czwartek, 29 marca 2012

Prezentowo-wymiankowo-urodzinowo-zajączkowo

Agnieszka zorganizowała przed świąteczną zabawę prezentowo-wymiankową. Mnie przypadła paczka właśnie od niej, ja natomiast wysłałam Witamince. Doszły do mnie wieści, że paczka dotarła :)
Agnieszka zaskoczyła mnie baaardzo. Każdy element prezentu zapakowany był oddzielnie w szary papier, sklejony, zawinięty w przezroczystą folię, obwiązany tasiemką z bilecikiem! Szczęka mi opadła, gały wyszły z orbit... dawno mnie nikt tak nie zaskoczył. Poniżej dowód:



Agnieszka bardzo się napracowała, jestem pod wrażeniem, każdy szczegół był/jest dokładnie przemyślany. Dostałam herbatę zieloną, bo bardzo lubię, kolczyki fioletowo-zielone a to moje ulubione kolory, jedwab do włosów bo mam bzika na punkcie układania włosów... tylko wina białego półsłodkiego brakowało :P Ciasteczka, słodka chwila x3, i śląskie cukierki ziołowe ależ to hit! Tu w moich stronach wszyscy moi bliscy już próbowali :D Oczywiście kartka świąteczna i świeczuszka jajeczko :) Dziecko moje otrzymało skarpetki i lalę-zajączkową zrobioną hand made przez Agnieszkę:
Wspaniała zabawa, bardzo dużo pozytywnych emocji, Dziękuję za to, że mogłam wziąć udział i tak dobrze się bawić mam nadzieję, że kiedyś się powtórzy :)

To nie koniec dobroci moi Kochani. Bo pewna, bardzo uzdolniona i pracowita Agnieszka, zrobiła mi niesamowity prezent z okazji moich minionych niedawno, urodzin. Kolejne zaskoczenie, szok i podziw. To niesamowite jak ktoś wkłada tyle pracy, energii i swoich chęci w coś dla mnie.



2 broszki z filcu i kolczyki, PIĘKNE, jedyne, wyjątkowe...
Te kolczyki nie z filcu są od Agnieszki nie dałam rady zrobić lepszego zdjęcia, bo Dziecko rwało się do wszystkiego :)


Dziękuję Wam jestem bardzo BARDZO zadowolona i uśmiechnięta od ucha do ucha... a to rzadkość...

środa, 28 marca 2012

Chaos

Znów mam chaos w bani. Przez pisanie pracy mgr przechodzę niemal drugą terapię DDA. Najciekawsze jest to, że wciąż odkrywam coś czego nie było mi dane wydobyć do tej pory. Pewne rzeczy o których wiedziałam a przepadły w pamięci dają o sobie znać.
Generalnie chodzi o to, że moje ADHD owszem jest wrodzone ale nasilenie ADHD to już kwestia nabyta, silnie związana z alkoholizmem w domu w którym się wychowywałam, będąc dzieckiem. Autorzy książek które wertuję wielokrotnie powtarzają, że dzieci w tych domach mogą być nadpobudliwe. I niby to takie oczywiste ale jak człowiek tak totalnie to sobie uświadomi - nie jest to miłe. Może Was dziwi, po co o tym piszę, po co o tym wspominam. Wciąż dążę do tego by żyć szczęśliwie. Wiecie, że w Polsce żyję 40% DDA? Wśród dorosłego społeczeństwa? Część wypiera dzieciństwo, inna walczy a nieliczni próbują COŚ z tym robić. Balast jaki mi ciąży wciąż mnie prześladuje i choć bardzo chcę - zdaję sobie sprawę - że ciążyć będzie cale moje życie. Nie zdawałam jednak sobie sprawy, jaki wymiar ma bycie DDA. Ilu ludzi to spotyka i jakie dramaty na nich ciążą... Sprawa nie jest tak błaha jak się wydaję. Bycie dzieckiem alkoholika to brzemię niemal tak ciężkie jak bycie alkoholikiem i zatruwanie życie wszystkich wkoło. Teraz rozumiem dlaczego mówi się o tym, że alkohol to trucizna. Ja dodam od siebie, że alkoholizm to choroba zakaźna i w zasadzie nieuleczalna, bo cierpią wszyscy dookoła, w pobliżu i przez kolejne pokolenia.
Mam bardzo rygorystyczne podejście. Nie jestem w stanie pomagać alkoholikom i jego rodzinom. Uważam, że człowieka który zaczyna pić należy zostawić samego sobie, konsekwentnie. Żadnego pomagania, zacierania śladów, ukrywania i chowania głowy w piasek a także udawania, że problemu nie ma. Nie wyobrażam sobie życia w takim kłamstwie. Choć u mnie w domu było przejebane, nigdy Mama nie wmawiała mi, że tatuś jest dobry i choruje czasami. Sama jej mówiłam że tatuś jest zły i żeby go zostawiła! Miałam 3-5 lat. Przed dziećmi nie da się niczego ukryć. Nie potrafię zrozumieć jak można żyć z kimś, drzeć koty i wmawiać wszystkim dookoła, ze to dla dobra dzieci. Dla mnie rozwód moich rodziców był jednym z najwspanialszych momentów w dzieciństwie. Nigdy nie zapomnę powrotu do domu ze szkoły w spokoju, bez strachu. Nie da się samemu sobie pomóc. Wypieranie, odreagowywanie i samotna walka z demonami przeszłości nie da zamierzonych efektów. Można się zarzynać i flaki wypruwać. Problem nie zniknie. Nie da się wymazać przeszłości. I nie ma co ulegać złudzeniu, że nawet jeśli stawimy czoła temu wszystkiemu to wszystko się zmieni jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Takie rzeczy dzieją w bajkach.
Jestem przewrażliwiona, mam uprzedzenia i nie jestem w stanie jakkolwiek funkcjonować mając w pobliżu alkoholika pijącego. Działa to na mnie jak płachta na byka. Nie mam też zamiaru uzdrawiać i uświadamiać wszystkich ludzi z tym problemem. Tylko szkoda mi dzieci które żyją w miejscach tak zatrutych i nie można do nich dotrzeć i im pomóc... Pomoc jaką powinny otrzymać jest nierealna...

