki (chińskie centrum handlowe) Lenka znów oszalała i dostała kociokwiku z nadmiaru bodźców. Potem do rodziców na obiad a po obiedzie supermarket gdzie Lenka gotowała się ze złości spowodowanej zmęczeniem... Padła w aucie w drodze do domu...

Wczoraj był powrót do normalności, stałości która daje Dziecku mojemu ogromne poczucie bezpieczeństwa. O 7 Lenka wita dzień z pełną pieluchą :P, podkrada mi płatki na mleku o 8, pije herbatkę, pomaga ścielić łóżka, myjemy razem zęby, o 10:30 zjada konkretne 2 śniadanie, herbatka, ok 12-13 idziemy karmić kurki i kotki jak Lenka w humorze serwujemy spacer (w wersji krótszej lub dłuższej). Po 14 idę do domu a Lenka jeszcze dogląda czy kotki wypiły mleczko, które im wlała po czym zachęcona jogurtem z owocem i soczkiem idzie do domu. Ok 14:30-15 idzie pa lulu i tak do ok 17, potem obiad z tatą, na którego czeka z niecierpliwością, zabawy z tatą i od 19 szykujemy się do kąpieli o 20:30 (tyle czasu trwa pełny rytuał wieczorny). 

Staram się by Lena miała ograniczoną ilość zabawek. Tak samo staram się włączać Lenkę w codzienne czynności jak ścielenie łóżek, sprzątanie zabawek, wstawianie prania, wieszanie go... Jeśli muszę zrobić coś sama muszę też dać w tym czasie konkretne zadanie dla Lenki tak by nie czuła się osamotniona. Trudnym momentem jest gdy Tata wraca z pracy i chce w spokoju zjeść obiad a Lenula niemal wisi na nim i domaga się swojej uwagi ;) Z premedytacją pozwalam Lence "broić" grzebać w szafkach, w pudełkach, rozwalać różne rzeczy... wczoraj wyciągała z przejęciem talerze :)

Dzieci potrzebują stałości, powtarzalności i z wiekiem to się nie zmienia. Oczywiście są humory, złe dni, nie wyspanie, ZĘBY, które burzą harmonogram i mimo tych przeszkód ja jako rodzic powinnam pilnować porządku i jeśli wychodzimy na dwór o 13 to mimo wszelkich ale trzeba wyjść chociaż na 10 minut. Dla Dziecka to znak, że nic złego się nie dzieje!

Na naszym polu idą trójki a w związku z tym pełen zębny rytuał... a ja sprzątam przedświątecznie więc w domu mam armagedon!

piątek, 7 grudnia 2012

Córka swojej Mamy




Dziecko moje zadziwia mnie każdego dnia i tak już będzie zawsze :) Z wyglądu zewnętrznego jest kopią Taty z kilkoma moimi cechami. Temperament, usposobienie ma zbliżone do mojego. Naturę ma raczej dzikiego kota, bo nie lubi być miziana, głaskana i memłana co i rusz. Lubi chodzić swoimi drogami. I całe szczęście, że mieszkamy mając dookoła przestrzeń, bo ze spacerów do domu wraca niechętnie. Więc ja idę do domu i pozwalam "kręcić" się Lence przy domu samej, oczywiście mając cały czas na oku i co chwile pytając czy do domu nie chce iść. Jak otwieram drzwi to ucieka na podwórko dalej, wtedy biorę pod pachę i pakuje do domu ;) Tak było dzisiaj przy -6 :) U nas oprócz mega ulewy i śnieżycy nie istnieje pogoda przy której nie wychodzimy z domu. Nawet jak będzie -22 na dwór wychodzić będziemy! Tak było rok temu gdy Lenka miała 6 miesięcy, gdzie większość Mam nie wychyla nosa z domu - sama bym chodziła po ścianach a mowa moje Dziecko.

Lenka jest bardzo baardzo absorbująca. Każda moja nieuwaga zostaje głośno odnotowana. Ostatnie dni były trudne, musiałam walczyć niemal, z własnym Dzieckiem by móc ogarnąć podstawowe sprawy w domu. Wczoraj dopadł mnie kryzys, byłam koszmarna, krzyczałam (na Lenkę też) i ryczałam, trzęsłam się z nerwów a Lena robiła dokładnie to samo. Mąż mało nie zwariował a ja chciałam się pochlastać.
Dziś dla odmiany humor miałam wyśmienity, uśmiechałam sie do ścian, śpiewałam a później palma zaczęła mi odbijać skakałam i tańczyłam - Dziecko było w 7 niebie!  - autentycznie mam dość siebie samej!

Zrobiłam plan na przygotowania przed świąteczne - zaczęłam panikować i nie wiedziałam do czego się zabrać. Dla bezpieczeństwa otoczenia rozplanowałam przyszły tydzień a kolejny mam wolny tak by ewentualnie nadrobić to czego nie dam rady za pierwszym podejsciem. Mąż zadeklarował ewentualną pomoc, bo jak wiadomo z Dzieckim nigdy nic nie wiadomo a z czwórek tylko jedna jest w całej okazałości, reszta jest w trakcie a odzywają się już trójki na dole... Powinnyśmy iść na szczepienie teraz przed samymi świętami ale z premedytacją nie zabieram Lenki teraz tylko aż po nowym roku, bo to to szczepienie które Dzieci źle znoszą a chcę mieć spokój na święta przynajmniej z tym. Ostatnimi czasy próbuję ogarnąć przestrzeń, znaleźć pomysł na organizację... może mnie olśni!

A jutro muszę latać i szukać na gwałt kombinezonu... Nie wiem czy jestem durna, ślepa czy co tam jeszcze. Miałam 2 częsciowy kombinezon na 92 który dostałam, mierzyłam na Lenkę jakisc zas temu i wszystko było ok. Zaczęło się robić zimno i okazało sie, ze spodnie tak schowałam, że za nim nie mogę znaleźć. Dziś -6 na szczęście mam podwójne wełniane spodnie więc na taki mróz są ok. Dziś wyciągnęłąm kurtkę od kompletu i jakby było mało okazało się, ze suwaj po jednej stronie na połowie długości jest wyrwany wraz z materiałem... no niech to szlag! Nie wiem gdzie i za ile ale jutro będę latać, odpalam miotłę bo wyjścia innego nie mam a czasu na czekanie też. A po powrocie do domu czekają na mnie meble, które będziemy z M przestawiać :P Tego nie mogę się najbardziej doczekać!

Lenula w obiektywie czyli to co lubi najbardziej:

Porządki w mamy biżuterii, bardzo owocne - ja ogarnęłam kolczyki a Lenka dostała wszystkie korale do zabawy i bawi się nimi namiętnie :)

Pytanie za 100pkt: - gdzie jest Lena?

A torebki są naj naj NAJ!
Dziecko moje samo wyciąga torebki z szafy, obwiesza się jak na zdjęciu, wkłada w nie telefony, obwiesza wózek w którym wozi miśki... no jak Mama!


środa, 28 listopada 2012

"Unieś mnie w górę w nieba ton...

... w ostatni rejs, w szczęsliwy port..."



