środa, 15 sierpnia 2012

Pochorobowo

Nie wiem od czego zacząć. Od zeszłej środy przez cały tydzień przeszliśmy armagedon przez atak na pearl harbor po bitwę warszawską (celowo z małych liter jako przenośnia).
Lenka chorowała od środy, kupy, gorączka (która trwała do czwartku 2 w nocy) bez wymiotów. Piła, jadła. Lekarka nas marnie potraktowała bo na wizycie dała skierowanie do szpitala nie mówiąc nic co dolega Pannie i jak mam postępować oprócz elektrolitów i probiotyków... W czwartek pojechaliśmy do 2 lekarza prywatnie. Powiedział, że to typowy wirus i podał jak prowadzić dietę... Tylko, że Lena miała gdzieś dietę i dawałam jej to co chciała. Piła wodę z glukozą, jadła paluszki słone i piła mleko z kleikiem ryżowym! Nic jej nie było! Najgorsze był odparzenia... Kupa ze żrącym kwasem i wirusami... powodowałą rany na które owszem pomagał krochmal, sudocrem ale kolejna kupa nawet przebrana natychmiast po zrobieniu powodowała powtórkę z koszmaru...

Mnie rozłożyło w sobotę... Jeszcze dzisiaj męczą mnie skurcze żołądka i jelit. Ale ja przeszłam chorobę gorzej niż Lena. Gorączka trzymała mnie do poniedziałku, latałam do wc niemal co chwilę. Cholerne skurcze żołądka, jelit promieniujące na cały organizm. Parcie które mi przypominało poród... Czułam się jak po operacji (wszystkie zrosty w brzuchu mnie napier...). Nic nie pomagało NIC! Nawet nie chce mi się wymieniać ile nagimnastykowaliśmy się przy tej chorobie. Ale to wirusy, przyszły zrobią swoje i pójdą w cholerę.

W domu był istny sajgon. Lena całą sobotę popłakiwała a ja nie byłam w stanie za chiny się nią zająć. 1 ciotka latała z Lenką, druga kręciła się po domu i przy mnie. Przy wzroście temperatury tak mną telepało, że paznokcie, usta i pod oczami miałam sine, a dłonie mi drętwiały, do tego drgawki... Schudłam z 5kg, spadło ze mnie wszystko a brzuch się niemal zapadł. Lenka też schudła bo mieści się w portki, które tydzień temu nie wchodziły na jej dupencje...

Pojęcia nie miałam, że gdy matka w domu choruje jest taki koszmar. Mąż nie potrafił ogarnąć chaosu. Sytuacja go przerastała, bo latanie do pracy (mimo urlopu), bo zająć się Małą, bo ogarnąć dom... Syf się zbierał w domu, bajzel nie z tej ziemi a ja cierpiałam i nie mogłam palcem kiwnąć. Masakra. Musiałam pupę smarować, pomagać przy myciu, ubieraniu... bo Lena miała po dziurki wszystkiego.

Dziś się wściekłam. Najpierw się poryczałam jak znowu zaczął się jazgot w brzuchu. Wzięłam osłonową tabletkę i ketonal. Pojechaliśmy do teściów. Zjadłam na obiad ziemniaki z surówką i kawałkiem mięsa na parze. A potem opchałam się chleba ze smalce, ogórkiem kiszonym i sałatką zimową w zalewie z octem i olejem...

I wiecie co? W wc nie byłam od uuuuuu, brzuch boli ale mniej... więc chyba pomogło! ;-P

11 komentarzy:

  1. Dobrze, że Wam przechodzi !

    OdpowiedzUsuń
  2. Wszystko tylko nie jelitówka - masakra. Dużo zdrowia!

    OdpowiedzUsuń
  3. zdrowia! spokoju i cierpliwości. no i jeszcze raz zdrowia!

    OdpowiedzUsuń
  4. Widocznie tych składników ci było trzeba ;) Super, że z Wami lepiej.

    OdpowiedzUsuń
  5. Ketonal na jazgot w brzuchu? Oj odważna jesteś!

    Współczuję wirusa, ale dobrze że wam już przechodzi.

    I jak widać, facet to jednak facet. Zawsze go przerośnie zajmowanie się dzieckiem i domem, kobieta musi sobie radzić i sobie radzi... :P

    OdpowiedzUsuń
  6. Bidulki...Wracajcie do zdrowia! Wiem co to rota i nie chce tego swinstwa wiecej przezywac brrr...

    OdpowiedzUsuń
  7. To okropne co was spotkało, bardzo współczuję i mam nadzieję, że już będzie tylko lepiej.

    OdpowiedzUsuń
  8. smalec z ogórkiem to najlepsze lekarstwo!!! ::)))

    OdpowiedzUsuń