czwartek, 31 maja 2012

Zmora Matki

Zmorą Matki jest NIE spanie Dziecka. Czy to w nocy czy to w dzień. Jeśli Dzieć nie śpi zaczyna się horror, który po dłuższym czasie trwania wyprowadza wszystkich z równowagi psychicznej i fizycznej... Bo zmęczenie rodzica lub niemoc zrobienia czegokolwiek w ciągu dnia, brak możliwości zaplanowania jakiejkolwiek czynności nie związanej z Dzieckiem - powoduje wzrost frustracji i potężnej wkurwy.

Zdecydowanie gorsze jest nie spanie w nocy. Nie mogę wypowiedzieć się zbytnio w tej kwestii. Moje Dziecko przesypia nocki pięknie od jakiegoś 2-3 miesiąca życia. Nauka trwała powoli, bez pośpiechu, żmudnie... Ale opłacało się. Dzięki temu mogliśmy z Mężem dość sprawnie wejść w "normalny" tryb życia. Oczywiście płacze, wierty nocne działy się i dzieją nadal. W ostatnich tygodniach Dziecko nam kilka razy w nocy się wybudziło z oczami jak 5zł i trzeba było dać papciu i spało dalej :) Mamy żelazną zasadę wstawania do Królewny na zmianę. Jak któreś chce się wyspać bez problemu wstaje drugie nawet całą noc 5 razy gdy zapłacze by pogłaskać, dać smoczka.

Od poniedziałku mam istny armagedon jeśli chodzi o drzemki w ciągu dnia. Każdy dzień to rosyjska ruletka. Młoda albo nie chce spać albo chce a nie może. Dziś wstała o 7 rano, ok 9 wpadła w drzemkę po 30minutach się obudziła. Dopiero o 17 zasnęła... Od godziny 13 tarła oczy, próbowałam uśpić z 15 razy i się nie dało. Widziałam jak walczy. Oczy się zamykały a Ona je na siłę otwierała... Podejrzane są zęby ewentualnie skok rozwojowy, bo coraz lepiej stoi sama bez trzymanki. Przed snem dałam pół łyżeczki panadolu, nasmarowałam dziąsła żelem, dałam butlę. Nawet nie wypiła wszystkiego tylko padła.

Dziecię się męczy a mnie do szału doprowadza sytuacja rozdarta. Bo nie wiem kiedy będzie spać a jak już zaśnie to nie wiem za co się brać. Wszystkie codzienne czynności dzielę na raty i pory drzemek. Jeśli śpi o 11 włączam tryb "poranny", sprzątam, zbieram się z piżam, ogarniam, wstawiam pranie - bez obiadu. Jeśli śpi o 14 - włączam tryb "południowy", sprzątam, wieszam pranie, robię obiad. Jeśli śpi o 17 - włączam tryb "popołudniowy" - ogarniam, obiad robię w locie, biorę się za pisanie pracy.

Zazwyczaj o 19 zaczyna marudzić więc najpóźniej o 20:30 kąpanie i o 21 już śpi. Żelazna zasada od urodzenia - kąpanie i mleko. Zasypia z mlekiem w buzi. Nie mieliśmy problemów z zasypianiem wieczornym ani razu (tfu tfu). Z rozrzewnieniem wspominam czasy gdy kąpaliśmy Lenkę "na śpiocha" w wanience ;) Wanienka to już przeszłość. Kąpanie w brodziku to dopiero frajda!

Pauzuję - poważnie. Co raz lepiej mi idzie. Mimo wielu skutków ubocznych brania tabletek - wszystko jest pod kontrolą. Jestem w kontakcie telefonicznym z Profesorem - który btw w rozmowie o tym co się dzieje powiedział cenne słowa, które jak miód rozlały się po mym sercu:

" E tam praca magisterska. Dzidziusia masz zdrowego, fajnie się chowa, wszystko jest dobrze :)"

A mi się tak przyjemnie błogo zrobiło... :)

poniedziałek, 28 maja 2012

Kasze i inne dodatki w diecie Malucha.