Wpadłam w melancholię. Po 16 miesiącach totalnych nerwów, wpadłam w trans i łapię zawiechy. Huśtawki nastrojów nie są tak skrajne. Ogarnia mnie codzienne przygnębienie ale bardzo mi ono odpowiada. Przez te 16 miesięcy nerwówki stan, w którym obecnie się znajduję był marzeniem. Zwolnienie obrotów i tempa organizmu to coś co jest mi najbardziej potrzebne! Cieszy mnie to przygnębienie, w końcu wyciszam się...

Do sielanki oczywiście daleko.  Mam potworne problemy z koncentracją tak jakbym straciła bystrość i jasność umysłu a mój deficyt uwagi się pogłębił. Codziennie zapominam o setkach mniejszych i większych spraw. Z tego powodu denerwuję się aczkolwiek do porządnej wkurwy jak to było niedawno jeszcze - zdecydowanie daleko. Płaczę 5 razy w ciągu dnia z byle powodu (alternatywa dla niedawnych napięć nerwowych z byle powodu). Łapię się na refleksji, która ogarnia mnie kilkadziesiąt razy w ciagu dnia. Złoszczę się również codziennie ale nie w takim wymiarze. Zeźli mnie coś, zaklnę na głos i przechodzi po minucie! Niewiarygodne :)

Mąż jest przeszczęśliwy. Wraca do domu z pracy a ja nie piłuję gęby za cały dzień bez celowych nerwów. Lepiej znosi mój aktualny rozjazd nastrojowy ode mnie. Ja bym chciała normalności natychmiast a to musi potrwać... Dziś mi powiedział, że powinnam pogodzić się z tym, że normalnie to raczej nie będzie a nie walczyć... Jestem uparta i ciągle szukam powodu problemów i chcę je natychmiast rozwiązywać.

Lenka znosi mnie dzielnie. Jestem pełna podziwu wobec Męża i Córki. Znosili mnie koszmarną przez tak długi czas a teraz nacieszyć nie mogą, że jest lepiej. Wciąż się oswajam z tą innością jaka mnie spotkała. Dlatego pisze o tym dużo, bo staram się poukładać tak kolosalne zmiany jakie we mnie zachodzą. Odzyskuję siebie jak po jakichś traumatycznych przejściach. Teroetycznie nie było tak okrutnie ale ja nie mogłam wytrzymać we własnej skórze! Nienawiścią i bezsilnością pałałam do siebie samej. Co odczuwane było tu na blogu. Wściekłość kipiała ze mnie we wszystkie strony świata! Byłam dla siebie wrogiem nr 1 więc możecie się domyślać kim było dla mnie otoczenie...






poniedziałek, 26 listopada 2012

Zakupy z drugiej ręki

Jestem ogromną miłośniczką kupowania/zdobywania ubranek dla Córci z drugiej ręki. Do tej pory nie kupiłam ani jednej rzeczy dla Lenuli nowej w pierwotnej cenie - kupiłam może ze 3 rzeczy po kolejnej przecenie. Uważam, że ceny nowych ubranek są zatrważające a ja wolę kupić taniej (założę maksymalnie 10-15 razy) i kupić książeczkę.

Mieszkam na obrzeżu 55 tysięcznego miasteczka gdzie sh jest mnóstwo. Ja chodzę do jednego - to sieciówka Szmizjerka. U mnie są 2 takie sklepy a ceny uzależnione od czynszu - gdyż w jednym w dniu dostawy cena za kg to 39zł a w drugim w dniu dostawy 27zł za kg. Oczywiście ja chodzę do tego drugiego ale nie w dniu dostawy czyli jak to wypada w piątek ale we wtorek... gdzie cena za kg to 13zł. Chodzę tam już od paru lat i wiem, że gdy jest dostawa pracownicy nie wysypują całego towaru, bo im się nie mieści - ten jest dokładany w kolejne dni, tak więc szansa na złowienie perełek jest spora. Poza tym we wtorek w drugim punkcie jest dostawa za 39zł za kg a w innym dużym sh jest wyprzedaż po 1zł... tak więc gdy ja ruszam na łowy kupuję tanie rzeczy które wielokrotnie prezentowałam na blogu.

Lubię też kupować ubranka bezpośrednio od znajomych znajomych czyli po konkretnym dziecku. Gdy Lenka była mniejsza, Jej ciocia znosiła nam ubranka od znajomej kuzynki po Dziecku... oczywiście ubranka są droższe znacznie niż w sh zazwyczaj są to nowe ubranka po tym właśnie Dzidziolku. W ten sposób kupiliśmy oryginalny dres adidas za 30zł ;) Absolutne szaleństwo!

Zdecydowanie wolę zakupy w realu gdzie mogę pomacać i niemal pod lupą wybadać rzecz. Tylko nie zawsze opłaca się polować przez miesiąc np. na kombinezon który można wyłapać w... sieci! Dziś niemal każda mama poluje na allegro, śledzi i licytuje swoje łowy. Gdy Lenka była nie mobilnym Dziecięciem, kupowałam w zestawach np. body - gdzie miałam kilka sztuk (5-6 czasem mniej lub więcej), kupowałam tak by cena wraz z przesyłką wyniosła mnie mniej więcej tyle ile zakupy w sh ;) czyli nie więcej niż 15 zł!

Znalazłam kilka świetnych ofert na Sprzedajemy.pl w dziale dziecięcym :)








POLECAM!

Z racji spieszących się dzieci na świat w mojej rodzinie, nie sprzedają ani jednego ubranka po Lence. Nie wiem więc jak to wygląda z drugiej strony... ;) a i w planach mamy rodzeństwo dla Córki!

Za czas jakiś opiszę Wam zasady jakimi kieruję się kupując używane rzeczy :)))

sobota, 24 listopada 2012

Nie ma złych dzieci...

... są źli rodzice.




Tak właśnie uważam. Moje Dziecko jest jak mój barometr a w zasadzie Matkometr. Nastrój i humor zależy ode mnie. Jeśli ja wstanę lewą nogą - Lena też.
Jeśli jestem zmęczona i rozdrażniona - Lena także.
Jesli jestem poddenerwowana - Lena też.
Jeśli krzyczę - Lena też.
Jeśli jestem smutna - Lena jest zdezorientowana.
Jeśli coś mnie boli i cierpię - Lena jest zdezorientowana.
Jeśli zajmuje się czymś a nie Lenką - Lena staje na głowie żeby zwrócić moją uwagę.
Jeśli nie zwracam uwagi na Lenkę - Lena szuka jej wszędzie.

Lenka potrafi się zachowywać różnie...

Lenka potrafi być spokojna i pół dnia bawić się w swoim towarzystwie... - jeśli ja jestem spokojna i radosna.

Lenka potrafi rzucać się na podłogę - jeśli krzyknę lub czegoś zabronię lub zabiorę z rączki.

Lenka potrafi szczypać, klepać i gryźć - jeśli jestem nerwowa przez kilka dni.

Lenka potrafi budzić się w nocy na jedzenie 3-4 razy - jeśli przy kąpaniu jestem zmęczona i poirytowana.