poniedziałek, 26 marca 2012

Marność

Ostatnie tygodnie są mega ciężkie.
2 jedynki naraz jedna nie wyszła całkiem a już następna.
Skończony 8 miesiąc i niemal natychmiast po zębach albo jeszcze w trakcie zaczął się kryzys...
Nerwowo nie daje rady. Młoda potrafi wyć niemal non stop. Nie mogę Jej posadzić nigdzie i odejść o krok bo wyje. Wycia mam dość. Rzygam tym cholernym wyciem.
Jak kryzys to postępy w tempie błyskawicznym. Staje przy meblach i innych sprzętach, raczkuje choć niechętnie... Natomiast tłucze głowę o wszystko co jest w pobliżu chwilami nie zwracam na to uwagi, bo potrafi walnąć się 3 razy w jednej chwili... Chui wie jak Dziecku dogodzić. Biorę na ręce to ucieka, wyrywa się. Jak posadzę to chce na ręce i tak w kółko. Chustę mogę komuś oddać, po ostatniej 30-minutowej wycieczce omal mi nie wypadła a kręgosłup jest za cienki na takiego Bobasa.
W takich momentach uciekłabym w pizdu, nie mam ochoty ciągnąć wózka matki. Zastanawiam się czy w ogóle powinnam była decydować się na Dziecko. Bo miewam mordercze myśli. Czy w ogóle to ma sens, bo chui mi wyrasta. Odechciewa się mieć więcej Dzieci. W takich momentach czuję, że wpadam w psychozę. Zdarza mi się krzyczeć i zostawiać wrzeszczące Dziecko samo... I za cholerę nie potrafię się uspokoić. Wkurwia mnie jak ktoś kto przebywa z Nią 1 dzień koncentrując się wyłącznie na Niej mówi jaka jest cudowna i czego ja narzekam...
Ale kurwa! Ja mam dom, trzeba ogarnąć, posprzątać, uprać i żreć ugotować. Samemu się ogarnąć i pisać pracę magisterską. Gdybym miała zajmować się tylko Dzieckiem byłoby dobrze ale nie jestem Nianią. Święta gonią i sprzątać trzeba a ja już zaczynam nie chcieć... świąt też...

Za moment dostanę okres. Nienawidzę napięcia, zawsze mam doła i jestem nie do życia. Kurwa zajebana mać!!!!!!!!!!!!!!!!!11

piątek, 23 marca 2012

WYNIKI KONKURSU URODZINOWEGO!!!