Od 2 tygodni pora obiadowa stała się normalną porą jedzeniową. Czasem jedzenie na siedząco w krzesełku bywa nudne więc Królewna je siedząc na moich kolanach lub stojąc przy łóżku, krześle lub stole. Zjada swój obiadek ok 15 i podjada gdy my jemy ok 17-18. Jak widzi, że ktoś je, lub zamierza jeść od razu wydaje okrzyk radości i zmierza w naszym kierunku. Uwielbia pomidory! Dobrym sposobem do podawania jest wydrążanie łyżeczką pomidora a skórka zostaje w ręku. Truskawki też zrobiły szał. Ale... no właśnie. Po truskawkach mamy bezsenne noce, wierty i płacze przez sen. Innych skutków typu alergia - brak.

Gotuję normalną zupę jak pisałam TU. Robię 2 rodzaje zupek. Białą i czerwoną - dość patriotycznie ;) W białej przemycam różne warzywa mrożone np. kalafior czy brukselkę. Zabielam jogurtem naturalnym, zagęszczam ziemniakami tak by konsystencja była półpłynna i miksuję. Czerwona to pomidorowa, jak mam pomidory daję te z puszki - o niebo lepsze niż koncentrat pomidorowy. Gdy przychodzi pora obiadowa gotuję jakiś dodatek. Mogą to być ziemniaki, ryż lub kasze. Wystarczy zagotować wodę i wrzucić 2 ziemniaki, lub łyżkę ryżu czy kaszy. Moje Dziecię bardzo lubi ziemniaki gotowane, polane odrobiną oliwy z oliwek i posypanych odrobiną pieprzu ziołowego lub ziół prowansalskich. Kasza może być jaglana czy jęczmienna. Nie znalazłam gryczanej nie palonej może znacie jakieś sieciowe spożywczaki gdzie mogłabym dostać? W biedronce nabyłam makaron pełnoziarnisty świderki - idealny do pomidorówki. 

Generalnie jadłospis dzienny wygląda tak:

7:30-8:30 - pobudka i mleko

11-11:30 - kaszka z owocami, daję zamiennie kaszkę ryżowo-kukurydzianą z rossmana z kaszką z banami z tej serii lub owsianką z bobovity. Do tego 2-3 łyżki owoców ze słoiczka. Królewna uwielbia to danie i nie zamieniam na nic, zawsze zjada wszystko. 

12:30-13 - daję pić. Daję sok rozrzedzony z wodą n/g, gdy jest bardzo ciepło Lenka piję 150ml i czasem dostaję jeszcze 90-100ml. Pije tyle ile chce. Często po piciu jest pora drzemki.

15-16 - obiad czyli zupka z dodatkiem.

17-18 - picie

19 - serek homo niewiadomo lub jogurt.

21 - mleko i pa lulu.

Pić daję 1h po jedzeniu gdyż podane wcześniej zawsze kończy się ulewaniem.

sobota, 26 maja 2012

Dopadł mnie demon.

Z chęcią bym spauzowała. Tylko właśnie jestem w czarnej serii co chwilę COŚ się pierdoli. I właśnie się dowiedziałam, że moja ciężko w pośpiechu i roztargnieniu pisana praca mgr została splagiatowana z internetu... Z pośpiechu przed oddaniem jej nie poprawiłam... pisałam cytaty z książek nie pakując ich w cudzysłów i wyszło, że wzięłam cudze teksty jako swoje... moja "wspaniała" Pani promotor nie wpadła na to, że stało się tak z powodu nie myślenia tylko osądziła mnie o plagiat...
Koszmar. Ryczałam jak największa beksa świata przez kilka godzin. Poczułam się tak zmieszana z błotem jak najgorsze dno. Jebnięta o ścianę i upokorzona. Jak przypomnę sobie wieczory spędzone nad książkami by jak najwięcej napisać to mnie dalej na płacz zbiera.
Zżarłam wielką paczkę czipsów na raz.
Zapaliłam papierosa.
Obdzwoniłam wszystkich możliwych ludzi czy nie mógłby ktoś odebrać tej nieszczęsnej pracy, bo leży w rektoracie i czeka na mnie... Niestety sama muszę jechać specjalnie by ją odebrać... Więc jutrzejszy dzień będzie ciężki.
Napisałam do Pani, że chciałabym się spotkać żeby mi mogła wytłumaczyć jak cielakowi jak to poprawić. Ale Pani nie chcę się spotkać. Uznała, że w pracy zaznaczyła poprawki a ja zrozumiem jej intencje... Z jej wypowiedzi wynika, że muszę wszystko zrobić od początku bo to jest na chama zerżnięte z netu... Nie ma szans na obronę w lipcu... Czeka mnie wrzesień i całe lato w niepokoju...