Lenka marudzi jeśli jest niewyspana - jak ja
Lenka marudzi jah jest głodna - jak ja
Lenka uwielbia się stroić - jak ja
Lenka sprząta w domu - jak ja
Lenka naśladuje mnie na każdym kroku.
Jeśli jestem niemiła ona dla mnie także wtedy ucieka do Taty a ja jestem odstawiona na boczny tor.

Jeśli jest jakiś problem z Lenką ten problem dotyczy mnie.

To ja jestem odpowiedzialna za nastroje, humory i zachowanie Córki.

To czy przebywanie razem wychodzi nam na dobre widać gdy jesteśmy poza domem.

To jak zachowuje się Lenka wśród ludzi świadczy o moim stosunku do niej...

a także o relacjach między mną a mężem...

Relacje między mną a mężem Lenka odzwierciedla w stosunku do innych osób...

Lenki świat to ja
Patrzy na niego moimi oczami

Jeszcze w brzuchu można Dziecku przekazać mnóstwo informacji które wpłyną na Jego charakter i osobowość...
Dziecko niemal od początku swojego istnienia odbiera świat tak jak dorosły - różnica tkwi w komunikacji, Dziecko porozumiewa się niewerbalnie w przeiciwieństwie do dorosłego - jednak potrafi w ten sposób przekazać ogrom informacji - szkopuł tkwi w jego odbiorze przez otoczenie.

Dziecko to moje zwierciadło - mogę się w nim przejrzeć bezbłędnie.
Przed Dzieckiem nie ukryję ani jednej emocji. Dlatego wolę krzyknąć do sufitu czy ściany niż dławić się ze złości przy Dziecku - ono dławienie gorzej zniesie niż moje rozdarcie.
Codziennie wieczorem tłumaczę Córce co się działo i dlaczego.
Nigdy nie miałam wątpliwości sądzić, że mnie nie rozumie.
Rozumie tylko nie potrafi mi o tym powiedzieć wprost.
Mówi do mnie swoim ciałem i zachowaniem a to i tak wiele...

Nigdy nie mówiłam, że mam niegrzeczne czy złe Dziecko.
Wiele razy mówiłam, że to ja mam problem...

Od 3 tygodni nie biorę leków od tarczycy.
Wyniki mam złe.
Lekarka moja endokrynolog pytała sie z 5 razy czy na pewno lepiej się czuję po odstawieniu.
Mam ich nie brać dalej a za miesiąc sprawdzić poziom hormonów...
Jak będzie zły mam iść do niej i będziemy dumać...

Odzyskuję siebie... Wracam do siebie z przed ciąży.
Mój mózg wciąż funkcjonuje ciężko - hormony ciągle się stabilizują...
ALE - z każdym dniem odczuwam więcej upragnionego SPOKOJU...
nerwy poszły w pizdu... a ja oddycham głęboko...

Lenka też... i w końcu ma Mamę!


środa, 21 listopada 2012

Odnaleźć się w roli mamy

Instynkt macierzyński nie jest tak oczywisty według znanej wszystkim opinii. Nie w każdym przypadku ciąża jest błogostanem, poród pikuś a karmienie piersią odbywa się bez większych problemów. Te ważne czynniki mają ogromny wpływ na późniejsze macierzyństwo.

Mimo wspaniałego wyglądu w ciąży i braku większych problemów ciąża nie była dla mnie błogostanem a ostatni miesiąc był trudny do zniesienia. Poród miałam wspaniały dzięki zzo (nie wychodzę z założenia że cierpienie uszlachetnia). Schody zaczęły się po porodzie. Ten mimo braku cierpienia był trudny i długo dochodziłam do siebie (przez 2 tygodnie nie mogłam normalnie siedzieć). To była jedna z przeszkód jakie stały na początku drogi macierzyńskiej. Czekałam z wielkim pragnieniem i utęsknieniem na Córkę, moim marzeniem od zawsze było urodzenie Dziecka przed 25 rż. A jednak mimo to bardzo trudno było mi się odnaleźć w roli mamy. Wraz z problemami fizycznymi po porodzie doszedł refluks Córy (chlustanie na odległość), problemy z karmieniem piersią które nie mijały, długi połóg (8 tygodni) zaraz po połogu powrót okresu bardzo bolesny mimo kp. Wszystko nakładało się na siebie i powodowało, że mimo odczucia instynktu macierzyńskiego ten nie funkcjonował w pełni. Baby blues nie trwał dzień, dwa ale długie tygodnie, efektem była depresja poporodowa.

Do tej pory każdy dzień, od dnia pojawienia się Córki to moja wewnętrzna walka o bycie dobrą mamą. Nie zawsze czułam się dobrze w tej roli. Nie raz czułam się źle. Ciężko było osiągnąć poziom pełni szczęścia.

Z czasem gdy depresja mijała hormony zaczynały szaleć. Cykle były z każdym kolejnym co raz gorsze. Pojechałam do Profesora okazało się, że problemów jest więcej i dostałam tabsy. Oczywiście było lżej przez chwilę a czułam się co raz gorzej. W desperacji poszłam do psychiatry. Byłam przekonana, że problem tkwi w depresji po porodowej. Oczywiście było lepiej też przez chwilę. W końcu okazało się, że hormony tarczycy doprowadziłam na wysoki poziom i w zasadzie sama się wykańczałam.

Od 3 tygodni nie biorę hormonów tarczycy. W ciągu tych 3 tygodni miałam więcej godzin spokoju niż przez cały okre bycia mamą! Mimo braku cierpliwości nerwy się uspokoiły.

Miliony razy zadręczałam się, że krzywdzę swoje Dziecko. Osiągnięcie poziomu spokoju w takich okolicznościach graniczyło z cudem. Nie chodziło o to, że stosowałam przemoc ale sam fakt przeżywania wielu dni w napięciu nerwowym nie miało dobrego wpływu na nikogo. Trudno było mi sobie uzmysłowić fakt, że po prostu jestem mamą. Dla mnie bycie mamy nie było "po prostu".

Mam absolutnie najwspanialsze, idealne Dziecko pod słońcem. Wiele razy byłam przekonana, że nie zasługuję na moją Córkę. Wiele razy uważałam, że jestem koszmarna, miliony razy przepraszałam Lenulkę za moją bezsilność wobec siebie samej...

Dopada mnie zgryzota i staram się nie czytać przesłodzonych tekstów o różowym pierdzącym bobasie. Czasem mnie szlag trafia, czasem odczuwam zazdrość, czasem dopadają mnie wątpliwości czy to aby na pewno prawda. Nie spotkałam żadnej mamy, która potrafiłaby przyznać otwarcie i wprost do takich odczuć.


poniedziałek, 19 listopada 2012

Sh zakupy i nominowania!)