Tak jak obiecałam wczoraj 25 lat skończone dziś wyniki konkursu.
Zadanie mieliście trudne, bo nie łatwe Wam rzuciłam wyzwanie :)
Wspaniałe życzenia wymyśliłyście za co bardzo z głębi serca Wam dziękuję.
W napięciu długo Was trzymać nie będę.
Wygrała RASHLY :) 
TAK tak Kochana do Ciebie wędruje SPA niespodziankowe :)
 GRATULACJE :))))

Na Aneczki urodzinki,
lecą z nieba wina skrzynki,
lecą, lecą wykrzykują
co tej Annie dedykują:
żebyś nas dostatek miała,
żeby trwoga Twa znikała,
byś po nas lekkim skosztowaniu
bomby nie miała jak na haju.
żeby dziecina Twa spała pięknie
co by z mężem ćwiczyć "prężnie"
by kłopotów ów nie sprawiał
i po dupsku nie dostawał
od swej pięknej niezłej żony,;]
która miewa swe humory:)
lecz z anielska duszą Anka
i utuli i da z garnka,
najeść się do woli każe,
i pomocą służy w dobrym zamiarze.
Kochanieńka ma istoto,
żebyś odnalazła złoto,
żeby uśmiech nie znikł z twarzy,
żeby pieniądz się zawsze zdarzył,
żeby dom Twój piękny stanął,
żebyś dumna była wielce ze swej córy ukochanej
żebyś zdrowia miała tyle,
by udźwignąć życia mile
i na koniec, życzę Tobie na Twojego wieku ćwierć,
żeby z drugiego ćwierćwiecza dla syna była część.
:)

niedziela, 18 marca 2012

Alkoholizm - ADHD

Siedzę w temacie po uszy. Piszę pracę magisterską o DDA. Zgłębiam temat z każdej strony, siedzę w książkach jak mol, pożeram i przetwarzam informacje jak komputer, w który wklepuje potrzebne informację... Jednocześnie przerabiam wszystkich mi znanych zmagających się z tą koszmarną chorobą. Pracę licencjacką pisałam o ADHD ale wiecie co? ADHD jest mniejszą zmorą niż Alkoholizm. Alkoholizm to choroba zakaźna, choruje cała rodzina. ADHD nie można się zarazić. Zdecydowanie rodzina z problemem alkoholowym cierpi 100 razy bardziej, niż rodzina posiadająca dziecko z ADHD. 

Wiem co mówię, co piszę. Mam ADHD i jestem DDA. Jedno i drugie uwiera jak wrzód na dupie. Trzeba nauczyć się żyć i z jednym i drugim, stawić czoła wyzwaniu, stoczyć walkę i poddać się, bo zapieranie nic nie da. Jako osoba w pełni dorosła sama zmagam się z ADHD o tyle ze skutkami wieloletniego życia z alkoholikiem całą rodzina zmaga się cały czas. Chociaż jestem po terapii grupowej DDA trudno mi było oddzielić jedno od drugiego. Które problemy mają związek z byciem DDA czy przez posiadanie ADHD. Wszystko zaczyna się klarować i wypisywać czarno na białym lub biało na czarnym. Strasznie trudne jest położenie dziecka nadpobudliwego w rodzinie z  problemem alkoholowym. Jeszcze trudniej jest przedrzeć się z tym brzemieniem przez okres dorastania.  A będąc dorosłym mając mętlik w głowie i wieczny chaos trzeba zrobić z tym porządek, bo życie jest zbyt trudne i po prostu przerasta. Powiem krótko: NARESZCIE. :)



piątek, 16 marca 2012

Turbo obroty.