Kurwa niby jestem spokojna ale w środku totalna galaretka. Nie mogę sobie darować takiego niedociągnięcia z mojej strony. Jestem strasznie samokrytyczna i bardzo surowo się oceniam.... Dla mnie napisanie tej pracy to był priorytet by pokazać przed sobą, że pomimo siedzenia w domu z Dzieckiem potrafię COŚ zrobić dobrze... A tu dupa. 


Najgorsze w tej durnej sytuacji jest to, że obudziły się we mnie wspomnienia gdy jako dziecko wielokrotnie byłam oskarżana o coś co zrobiłam NIEŚWIADOMIE lub nie zrobiłam wcale. Uczucia temu towarzyszące - mieszanina strachu, lęku, wstydu i mega upokorzenia to najgorszy zlepek uczuć skumulowanych na raz.

W tej czarnej dupie jest jeszcze jeden szkopuł. Od jakiegoś czasu prowadzę ciężką bitwę z myślami, że siedzenie w domu tak ważne dla mojej Córki dla mnie daje niewiele. Przed ciążą nie byłam nigdzie zatrudniona, widnieję w rejestrze PUP jako bezrobotna. Nie płacę żadnych składek i czuję się do niczego. Chciałabym iść do pracy ale... standardowy dylemat matki. 

A tak dobrze mi szło dogadywanie się z samą sobą, że cholerny fakt mgr mnie całkowicie wybił z rytmu... 

Przynajmniej się wyżaliłam.

http://lol24.com/fotki/rzezby-figurki/papierowy-smutas-1680





środa, 23 maja 2012

Presja matki.

Nie czytam poradników, nie opieram się na żadnych teoriach dotyczących wychowania, opieki i pielęgnacji Dziecka. Coś tam do mnie dociera ale informacje są tak sprzeczne, że człowiek głupieje bardziej.

Na dziecko absolutnie NIE WOLNO się denerwować, baaa przy nim na cokolwiek nie można się denerwować.
Żadnego krzyku, podniesionego tonu głosu.
Trzeba mieć nieskończone ilości cierpliwości i opanowania.
Prowadzić dom, gotować obiad mężowi i dziecku, piec ciasto, sprzątać... 
Swoją drogą sprzątać też można w nieskończoność.
Dziecku nie można niczego zabronić, bo to źle wpływa na jego psychikę.
Nie można narzucić własnego zdania ani niczego nakazywać, zakazywać, do niczego nakłaniać ani zmusić.
Absolutnie nie można wywierać żadnej presji.
Powinno się spać z Dzieckiem, nosić - najlepiej gdyby wózka nie mieć. W dupie z kręgosłupem, że na starość się posypie...
Z drugiej strony "osaczanie" czy nadmierne kontrolowanie dziecka też nie jest ok.
Można coś zaproponować ale i to nie jest do końca DOBRE.

Matka nie może iść do pracy, najzdrowiej oddać się macierzyństwu do momentu gdy dziecko pójdzie do przedszkola. Tylko kto matce zapłaci za ten czas?
Matka nie może mieć czasu na nic swojego, bo cały czas powinna poświęcać dziecku.
Nie ma szans by partner zrozumiał co przeżywa matka oddająca się macierzyństwu i prowadzeniu domu. Według faceta to bardzo bezstresowe zajęcie, przy którym matka powinna odpoczywać...

Za każdym razem gdy matka traci cierpliwość, zaczyna się trząść i dławić by nie wybuchnąć - co opóźnia proces uspokojenia - doprowadza do niekontrolowanego wybuchu... za co kaja się niemal urządzając duchowe samobiczowanie.

Wiem, że gdzieś na świecie są takie matki, które wszystko biorą na klatę i zdają egzamin z macierzyństwa na celujący.

Osobiście nie znam żadnej. Mnie ta presja okrutnie męczy, co i rusz wyprowadza na skraj depresji i załamania. Ostatnie tygodnie to ciągła frustracja. Co próbuję i mniej lub bardziej udaje mi się osiągnąć za chwilę bierze w łeb.
Jak sobie radzić w czasie gdy wyjście do wc, ogarnięcie siebie, chałupy i zrobienie obiadu graniczy z cudem? Przecież trzeba znaleźć czas dla siebie, dla swojego ciała psychiki... tylko skąd?