Obiecałam więc wrzucam ostatnie łowy sh:




Sweterek cherokee - 5,50



                                                             Sweterek - tunika 2,40zł

                                                                             
Śpiworek Mamas & Papas - 1,60zł

Sukieneczka h&m - 2,50

Pamiętacie te zasłonki? Pokazywałam zaraz po zakupie (70gr!) wiszą w oknie łazienkowym od 1 listopada :)

Podejrzewam moje Dziecko o jakiś skok rozwojowy. W ostatnim czasie załapała ostrą fazę na rysowanie, pisanie długopisy i kredki. Codziennie chce przez pół dnia bazgrolić. Pije z kubka przez rurkę! Gwiżdże ustami jak porządny dorosły (robi to lepiej ode mnie). Najlepsze zabawy to wożenie w wózku dziecięcym miśków wzorując się na mnie Lenka obwiesza wózek moimi torebkami, balonik na tasiemce, słuchawki do telefonu (wkładanie i wyjmowanie), odkrywa miękkie książeczki (mam głównie twarde więc trzeba będze się zaopatrzyć :) wczoraj jedną wrzuciła do sedesu ;) Tata zrobił niesamowitą frajdę Lence samolotem z papieru. Lenka tak się zaaferowała, że potem samolot przerzucała przez swoją głowę mówiąc charakterystyczne "ziuuuuuuuu!". Robi zdjęcia aparatem do zdjęć. Prym wiedzie również szczotka na kiju (zamiatanie w domu), mycie mopem i wycieranie wszelkich kurzy. Bierze gąbkę do kąpieli i myje nią niemal wszystko: okna, podłogi, meble, siebie a nawet mnie :)



Nessie nominowała mnie do zabawy Liebster blog. Nie przepadam za tego typu zabawami więc odpowiem na pytania bez dalszej kontynuacji ;P

1. Czy jesteś wzrokowcem czy słuchowcem?
Zawsze miałam z tym problem i nie wiem... jestem adhd-owcem ;)

2. Wolisz koty czy psy?
To zalezy od charakteru zwierzaka lubię i koty i psy ;)

3. Książka, która wywarła na Ciebie wpływ.
Ewa Woydyłło "Poprawka z matury"

4. Czy masz prawdziwą pasję?
Pedagogika

5. Gdybyś miała jeden dzien tylko dla siebie jak byś go spędziła?
Część dnia załatwiając zaległe sprawy a resztę w SPA :)

6. Czy uprawiasz/uprawiałaś intensywniej jakiś sport?
hmmm nie oprócz spacerów z Dziecięciem

7. Co zawsze nosisz ze sobą (oprócz kluczy, dokumentów etc.)?
Pomadki do ust (kilka)

8. Jakie wnętrza lubisz - nowoczesne czy staroświeckie?
Lubię łączyć nowoczesne ze staroświeckim, uwielbiam stare przedmioty :)

9. Jak wolisz spędzać Boże Narodzenie - w domu, u rodziny, na wyjeździe?
Z najbliższymi.

10. Gdybyś mogła zatrudnić pomoc domową to co najchętniej byś na nią scedowała: gotowanie czy sprzątanie?

Sprzątanie :)
11. Jakie smaki preferujesz - kwaśne/słodkie, łagodne/pikantne?
Słone i pikantne :)

Dziękuję za nominacje :)

Jestem krnąbrna i gapowata a w dodatku non stop o czymś nie pamiętam!

Ivett mnie zgapiła, że zapomniałam o JEJ nominacji! Więc już, teraz, natychmiast w tym momencie odpowiadam na pytania ;)

1. Co zwykle jesz/pijesz na sniadanie?
Płatki na mleku (kukurydziane + zbożowe z dodatkami) i jogurtem owocowym, obowiązkowo od lat ZIELONA herbata!

2. Jaki kolor lakieru do paznokci najbardziej lubisz "nosic"?
W zależności od nastroju, mam wszystkie kolory tęczy ;)

3. Jakiego koloru sa twoje oczy?
Ogólnie zielone a szczegółowo: szaro-niebiesko-pomarańczowo-zielone

4. Gdybys miala byc ktoras ze slawnych aktorek, kim chcialabys byc?
PENELOPE CRUZ

5. Jaka jest twoja ulubiona bajka z dziecinstwa?
Kopciuszek i śpiąca królewna w wersji Disney

6. Jaka jest Twoja ulubiona potrawa wigilijna?
Barszcz z uszkami

7. O zwiedzeniu jakiego kraju najbardziej marzysz?
Haszpania

8. Co cie najbardziej relaksuje?
Muzyka w słuchawkach baaardzo głośno

9. Gdybys miala caly dzien "wolny" tylko dla siebie (przyjmijmy, ze tatus lub rodzinka zajma sie dzieckiem), jak bys go spedzila?
To zależy jaka pora roku. Część dnia bym spędziła na załatwianiu zaległych spraw a potem SPA lub jazda na rowerze ;) z muzyką oczywiście

10. Bez jakich trzech kosmetykow nie wyobrazasz sobie zycia?
Kurde mam 4: korektor, puder sypki, eyeliner i tusz do rzęs

11. Kim chcialas zostac bedac dzieckiem? (Czy marzenie sie spelnilo?)
No cóż spełnić się nie spełniło, bo chciałam być piosenkarką!

Dziękuję i przepraszam ;)

VINTI już odpowiadam i na Twoje pytania:

1. Kochasz sex czy pieniądze?
SEKS!!!!!!!!!!!! 

2. Lubisz ksywy czy zdrobnienia?

Zdrobnienia

3. Wolisz mieć fioła czy uśpiony umysł?
Fioła

4. Chciałabyś polecieć na księżyc czy pojechać koleją transsyberyjską?
Polecieć na księżyc

5. Co dla Ciebie znaczy "być"?
Oddychać

6. Masz ochotę na?
Osiągnięcie czegoś wielkiego

7. Pasjami pochłaniasz?
Pedagogike

8. Masz w serdecznym poważaniu?
Co myślą o mnie inni

9. Wolisz się wiercić czy wylegiwać?
Wylegiwać przez 1h a potem wiercić!

10. Masz zaufanie do?
Męża

11. Za co lubisz lub nienawidzisz Marilyn Monroe? A może jest Ci obojętna?
Była wyjątkowa

Aleksandra a oto odpowiedzi na Twoje pytania:
 
 
1. Twój ulubiony kolor to?
Fiolet!
 
2. O której chodzisz spać?
Późnoooo ok 24 a 2 razy w tygodniu zasypiam o 21 wraz z Dzieckiem
 
3. Lubisz gotować?
Lubię
 
4. Najbardziej nielubiona praca domowa to?
Codzienne ogarniania domu, które trwa w nieskończoność!
 
5. Wolisz czytać czy oglądać telewizję?
Czytać
 
6. Twoja ulubiona książka to?
Ewa Woydyłło: "Poprawka z matury"
 
7. Twój ulubiony film to?
"Volver"
 
8. Spodnie czy spódnica?
Portki i kiecka :)
 
9. Ile masz lat?
25
 
10. Wierzysz w miłość? 
Tak
 
11. Jesteś szczęśliwa?
Z tym bywa różnie...!
 
Jeśli zapomniałam lub przegapiłam jakieś dajcie znać :))))

czwartek, 15 listopada 2012

Wojna trwa!