Poprzewracało się trochę w naszej sielskiej codzienności. Sielskiej o tak! Cierpiałam chwilami wolnymi, nie miałam pomysłu gdzie wściubić nos i mam teraz za swoje. Jak zawsze doceniamy coś gdy tego nam brak. 
Czas mnie nagli i chcąc nie chcąc musiałam (!) zabrać się do pisania pracki mgr. Właściwie rozdziału empirycznego najbardziej czasochłonnego. A jak już się wciągnęłam wszystko kręci się wokół Lenki i pracy. Dom i Mąż zeszli na plan dalszy. Oczy mnie bolą, bo rozgardiasz wokół panuje i książki się walają a miejsca brak i chwilami rzucając okiem na otoczenie płakać się chce z bezsilności... Matka musiała włączyć turbo obroty, ściągnąć tyły, spiąć się, zapiąć, zakasać rękawy i nie narzekać.
Rytm dnia mamy całkiem rozjechany. Królewna cierpi męki z powodu wyżynających się okrutnie wrednie jedynek na górze. Z prawej strony ma banię zamiast dziąsła. Mamy problem z jedzeniem, spaniem, zabawą, kupy też same się rządzą... Ciągłe jęki, popłakiwanie, marudzenie doprowadza mnie na skraj wytrzymałości, bo nie wiem jak Dziecku memu ulżyć. Smarujemy żelem mega drogim i panadol w syropku dajemy. Oczywiście śmiać się nie przestało Nasze Ukochane Dziecię, rozrabia z wdziękiem rozkosznym, wspina się i łobuzuje oczywiście też :) Po moim ostatnim poście przyznam bez bicia, że Córeczce pozwalam na więcej wolności, więc zabawki ma wszystkie na raz do zabawy, notatki już przerobiła, ręcznik papierowy codziennie drze i po cichu zajada, książeczki też...
Wczoraj Dziecko kąpaliśmy po 23 mleczko zjadło przed 24 a od 5 już pomocy wołało... Jak zasnęła po 19 żal było budzić... Spacerujemy oczywiście bo bez spaceru problemy z drzemkami mamy straszne.  Mąż w obliczu takich trudności chcąc nie chcąc musiał przeorganizować się również i po powrocie z pracy zasiada z Dziecięciem a ja klepię, sklejam, dodaję, szukam i tworzę moje wypociny...Wczoraj wieczorem doszłam do wniosku, że zmieniam się w cyborga. Bo robota nie zając, pranie trzeba zrobić, ugotować obiad też a naczynia w zlewie same nie znikną...
W głowie rodzą się wspaniałe tematy na posty, odkłam na później niestety. Do Waszych blogów zaglądam ale na komentowanie brak cennych minut, myślami jestem przy Was oczywiście :)





czwartek, 8 marca 2012

Pedagogiczne podejście




Co to właściwie znaczy? Pedagogiczne wychowanie czy nie pedagogiczne...?
Wydaje mi się, że grunt to nie popadać w skrajności. Czyli nadmierne chowanie pod kloszem, brak zainteresowania dzieckiem, czy zbyt duże wymagania. W gąszczu metod wychowawczych można się pogubić. Najpowszechniejszym jest powielanie metod wychowawczych od własnych rodziców bądź postępowanie skrajnie przeciwstawne. Można wychowywać "po swojemu". Ja staram się wychowywać mądrze, z wyczuciem, co nie znaczy bezbłędnie. Będąc w ciąży nastawiałam, że moje Dziecię może być trudne, bo trudna byłam ja a i z męża było niezłe ziółko. 
Nie wiem które podejście i która metoda jest lub nie pedagogiczna. Jedni zachwalają spanie z dzieckiem, bo więź itd... mi to nie podchodzi. Córka spała z nami kilka pierwszych nocy, byliśmy tak wymęczeni i obolali, że ciężko było nam się poruszać w ciągu dnia. Kilka razy walnęłam Córkę łokciem lub położyłam na nią rękę... Przede wszystkim jednak chcieliśmy być ze sobą, nie dzieląc jedynej pory na bycie sam na sam z dzieckiem. Miało i ma to ogromny wpływ na nasze relacje. Oczywiście lepsze :) Poza tym 24h na dobę z dzieckiem non stop to dla mnie zdecydowanie zaaa dużo. Odstawiłyśmy się od cycka w chwili gdy Młoda baardzo się denerwowała przy jedzeniu, wypluwała, płakała i generalnie był koszmar. Nie wiem jak można karmić w takich i podobnych sytuacjach na siłę. 
Po co robić cokolwiek na siłę? W imię czego? Robienie na siłę i wymuszanie czegokolwiek na dzieciach nie przynosi pożytku.
Nie puszczam dziecięcych piosenek, bo nie widzę takiej potrzeby oprócz wkurwy po dłuższym słuchaniu. Nie karmię BLW, bo również takowej potrzeby nie dostrzegam. Dajemy chrupki kukurydziane, kawałek ziemniaka, banana ale bez entuzjazmu... Nie daję niekapka tylko sporadycznie, bo tak się krztusi aż ostatnio musieliśmy brać za nogi główką do do dołu żeby było ok. stan przed zawałowy murowany. Pilnuję stałych pór pokarmu choć i tak weryfikowane są przez Lenkę. Spacery działa zbawiennie na Dziecko i... na mnie. Na spacerach wietrzę głowę, myśli, medytuję, słucham muzyki, wdycham powietrze, podziwiam okolicę...
Od mojego dziecka wymagam jednego: aby było dzieckiem. Odnośnie przyszłości mojej Córki mam pragnienie jedno: aby radziła sobie jak najlepiej po tym podłym świecie. Nie mam zamiaru chronić przed złem, chcę nauczyć by umiała je odróżnić i zdecydować sama co jest dla niej najlepsze. Nie zamknę Dziecka w domu do 18r.ż. żeby nie stała jej się żadna krzywda. Chcę Ją wspierać w trudnych chwilach, dawać oparcie by wiedziała że zawsze może liczyć na moją pomoc, bez nadmiernej ingerencji. 
Nie jestem i nie będę mieściła się w jakichkolwiek standardach. Oboje z M śmiejemy się, że nigdy nie będziemy poważnymi rodzicami a nasze dzieci jak i my nie muszą być grzeczne i dobrze ułożone. Wychowujemy bez ściemy, bez tajemnic, bez szycia grubymi nićmi czegokolwiek w prawdzie i szczerości.
Studiuję pedagogikę ale nie wiem czy moje podejście jest pedagogiczne czy nie. Wiem na pewno, że krzywdy nie czynię, nawet jeśli się irytuję i złoszczę. Zawsze tłumaczę i przepraszam. Nie chcę grać nieskazitelnej matki przed dzieckiem. Nie chcę ukrywać emocji i być z przyklejonym uśmiechem... Dziecko i tak odziera z uczuć. Córeczka ma zły dzień wtedy gdy ja mam zły dzień lub miałam chwilę wcześniej...  Mam wrażenie, że to ja jestem wychowywana przez Córę. To Ona mnie strofuje, stawia do pionu, zgarnia za fraki jak się próbuję mazać. Mogłabym pisać o zmianach bez końca. To jest absolutnie niesamowite. Będę przemycać te zmiany w kolejnych postach, bo wciąż odkrywam kolejne :)