Wszystko byłoby lżejsze gdyby jakakolwiek pomoc z zewnątrz. Babci, ciotki itp... ale jak się zostaje samemu, idzie dostać mega pierdolca.

Mam cudowne, bezproblemowe Dziecko. Chwała Bogu! Czasem ma humory ale to Dziecko. Najgorzej jest wtedy gdy gorzej jest ze mną... jak nie mogę się zebrać jednocześnie Dziecko nie może się pozbierać... Gdy jestem nadwrażliwa, krzycząca - tak samo zachowuje się Lena. Chciałabym być normalna. Musiałabym zamknąć się komórce. Nie zmienię mojej osobowości, charakteru, natury i temperamentu. Jestem wybuchowa i to najbardziej utrudnia mi i innym żywot. Byle gówno potrafi odpalić zapalnik u mnie. Byłoby w miarę gdybym równie szybko potrafiła się uspokoić. Ale kurwa nie da się! Chyba, że się pochlastam. Uwierzcie mi przerabiałam na sobie miliony sposobów na najszybsze uspokojenie się... I dupa! Nawet nie tłumaczę się przed sobą ani przed kimkolwiek. Nic mnie nie tłumaczy. Tkwię w jakimś cholernym, zamkniętym kręgu i wyjść nie mogę.... nie wiem jak, nie wiem gdzie... A Dziecko cierpi...

poniedziałek, 21 maja 2012

10.

Dziś Dziecko moje kończy 10 miesięcy.

To, że stoi jest oczywiste, a stoi wszędzie.
Co dzień co raz dłużej stoi sama, choć to chwile to wydłużają się z kilku sekund do minuty.
Super kuca, schyla się po zabawki zgrabnie przysiadając.
Chodzi trzymając się jedną rączką czegokolwiek.
Na czworakach zasuwa jak dziki zwierz.
Brawo brawo, robi na zawołanie, papa też a najlepiej wychodzi "olaboga!"
Pokazuje rączką co chce, co tam że to są m.in. kury na obrazie który wisi na ścianie ;)
Jadła mydło FA.
Uwielbia magnesy na lodówce.
Klepać brodzik w łazience.
Otwierać sedes i patrzeć jak wodę się spuszcza.
W łazience jest też paaaapier toaletowy który taaak się ciąąąąągnie.
Nocnik też fajny, bo rzucać nim można a on wciąż cały.
Zaglądać do szafki pod zlewem.
Klepać kuchenkę gazową i kurki zdejmować.
Pisać na klawiaturze lapka.
Oglądać książeczkę z bajkami na dobranoc i magazyny wnętrzarskie. Czytanie jest mało interesujące. Wertowanie kartek idzie sprawnie choć już z 5 ucierpiało na zbyt dużym zamachem więc ja sumiennie odkładam wyrwane strony i doklejam ;)
Wisieć do góry nogami.
Rozmawiać przez telefon komórkowy bądź pilota od tv który służy równie dobrze za komórkę.
Nakazuje mi dzwonić do Taty.
Dyskutuje, rozmawia i protestuje gdy zupa jest za rzadka albo zbyt gęsta.
Uwielbia serek homo waniliowy, na rzecz jego zrezygnowała z mleka w ciągu dnia ;) Generalnie najpierw odmówiła mleka w ciągu dnia a my zachodziliśmy w głowę co by tu przemycić. I tak w porze mleka wskoczyła pora obiadowa a na podiweczorek serek homo lub jogurt ;)

Więcej  wspaniałości nie pamiętam a zaspana jestem więc napisałam wszystko co mam w zasięgu myśli ;)

środa, 16 maja 2012

Dziecko - zbliża czy oddala?