W blogosferze wciąż obecna jest wojna kp kontra butelka z MM. Wiele mam dzieli się swoimi doswiadczeniami dzięki blogom. Pozytywne wrażenie na mnie wywarł TEN POST u M.M.. Autorka bloga w normalny, prosty sposób odważyła przyznać się, że NIE LUBI karmić piersią. Ot tak po prostu. Tak jak jedni lubią truskawki a inni nie. Czytając go uświadomiłam sobie, ze ja również nie lubiłam karmić piersią. Nie wiem dlaczego miałabym lubić skoro miałam z tego powodu mnóstwo problemów w tym ból i cierpienie. Problemy z karmienie piersią ciągnęły depresję poporodową. Byłam ogromnie zdołowana niemocą. Czułam się źle w roli matki, ciężko mi było patrzeć z czułością i miłością na moje Dziecko.

Mam wrażenie, że mamy - laktywistki, fanatyczki kp atakujące mamy butelkowe są pozbawione empatii. Nie potrafią sobie wyobrazić czym są problemy kp jakie doświadczają mamy, którym się to nie udaje. Tak samo nie potrafią sobie wyobrazić jak można Dziecku podać MM jeśli ma się w cyckach mleko! Nie zawsze droga podania mleka z piersi jest tak łatwa i bezproblemowa. Mamy te opierają się wynikach badań, na literaturze... tylko nie zawsze teoria sprawdza się w praktyce i ten przysłowiowy 1% matek, które nie mogą karmić z powodów medycznych jest daleki od rzeczywistości. Osobiście odczułam na sobie terror laktacyjny gdy bliskie mi osoby widząc moje cierpienie mówiły, że mam na siłę pchać cycka w buzię Córki bo TRZEBA KARMIĆ PIERSIĄ. Na siłę pchać, podawać pierś z popękanymi do krwi brodawkami. Które goić się nie chciały bo przy każdym przystawieniu ranki pękały na nowo. Silikonowe nakładki można było sobie w tyłek wsadzić bo proces się powtarzał a ulgi nie czułam. Niemiłosiernie wkurza mnie, gdy matka fanatyczka ocenia matkę słowami "nie wytrzymałaś, poddałaś się". Co to znaczy poddać się? Czy ja się poddałam podając Córce MM? Czy to znaczy, że poddałam się jako matka? Odciągałam pokarm, podawałam z butelki - Dziecko nie chciało pić. No i co miałam z tym zrobić? Podawać przez sondę? Przecież MM to mleko z laboratorium, mleko krowie które zostało poddane wielu procesom by było jak najlepiej przyswajalne przez Dziecko. Matki fanatyczki kp uważają je za zło, za truciznę, za potworny wyrób XX wieku a podawanie go Dziecku jest karygodne. I wiecie, że takie opinie głównie i przede wszystkim krążą w blogosferze? Na co dzień mimo terroru nie byłam tak atakowana przez nikogo. Gdy ktoś się pytał czy kp, odpowiadałam nie bo było dużo problemów nikt mi nie robił wyrzutów. A tu matki podające MM są spychane na margines. Jeśli sytuacja przedstawia się w taki sposób dlaczego nie marginalizować matek, które poczęły dzieci metodą pozaustrojową, rodziły przez CC, zakładają pieluchy jednorazowe i karmią gotowymi słoiczkami! No jak szaleć to szaleć na całego.

Nie obnoszę się z moimi poglądami na co dzień, nie krzyczę do wszystkich, że ja wiem najlepiej i mają postępować jak ja. Jestem taką indywidualstką jak i moje Dziecko. Razem i osobno decydujemy o tym co jak ma być. Dziś mojej bratowej ciotecznej będąc w 9 miesiącu mówię: "Nie musisz karmić piersią. To nie jest przymus najważniejsze jest szczęście Twoje i Twojego Dziecka. Jak nie będzie wychodzić nie załamuj się." Nie okręcam w bawałnę, nie powtarzam, że masz karmić jak to robiono w moim otoczeniu. "Karm TYLKO piersią". Jakieś paranoje się dzieją, wydawanie opinii odnośnie zachowania dziecka na podstawie karmienia czy sławienna odporność dzięki mleku z cycka. Chodziłam z mężem do szkoły rodzenia na indywidualne spotkania. Położna - prowadząca jednocześnie doradczyni laktacyjna mówiła nam jasno i wyraźnie o tym, jak odporność Dziecka buduje się w ostatnim trymestrze ciąży i najważniejszy wpływ ma dieta matki. Dziecko rodzi się z pewną odpornością, bo wszelkie alergię wychodzą na jaw po urodzeniu a alergie to zaburzona odporność w bardzo ogólnym skrócie. Nie twierdzę, że mleko matki nie wspomaga odporności dziecka po jego pojawieniu się na świecie jednak nie jest to w takim stopniu w jakim się o tym dookoła trąbi. 

Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia a życie nie polega na ocenianiu innych względem własnej osoby. To świadczy o ogromnym ograniczeniu. Fanatyczki kp tak przedstawiają siebie co jest przykre aczkolwiek mało mnie interesuje. Szkoda, że swoim podejściem ranią mamy niemogące karmić z wielu powodów. Nawet jeśli są to powody psychiczne - jak wstręt do podania dziecku piersi - nie leży to w interesie fanatyczek kp by oceniać takie powody. 

Najważniejsze jest jedno: SZCZĘŚLIWA MAMA I SZCZĘŚLIWE DZIECKO. Szczęście to nie zależy od sposobu karmienia i mleka jakim karmione jest dziecko.

środa, 14 listopada 2012

Pierdolnik i sajgon... i PO pierdolniku :) AKTUALIZACJA

Dzisiejszy dzień to jeden z tych których pamiętać nie chcemy. Moje Dziecię w nocy źle spało, do 1 popłakiwała i budziła sie a od 6 gotowość z jękiem na dzień dobry. Zmiana pogody? I wszystkie inne powody. Dogadać się nie idzie, bo Lenka chce jeść a jak jej daje to pluje, zabieram więc talerz a Ona w ryk. Tak więc dzień mija nam pod znakiem awantur, krzyków i robieniu wszystkiego by "Mamę wkurwić". Na wszystko jest "nie!" Tak więc w domu mam pierdolnik co widać mniej więcej na zdjęciach:




Sprzątałam dziś kilka razy, teraz Potwornicka śpi a mi tyłka ruszyć z miejsca się nie chce. Sama też podkurwiona jestem od rana i tak drażnimy się obydwie nawzajem. W kuchni też jest pierdolnik. Lenka nabuzowana więc sieje dookoła wszystko co wpadnie w jej cudowne rączki. Nosiła pranie w nocniku. Wysypała wszystkie torebki z dziś kupionej herbaty zielonej... i milion innych cudów jakie dziś wyprawiała... Wzięłam uspokajacza bo miałam chęć Dziecko wystawić za okno... Nigdy nie kreowałam się na ideał, nigdy nie mówiłam, że w domu mam cud miód i orzeszki. Najgorsze jest to, że bajzel działa mi na nerwy. Z ADHD nie da się funkcjonować w chaosie - zaczynam panikować, gubić się... Nie wiem od czego zacząć ale na pewno wezmę łyka kawy!