 


poniedziałek, 5 marca 2012

Mięso w diecie dziecka.... czyli rozszerzanie diety część dalsza :)

Oj główkowałam ja kawałek czasu by dojść do tego skąd, jakie i w jaki sposób dać mięsko Królewnie. Wygodna ze mnie Matka więc poszłam na skróty. Dziecko moje cierpliwe jest (w przeciwieństwie do Matki czyli mnie) i czekało na mięso aż do 7 miesiąca z hakiem... Bo miała być zabita nasza kurka, ale kurka jednak mięso ma mało delikatne a do sklepu bałam się wejść... W końcu Mąż miał kupić mięso ale poszedł po cielęcinę... tej nie było a nie wziął nic innego i musiałam ja iść... Wkoło nas nikt nie ma swoich kurek, królików itp... więc nie było jak i skąd. Poszłam do sklepu. Wzięłam pół kilo udźca z indyka, bo był z danego dnia więc najświeższy... Zupki mam na bieżąco więc trzeba jakoś wpakować to mięsko do nich ale jak? Do słoików? Wygodne jest gotowanie raz w tygodniu warzywek, blendowanie i pakowanie do słoiczków ale z mięsem to roboty jest, bo najlepiej gotować oddzielnie a i tak trzeba wydzielić odpowiednią porcję... Jeszcze w sklepie Pani my wyważyła te 2dkg na porcję, żebym na "oko" wiedziała ile Dziecku dać na raz. Trochę strachu i niepewności napędza wekowanie zupek z mięsem... To co robić? 
Wzięłam te mięso, podzieliłam na części, pokroiłam na 2dkg kawałeczki, odkroiłam farfocle i tłuszcz... Tylko co z tym dalej? ZAMROZIĆ! To chodziło mi po głowie... wzięłam woreczki śniadaniowe, pocięłam w kwadratowe kawałki, zawijałam te kawałki mięska każde oddzielnie w mini woreczek, wszystko do większego woreczka i do zamrażarki. Codziennie wyciągam kawałeczek, wrzucam do wody, kilka ziaren soli i gotuję do miękkości. Kroję drobno, otwieram słoik, wrzucam do miski, odgrzewam i wrzucam mięso. A co drugi dzień dajemy jeszcze pół żółtka. Tak jest wygodnie, Dziecko nie protestuje, zjada wszystko jak tra la la. Może dostaniemy królika... :)
Jeśli mamy spędzić porę obiadową poza domem,  mięso gotuję rano.




