środa, 26 września 2012

Zdrowy dystans

Najbardziej do szczęśliwego życia potrzebuję dystansu. Nie mogę traktować dosłownie ludzi, rozmów, słów czy przeczytanych książek... Bo zaczynam chorować. Przez to całe zamieszanie wokół RB zaczęły nachodzić mnie myśli, że jestem złą matką bo nie potrafię skupiać się tylko i wyłącznie na potrzebach dziecka. Jest mi dobrze, bo jestem w stanie ogarniać kilka rzeczy na raz, bo mam podzielną uwagę i dzięki temu mi lżej.

Skończyłam pisać pracę magisterską. Dziś złożyłam w dziekanacie. Mnóstwo zżartych nerwów, bo jeszcze wczoraj nanosiłam poprawki w czym pomagała mi moja Mama i Mąż oczywiście. Ciężko jest pisać pracę u kogoś, kto wytyka błędy i nic poza tym. Żadnej podpowiedzi, wyjaśnienia bo o tłumaczeniu nie myślę ale o jakiejś wskazówce jak ma co wyglądać... Poza tym wskazywanie zmiennych i wskaźników w badanich jakościowych niemal nie istnieje! Niemal, bo musiałam je wykazać w mojej pracy... Te ostatnie dni były ciężkie. W poniedziałek miałam bardzo ciężki dzień. Po całym weekendzie ślęczenia nad poprawkami, Lenka była beze mnie... Cały poniedziałek płakała. Bo dla mojego Dziecka najważniejsza jestem ja. Mogę być obok ale mam być. Dziś spędziłam cały dzień poza domem. Mała była z moją Mamą, która wzięła specjalnie dzień wolny z pracy by zająć się Lenką. Lenula bawiła się świetnie a mimo to gdy wróciłam do domu nie zareagowała na mnie w ogóle... nie zawracała uwagi na mnie przez cały wieczór! Przed kąpaniem płakała ze zmęczenia i z braku mojej osoby w ciągu dnia. Mogę Jej nie nosić cały dzień, może nie chcieć się do mnie przytulać bo tak zajęta jest iż nie ma czasu... Ale mam być!

A ja potrzebuję oderwania od codzienności. Potrzebuję dystansu... odcięcia myśli, zajęcia głowy czymś zupełnie od czapy. Nawet nie myśleć o tym co się dzieje w domu a skupić na czymś zupełnie innym. To mnie ożywia, daję siły, wiarę i chęci, że to co robię na co dzień ma głęboki sens i jest najważniejsze!

Lada dzień zacznie się szkoła. Tak, bo zaczynam studia podyplomowe przygotowujące nauczycielskie... czyli zdobędę uprawnienia pedagogiczne. Na szczęście zajęcia będą niedaleko, odpadną dalekie wyjazdy i noce poza domem. Jednak będę między ludźmi, między dorosłymi, będe mogła rozmawiać o tym co kocham, co uwielbiam... niekoniecznie o Dziecku, domu i tym związanych rzeczach. Pragnę więcej niż dom i rodzina, pragnę się rozwijać... niestety w domu czuję się unieruchomiona, ograniczona... Dziecko uzupełnia we mnie mnóstwo pragnień i uczuć ale nie wszystkie... a ta reszta sama się nie dopełni. Po dłuższym pobycie w domu czuję się zakotwiczona. Nie jest mi z tym dobrze. Robi mi się niewygodnie, tak jakby coś mnie uwierało. Dzięki wyjściu poza dom, oswojeniu się z faktem, że jestem dalej niż bliżej... czuję się tak jakby ciężar codzienności ze mnie uchodził... z radością wracam do domu, biorę w ramiona ztęsknioną Córeczkę i próbuję nasycić jej zapachem... jej dotykiem... jej dziecięcą delikatnością... To jak jest ono dla mnie ważne odczuwam wtedy, gdy jestem poza jej zasięgiem. Mogę spojrzeć na moją codzienność z zupełnie innej perspektywy, stając obok. Dzięki temu dostrzegam to, co jest niewidzialne w życiu codziennym. Łapię dystans... widzę wspaniałość mojego Dziecka 10000000000000000000000000 razy mocniej i dochodzę do wniosku, że tak jest... dzięki mnie! Lenusia nie byłaby tak wyjątkowym, wspaniałym Dzieckiem gdyby nie ja... Moje poczucie własnej wartości rośnie i gnuśność odchodzi w dal... Cudowne uczucia tak cieżkie do przeżycia, gdy siedzi się w domu dzień w dzień non stop...

Potrzebuję dystansu od wszelkich teorii wychowaniowych, od wszelkiej mody wychowaniowej, od wszelkich matek próbujących ugłaskać mnie na siłę czy wręcz siłą... Zwariować można!
Jak moje Dziecko płacze, to płaczę ale do cholery nie zawsze jestem w stanie rzucić wszystko i lecieć biegiem do niej... gdybym tak robiła zawsze Ona by to szybko wykorzystała przeciwko mnie i używała płaczu jako wymuszenia na wszystko co chce... Mam dystans do Jej płaczu i płacze wtedy kiedy jej coś przeszkadza, dolega! Nie ma płaczu bez powodu...!

Jeszcze tydzień temu miałam obawy przed zostawieniem Lenki poza domem beze mnie. Częściowo słusznie a częściowo nie. Świetnie się bawi z ciocią, babcią i jest jej dobrze.... tylko szkoda, że mnie tam nie ma!

Dziś zaregowała na mnie po 3h od powrotu do domu... taka jest uparta!

Będąc wiele kilometrów od domu, najcudowniejsza jest myśl, że w nim właśnie, czeka to cudowne, jedyne, upragnione Dziecko...



6 komentarzy:

  1. Kurcze nawet nie wiesz jak dobrze Cię rozumiem...
    Wczoraj miałam kryzys. Piotr nie chciał zasnąć, ale nie chciał tez mnie wypuścić z pokoju. Po godzinie wyszłam mimo wszystko. Powiedziałam mu, że teraz chcę obejrzeć wiadomości i się pouczyć.

    OdpowiedzUsuń
  2. Studia podyplomowe, nono, fajnie ;) A Lenka już coraz bardziej samodzielna się staje ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. To jest dokładnie to co mam w głowie.
    Czuję się tak samo i marze żeby zacząć studia, bo przynajmniej to byłoby moją odskocznią...

    Gratuluję !

    OdpowiedzUsuń
  4. Ale zazdroszczę złożenia pracy magisterskiej... ja ciągle walczę z poprawkami. :(((

    OdpowiedzUsuń
  5. Bardzo ladnie to opisalas, szczerze i prawdziwie. Zakotwiczenie w domu bywa ciezkie, warto sie rozwijac. Jakbym miala taka szanse wyjscia do szkoly to tez bym skorzystala, jednak to sa marzenia i moze kiedys sie spelnia ...

    OdpowiedzUsuń
  6. Świetnie napisane, mam podobnie! Ja miałam tak, że poprawiałam pracę a dziecko mi biegało obok i mówiło baw się ze mną, chwilę się bawiłam i wracałam do pracy, a tak na maska w nocy walczyłam, w jednym tygodniu spałam parę godzin i wysiadałam. (Też się wybieram na podyplomówkę, ale na razie kasy brak, za to złapałam dwumiesięczne zlecenie i troszkę podreperuję budżet)

    OdpowiedzUsuń