Wiecie, że zapisy na NFZ do endokrynologa jedynego w mojej okolicy są na 2014? Zapisy tylko prywatnie. Na szczęście w rejestracji byłam osobiście z Lenką. Na korytarzu Pani doktor spojrzała na wyniki moje i wizytę mam w trybie szybkim w poniedziałek... a jednak można!


Siedziałąm na tyłku i w końcu zebrałam ten tyłek swój...


 Gdy skończyłam zbierać pranie Dziecię wstało. Praca mnie uspokoiła totalnie ;) Lubię konkrety! A teraz rysujemy :D


wtorek, 13 listopada 2012

WYNIKI BADAŃ

Dziękuję Wam za ostatnie komentarze pod ostatnim postem o tarczycy. Dziś odebrałam wyniki badań. Jak wiecie badania robiłam tydzień po odstawieniu euthoryxu 80. TSH mam powyżej normy a t3 i t4 przy górnej granicy. Hormony wciąż lecą w dół, co czuje po sobie każdego dnia. Każdego dnia czuję jak normalnieje. Słowo NORMALNY - to jedyne i najlepsze jakie w mojej głowie mi tkwi od kilku dobrych dni. Walczyłam miesiącami o normalne funkcjonowanie. Wiecie jak mi było ciężko, w jakich nerwach żyłam. Pisałam o braku panowania nad sobą o tym, że sił mi brakuje, że wciąż walczę sama ze sobą. A to była walka z wiatrakami a w zasadzie z hormonami. Tarczyca ma taki wpływ na fizycznośc i psychiczność jak żaden inny narząd w organiźmie. Tarczyca zaburza pracę WSZYSTKICH organów w organiźmie. Daje objawy niemalże wszystkich chorób bo zaburza metabolizm w komórkach. A komórki są wszęzie! Z resztą powtarzam się wiem, ale wciąż aktualnie jest to mój numer jeden.

Teraz będę się kontaktować z tutejszą poradnią endokrynoligiczną. Być może z moimi aktualnymi wynikami badań nie będe musiałą czekać w kolejce na wizytę u endokrynologa. Jednocześnie skontaktuje się z moim Profesorem który jest ginekologiek-endokrynologiem. Za chwilę będe musiała powtórzyć badanie, hormony nie mogą zejść poniżej normy a trzeba ustalić odpowiednią dawkę leku. Logicznym jest fakt, że w tej chwili przy takich wynikach leków brać nie mogę. Jedyny minus to zmęczenie i senność sądzę, że spowodowane wysokim poziomem hormonów - organizm jest przeciążony i nadwyraz pobudzony przez co się szybciej męczy.

Dziś biegając po mieście, zachaczyłam o sh i wyłowiłam parę rzeczy więc lada dzień pokaże Wam łowy ;)
Dziecku sprawiłam kredki bambino i książeczkę a sobie kremiki do twarzy a także maskę do włosów farbowanych, któą jutro będę testować ;) Byłyśmy w przychodni o 12 (od tej godziny mieli być przyjmowani chorzy pacjenci) a tam dziki tłum maluchów na szczepienia. Więc poszłyśmy na godzinkę pokręcić się wkoło. Zachaczyłyśmy z Lenką o kawiarnię gdzie ja wypiłam pyszną kawkę zjadłyśmy ciacho a Córa z uporem maniaka serwetką wycierała stolik. Później w przychodni Lenka sporządzała notatki siedząc przy stoliczku i rejestrując wszystko długopisem w notesie ;) Przy okazji Pani doktor Lenkę oblOOkała, bo przy najazdowych zębach co i rusz coś drapie w gardełku - na szczęście oprócz lekkiego zaczerwienienia nic się dzieje!

piątek, 9 listopada 2012

Tarczyca

To taki niepozorny narząd, tuż przed krtanią. Po sercu, mózgu śmiało mogę stwierdzić, że tarczyca to narząd od którego zależy równie wszystko jak od nich. Jeszcze moja starsza o 9 lat siostra skończywszy lat 18 miała obowiązkowe badania tarczycy. Dziś już tego nie ma w standardzie. Widać durne władze wychodzą z założenia, że po Czarnobylu śladu nie ma...
Mając lat 17 byłam mega, hiper nadaktywna. Mimo ADHD moja aktywność była ponad hiper normę. Moja Mama wysłała mnie na badania tarczycy. Byłam tak nieznośna, że nikt nie był w stanie ze mną wytrzymać... TSH zrobiłam w lutym (w marcu kończyłam 18 lat). Wyniki wyszły w normie. Ale Mamie mojej to nie dało satysfakcji uparła się ogromnie żebym zrobiła USG. Podstaw teoretycznie nie miałam. Pani doktor nie chciała dać skierowania tylko sugerowała USG prywatnie. W końcu po interwencji Mamy dostałam skierowanie do endokrynologa (w moim mieście jest jeden jedyny). W kwietniu miałam wizytę, Pani stwierdziła że wmówiłam coś sobie i przyszłam jej dupe zawracać niepotrzebnie. Szyję zbadała bardzo pochopnie. Skierowanie na USG dała. Termin - maj. I co? zapomniałam o tym USG. Pare miesięcy później mama mnie zapisała na kolejne USG tarczycy - termin 13 grudzień. I wtedy, tego dnia moje życie zmieniło się na zawsze. Okazało się, że mam 3 guzy. 2 niewielkie mniej groźne. Trzeci - 2cm, umieszczony na żyle. Pani powiedziała, że to nowotwór po czym stwierdziła, że na wizytę mam przyjść po nowym roku, bo jej się punkty skończyły na przyjmowanie pacjentów... Mi życie przemknęło przed oczami a świat legł w gruzach. Wszyscy byli przerażeni. Mama moja natychmiast zaprowadziła mnie do onkologa. Dostałam skierowanie na biopsję.Wynik - w pobranym wycinku nie wykryto komórek złośliwych ale guz jest tak skonstruowany, ze komórki złośliwe mogą być w nim wszędzie; należy powtórzyć badanie lub usunąć. Onkolog zapytał się, czy guzy mi przeszkadzają - w zasadzie nie zdawałam sobie z tego sprawy. Stwierdzono, że trzeba wykonać operacje i to w trybie natychmiastowym. Robiąc badanie w okresie świątecznym termin na operację miałam 9 stycznia (7 stycznia miałam studniówkę). Miałam farta. Operował mnie ordynator chirurgii, piękne cięcie jak włos, żadnych szwów - "zapięcie" na klamry metalowe po czym plasterki chirurgiczne. W trakcie operacji nie było zbyt wesoło. Miałam badanie histopatologiczne w trakcie operacji. Wszystko było ok. Jednak guz był tak umiejscowiony, że przesłaniał niemal całą tchawicę (po wybudzeniu czułam się jakby mi ktoś odkordował gardło), guz był otorbiony a to oznaczało, że z czasem torebka by pękła i byłby rozsiany... Usunięto mi prawy płat tarczycy, cieśnię i kawałek lewego.