sobota, 3 marca 2012

Retrospekcje

Byłam i zdarza mi się być cholernie sentymentalna. Są wspomnienia wyparte z pamięci i tych jest większość. Są takie które potrafiłam przywoływać do czasu aż mi zbrzydły. Mogłam babrać się w danym wspomnieniu miesiącami, latami by przywoływać dane uczucia aż stały się cholernym  koszmarem oglądanym miliony razy aż zbrzydł totalnie i na samą myśl robi się niedobrze... Nie nadążam z czasem a przed oczami wciąż przewija mi się film... film ze wspomnieniami. Czasem są to błyski jak zapisanie ultrasekundy chwili w momencie robienia zdjęcia... czasem są to sytuacje... Wszystko związane jest z muzyką, uczuciami, okolicznościami, zapachem, smakiem... Są ich setki, tysiące...
Powiew wiatru, zapach ziemi, perfum, smród celulozy który ZAWSZE będzie mi się kojarzył z dzieciństwem... Wystarczy jeden impuls a dana chwila staje mi przed oczami. Gdy jadę na zjazd uczelniany odpalam sobie określony rodzaj muzyki by wprawić się w odpowiedni nastrój...
Do czasu urodzenia Dziecka trwałam w marazmach mnóstwo razy, generalnie byłam rozjechana emocjonalnie. Odkąd jest Lena na świecie zebrałam się do kupy. Nie rozpieprzam się tak jak wcześniej, nie babram się w gównach, nie myślę że jestem w czarnej dupie. Trzymam się myśli, że to co jest teraz za chwilę kolejną będzie tylko wspomnieniem... Życie nabrało tempa ekspresowego chociaż już takie tempo przerabiałam jest on nieporównywalny. Nie mam takich bezpodstawnych obaw i lęków jak PRZED, cały pseudo strach poszedł w pizdu. Nie pisałabym o tym teraz gdyby nie fakt, że uświadomiłam sobie to dziś....

Dzięki mojej starszej sis wpadł w moje ucho i przed oczy utwór Gotye "Bronte"

Płakałam oglądając teledysk i słuchając utworu, bo przewinął mi się film z mnóstwem wspomnień i uczuć im towarzyszących. W jednej chwili zdałam sobie sprawę w jak ogromnym wymiarze moje życie zmieniło się. Osiągnęłam cele o których nie śmiałam marzyć, myśleć ani zastanawiać się... Uważałam, że wszystko to co mam teraz jest poza moim zasięgiem. Jeden utwór a przeżycie milowe... 

Kiedyś miałam sen... kiedyś byłam mała... Dzieckiem takim jak moja Córka...

Nie jestem matką idealną, tracę cierpliwość w kretyńskich momentach a wyrzuty sumienia zżerają mnie okrutnie i nie tłumaczę się niczym! Tylko tym, że jestem durna i mój mózg jest pokiereszowany a ja wobec niego bywam bezsilna... 





Przypominam o konkursie urodzinowym :)


czwartek, 1 marca 2012

Niezła Żona ogłasza konkurs Urodzinowy.

Za 21 dni kończę 25 lat.
W między czasie stuknie mi 15000 wejść.
Zima pójdzie w cholerę.
Nadejdzie wiosna i zrobi się cieplej.
Postanowiłam, iż jeśli wygram 3 konkurs blogowy sama coś stworzę u siebie.
Brakowało mi weny co, jak i po co...
Wena nadeszła z dnia na dzień :)
Mam dla Was zestaw na wieczorne SPA w domowej łazience.
Kosmetyki które sama mam i z lubością wsmarowuję w moje ciało.
Pudełka i kokardki robiłam hurtowo, namiętnie będąc w ciąży dla zabicia czasu :)





 Zasady konkursu:

1. Napisz w komentarzu pod postem życzenia urodzinowe dla Niezłej Żony (czyt. dla mnie:)
2. W życzeniach zawarte mają być wyrażenia w rozmaitej formie:
- Niezła Żona
- Anna
- 25 lat
- Mama
2. Na zgłoszenia czekam od teraz do dnia moich urodzin czyli 22 marca do godziny 12 w południe.
3. Zwycięzca zostanie wybrany po obradach komisji w składzie ja i mój Mąż dnia 23 marca a zwycięzca zostanie ogłoszony następnego dnia. Na pewno będzie 1 główny zwycięzca a czy będą kolejni zależy od Was i Waszej inwencji.
4. Udział w konkursie mogą brać wszyscy czytelnicy.
5. Wkleić baner z linkiem na swoim blogu.
2. Jeśli macie ochotę możecie dodać blog do obserwowanych.

Zapraszam Was gorąco !!!