Intuicja mojej Mamy uratowała mi życie. Lekarz powiedział, że albo miałabym rozsianego albo bym się udusiła. Objawy przed operacją były jak przy nadczynności. Automatycznie po operacji zostałam z niedoczynnością a mój komfort życia zmienił się o 180 stopni. W dniu operacji ważyłam 48kg a pół roku później 58.Tarczyca odpowiada za metabolizm w naszym organiźmie. Nie tyle metabolizm w sensie spalania pokarmów co metabolizm komórek. Zaburzona praca tarczycy ma wpływ na wszystko. Przy zaburzonej pracy tarczycy występują setki objawów które na pozór świadczą o setkach innych chorób. (Nie będę wymieniać, wybaczcie można sobie wygooglować objawy ;)

Bardzo długo ciężko było mi się pogodzić z faktem choroby, nauczyć się brać systematycznie leki. Dzięki mobilizacji i dobrze ustawionej dawce hormonów zaszłam w ciążę mimo licznych problemów. W ciąży została zwiększona dawka leków i zmienione z letroxu na euthyrox. Brałam 80, codziennie tę samą dawkę leków i tak samo po ciąży... Nie miałam czasu ani głowy by lecieć do endokrynologa. Robiłam badania w lutym tsh i wyszły w porządku. A ja czułam się co raz gorzej. W maju udało mi się wybrać do Profesora. Niby było lepiej ale trochę. W sierpniu byłam u psychiatry. Nie byłam zaskoczona biorąc leki na depresje z nerwicą. Jak wiecie leki mi pomogły ale też nie do końca... Typowe objawy nadczynności: ciągły niepokój, zimno, drżenie rąk, nerwica i stany depresyjne... Czułam się koszmarnie jak w cholernym horrorze. Nie potrafiłam być sobą, z resztą wszystko jest zapisane tu na blogu.

Ty dzień temu odstawiłam leki. Z godziny na godzinę, z dnia na dzień czuję się co raz lepiej. Dziś czuję się wspaniale. Wszyscy dookoła są szczęśliwi a mi się gęba śmieje co raz częściej. Dziecko jest wniebowzięte i nie może się nacieszyć normalną Mamą! Cieszę się życiem pełną piersią, pełną gębą. Nie mogę sobie darować, że wcześniej na to nie wpadłam, bo przecież w moim przypadku to logiczne!

Dziś zrobiłam badania - wyniki będą po niedzieli ;)))

środa, 7 listopada 2012

Macierzyńskie nerwy

Macierzyństwo nie jest bezsetresowe. Ile nerwów towarzyszy matce w zasadzie odkąd dowiaduje się, że jest w ciąży to sprawa indywidualna. Lęki i obawy są w standardzie. Nie znam matki która przed wizytą kontrolną u lekarza nie zjada palców z nerwów czy wszystko jest w porządku... Zawsze śmieszyło mnie mierzenie podwyższonego ciśnienia przed wejściem do gabinetu. Stresów jest mniej lub więcej wszystko zależy od miliona czynników. Pierwszy najważniejszym w tej materii to charakter, temperament i osobowość matki. Ta z niekończącym się zapasem cierpliwości nie denerweuje się tyle ile chleryczka wpadająca w napięcie nerwowe przy byle okazji. Na pewno mniej nerwów ma również matka, która nie spędza całych dni sama z Dzieckiem. Mając pomoc jakąkolwiek nie przeżywa się wielu stresów. Bycie matką polką jest bardzo ambitne i stawia każdej matce w naszym kraju wysoką poprzeczkę. Jednocześnie panuje przeświadczenie, że matka cały dzień "siedzi" w domu z dzieckiem. Czasem zerkając na "Perfekcyjną panią domu" takie wrażenie robi na wielu osobach upewniając ich w tym przekonaniu. Nasze matkie i babki powtarzają jak za ich czasów w domu było czysto, było ugotowane, ciasto na stole jednocześnie pracując w polu i wszyscy dookoła szczęśliwi. Dziś jest podobnie jednak większość kobiet nie pracuje w polu a zawodowo. Sprostanie tak wysokim wymaganiom spędza nie jednej matce sen z powiek. Wykonujemy ciężką, darmową pracę i w zasadzie niewiele osób to docenia. Zmęczenie, frustracja, zniechęcenie, brak motywacji, brak sił do kolejnego dnia...

Przebywanie codzienne z Dzieckiem na dłuższą metę jest męczące. Potrzebne są przerwy na złapanie oddechu, odciążenie mózgu od spraw domowych...

A codzienny stres jest wtedy gdy: Dziecię marudzi, wisi na nodze, nie chce spać, nie chce jeść, źle się czuje... a nam zalega pranie, kurz, obiad w lodówce (którzy trzeba zrobić) i mnóstwo innych codziennych, na pozór prostych spraw które przy Dziecku wzrastają do rangi niemożliwych. Trzeba się dwoić, troich a nawet dziesiątkować by zrobić cokolwiek przy Dziecku które domaga się 100% uwagi. Nie dziwię się, że mamy sadzają dzieci przed bajką by móc iść do wc. Ja żeby móc pozmywać muszę porządnie zająć Córkę bo inaczej wypycha mnie siłą i ciągnie za nogę płacząc... dziś smarzyłam mielone w czasie gdy Córka jadła drugie śniadanie tłuamcząc jej co robię po kolei...

Ten codzienny stres nie musi być widoczny "gołym okiem". Nie każda matka krzyczy, unosi się czy traci panowanie nad sobą w stresie. Stres to także ściśnięty żołądek, napięte mięśnia karku, zaciskanie szczęki, drżenie rąk, skoki/spadki ciśnienia i wiele innych... Posiadania oczu dookoła głowy, jak to się mówi mając Dziecko to równiż stres. Robisz coś w domu jednocześnie pilnując co robi w tym czasie dziecko... towarzyszy temu niepewność czy na pewno nic się złego nie stanie i tak na okrągło...

poniedziałek, 5 listopada 2012

Dajemy radę

Dziękuję za Wasze wsparcie i troskę. Czuję się co raz lepiej, wewnętrzny niepokój poszedł w cholerę. Jutro wizyta u lekarza rodzinnego i biorę skierowanie na badania. Co dalej zobaczymy... u nas jest jeden endokrynolog więc może być problem z dostaniem się ale będę kombinować.
Lence idą zęby idą jak szalone. Wszystkie czwórki (te na dole już przebite częściowo) na górze dziąsła jak banie, a na dole szykują się trójki... więc mamy 6 w natarciu. Dzięki mojemu spokojowi Lenula znosi zębiska dzielnie. Dziś zjadła całe jajko i całą kanapkę (bez skórki) z pasztetem. A wczoraj zjadła na obiad ziemniaki z sosem pierwszy raz od dłuższego czasu. Dziś w nocy na jedzenie obudziła się dopiero po 3 (w ostatnim czasie pobudka na mleko była ok 1). Idziemy więc do przodu.
Zaczęłam studia podyplomowe z przygotowania pedagogicznego do zawodu nauczyciela. Mamy grupę ok 50 osób. Wykładowców mamy w większości bezpośrednio z Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Poziom jest dość wysoki. Dla mnie jest rewelacyjnie, jestem obeznana w temacie jako jedyna z całej grupy po pedagogice. Mam sporo do powiedzenia na zajęciach. Z części przedmiotów się zwalniam bo je miałam wcześniej. Mimo to jest dość ciekawie. Lenką zajmuje się moja mama na zmianę z ciocioą M (w soboty) a w niedziele M. Studiowanie na miejscu bez dojazdów to bajka. Zajęcia mam od 9 i nie muszę się zrywać o 5. Nie stresuje się czy dojadę na czas i czy kierowca pks-u mnie wypuści wcześniej. Koszty dojazdów spadły w zasadzie do 0, bo M mnie zawozi jadąc do pracy. Kończę zajęcia wcześniej to w domu jestem za pół godziny a nie za 3! Nie martwię się o nocleg bo wracam do domu. A i mamy darmowy dostęp do kawy/herbaty i ciastek :P No i cena za semestr 1200zł to jak pół darmo. W Białymstoku dla porównania ten kierunek w mojej byłej uczelni wynosi 1500zł a do tego oczywiście dodatkowe koszty dojazdów...

Dzisiaj jest szaro, buro i do kitu. Od rana rzęsisty deszcz lał się z nieba. Ale dla nas spacer w takich warunkach to nie problem. Mamy w zanadrzu kombinezon przeciwedeszczowy...



Po spód ubrałam body, rajstopy, bluzkę, bluzę polarową i cienkie legginsy - nie spociła się Lenka i nie zmarzła :) Oczywiście czapkę i szalik bo wiatr wiał porządny wraz z deszczem.

A na koniec nasz wspólny zakup. Upolowany płaszczyk w sh z H&M za całe 5,50zł



Lampa trochę przekłamuje kolor. Jest bardziej taki brudny, pudrowy róż... Lena się w nim zakochała od razu w sklepie jak jej mierzyłam. Dziś cały ranek w nim chodziła po domu, bo kazała sobie go nałożyć :) Codziennie wybiera sobie spodnie do chodzenia, uwielbia nowe ubrania i uwielbia się stroić. Gorzej czasem z ubieraniem przed wyjściem z domu... ;P


piątek, 2 listopada 2012

Diabeł za skórą.

Ostatni tydzień mojej egzystencji to hardcore. Nie wiem, nie ogarniam tego co się ze mną dzieje. Nie mam żadnego wytłumaczenia, żadnego konkretnego powodu. Straciłam totalne panowanie nad nerwami. W zasadzie to buchnęło z dnia na dzień. A co się stało? Bladego pojęcia nie mam. Przeszłam wszystkie fazy. Wyładowywanie nie zrozumiałych emocji na bliskich. Rosnąca nienawiść do siebie samej. Autodestrukcyjne myśli i zapędy. Ze 100% pewnością mogę stwierdzić, że zło mnie opętało. I strasznie ciężko jest się uwolnić. Pracuję nad odzyskaniem równowagi ale nigdy nie było to tak trudne. Być może wielomiesięczny stres ze mnie zaczyna uchodzić. Tylko dlaczego takim kosztem? Jak długo to ma trwać? Czy jestem w stanie odzyskac władzę nad sobą?  - Pytań jest mnóstwo. Zadaje je codziennie. I rozmawiam. Rozmawiam ze wszystkimi a przede wszystkim ze sobą. Rozmawiam z każdą częścią siebie samej... i próbuję pojąć, zrozumieć, ogarnąć. W życiu nie byłam tak bezsilna i bezradna wobec siebie samej.... Nawet tabletki na uspokojenie dają tylko chwilową ulgę...


Natchnął mnie post o problemach z tarczycą Na Zielonym Wzgórzu. Żyję po operacji tarczycy już prawie 7 lat. I zapomniałam, że biorę wciąż tą samą dawkę euthoryxu co w ciąży... Z nawyku łykałam codziennie tabletkę. Dziś nie wzięłam. Przez najbliższe dni też nie wezmę i zobaczę co się będzie działo. Po niedzieli idę po skierowanie na badania. Objawy mam typowe przy nadczynności a w zasadzie źle dobraną dawką leków...

poniedziałek, 29 października 2012

Zmęczenie materiału




Nie wiem jak to nazwać.
Nie chce mi się gadać.
Nie chce mi się słuchać.
Nie chce mi się pisać.
Jestem potwornie zmęczona.
Codzienność to marudzenie i zaciśnięty żołądek.
Nie wiem jak pomóc, jak przynieść ulgę.
Nie wiem skąd czerpać siły bo akumulatory wysiadają.
Nie wiem jak i kiedy je naładować.
Nie mam czasu.
Zaczęłam sprzątać w domu jak opętana.
Włączyłam tryb "obojętność".
Jak coś lub ktoś próbuje mnie odłączyć ja warczę.
Krzyczę.
Jestem do niczego.
Nic mnie nie cieszy.
Totalna anhedonia.
Jak tylko pojawia sie uśmiech na mojej twarzy ten gaśnie w najbliższej sekundzie.
Uczucia są we mnie zmrożone.
Jak śnieg za oknem.
Ta aura mnie całkiem dobiła.
Znowu ręce mi się trzęsą.
Znowu nie mam cierpliwości.
Serca też nie mam.
Jestem koszmarną matką.
Podłe myślu zalewają mi mózg.

Nie wiem jak to nazwać.
Ogólnie to cieszę sie, bo październik się kończy.
Wyjątkowo podły miesiąc.
Pewności nie mam czy następny będzie lepszy.
Ale tego już nie będzie.
Jestem tak wyczerpana i "wyzuta" z sił jak po wojnie na froncie.
Tylko za Chiny nie wiem z kim wojnę prowadziłam.

Niby tkwię w miejscu,
A czas ucieka.
Brakuje mi konkretów.
Wyżycia się z zastygłych emocji.
Impulsu, kopniaka w dupę.

Miało być lepiej.
Coś się skończyło.
A ja tego nie czuję.
Wręcz przeciwnie.
Jakbym wciąż tkwiła w martwym punkcie...
Jakby nic się nie zmieniło...


Chciałabym się wyrwać i polatać.
Tak jak w moich snach.
Biegnę, odrywam nogi od ziemi...
...i płynę w powietrzu...
Z taką lekkością...

czwartek, 25 października 2012

Dziękuje!

Za wszystkie gratulacje!!! Jesteście wspaniali :)

A u nas... najazd wszystkich czterech czwórek u Lenuli. Stresowa gorączka, która minęła po powrocie Taty z pracy. Pleśniawka na języku. Nie przespane noce. Diabeł tasmańki w skórze mojej Córy. Meliskę pije i jest lepiej :) A ja porządkuję/odgruzowywuje z kurzu chałupinę po półrocznym ślęczeniu nad pracą mgr - w między czasie chcę zdąrzyć na 1 listopada.



Ostatni tak ciepły dzień w tym roku:




Sam sobie wyrósł niemal obok domu :)


Dziś ugotowany już rosołek z prośnianek vel zielonek i siwych


Restart gdy Córa drzemkuje w dzień obowiązkowo przy kawce z własnoręcznie ubitą pianką:


A tu już zimimnicho! Nawiedziło i zostało ale Lenka rozgrzewa się na spacerze ciepłą herbatką :)