Pojawienie się Dziecka w rodzinie to prawdziwa rewolucja. Marzenie zakochanych par, często w fazie różowej wręcz dopełnieniem jawi się piękny bobas. Rzeczywistość nie jest tak różowa. Bywa, że w fazie początkowej - zapłodnienia nie jest tak proste jak się wydawało. Jak to jest, że w tej fazie a także gdy pojawia się już Dziecko partnerzy - rodzice oddalają się?
Owszem Dziecko może scalić rodzinę. Jest to możliwe pod jednym warunkiem. Jeśli partner jest zaangażowany w obsługę Dziecka, między rodzicami jest WSPÓŁPRACA. Dziecko może stanowić zarówno łącznik między partnerami ale również rozdzielnik. Matka może świadomie odsuwać Dziecko od ojca/partnera. Może też odsuwać je od siebie. Dziecko wymaga zaspokajania swoich potrzeb niemal cały czas. Zazwyczaj to matkę łączy niezwykła więź z dzieckiem i potrafi odczytywać sygnały wysyłane przez Dziecko. To od matki w głównej mierze zależy czy ojciec zaangażuje się i nawiąże współpracę z nią i Dzieckiem. Gdy partner pracuje to matka spędza większość czasu z dzieckiem. To co się dzieje po powrocie z pracy taty zależne jest od mnóstwa czynników. Gdy jeszcze będąc w ciąży przyszli rodzice omawiają wspólnie jak będzie wyglądać ich przyszłość z potomkiem. Rzeczywistość bardzo szybko weryfikuje te ustalenia. Tuż po porodzie gdy matka potrzebuje opieki partner staje na głowie by odciążyć matkę i przejąć obowiązki nad Dzieckiem. Gdy matka już dochodzi do siebie, partner widząc siły w niej zaczyna organizować czas poza pracą na inne czynności. Nie twierdzę, że tak jest w każdym przypadku, jednak po rozmowie z wieloma matkami jest tak w większości. Matki narzekają na osamotnienie, czują że zamiast radości nad macierzyństwem czują się obarczone mnóstwem obowiązków które trudno pogodzić przy małym Dziecku. Mam na myśli te matki, które nie mają pomocy w ciągu dnia. Wiele razy zwątpienie, obniżony nastrój, rozdrażnienie i frustracja przewyższają radość jaką daje macierzyństwo. Dlatego ważne jest aby ojciec Dziecka brał aktywny udział we współżyciu matki i Dziecka. Jeśli matka zostaje sama non stop z dzieckiem a ojciec istnieje biernie obok... wiadomo, że cała uwaga matki skupia się tylko i wyłącznie na dziecku. Cyklicznie co jakiś czas dochodzi do wybuchów, bo pałętający się pod nogami tatuś i mąż/partner zawadza, drażni i wkurza swoją obecnością. Czasem gdy zdarzy mu się przypomnieć o istnieniu dziecka wyrazi chęć zajęcia się nim, okazuje się nagle, że pojęcia nie wie gdzie co jest i co oraz kiedy należy podać dziecku.
 Dziecko potrafi wspaniale stanowić uzupełnienie związku. Jeśli Dzieckiem wspólnie zajmują się rodzice i razem współuczestniczą w jego rozwoju. Dziecko może oddalić jeśli ojciec biernie uczestniczy w życiu a matka nie angażuje go.
Jeśli dość długo, bez dnia przerwy czy godziny wytchnienia zajmuje się Córką zaczyna mnie szlag trafiać i czuję się osaczona Dzieckiem. Frustracja i wybuch wisi w powietrzu. Absolutnie kocham moje Dziecię, uważam że jest NAJ pod każdym względem. Nie jestem w stanie zajmować się Nią non stop. Potrzebuję chwili oddechu by zdystansować się. Zwłaszcza, że codziennie od 16-17 Królewna rozpoczyna mega marudzenie i czekanie na powrót taty z pracy który wraca o 18... Od kilku dni scenariusz jest ten sam i marudzenie, z wyciem i płaczem bez łez trwa do samego snu ok 21. Sił mi brakuje a głowa pęka... Jeszcze ten cholerny okres.


poniedziałek, 14 maja 2012

Prawie dorosła zupa dla 9,5 miesięcznego Bobasa.

Od 2 miesięcy trwała batalia o jedzenie obiadków/zupek. Histerie, bunt, płacz, plucie cały wachlarz. Każdego dnia pora obiadowa była ciężka. Przełomem okazała się szczawiówka! Byliśmy u mojej mamy, dałam Królewnie jak zwykle zupkę i jak zwykle jeść jej nie chciała. Dla dorosłych nas była szczawiówka. Zdesperowana dał spróbować. Co za szał był! Zupa pochłonięta została błyskawicznie. Obawiałam się o reakcję ale skończyło się na brzydkiej kupie dnia następnego. Miałam jeszcze kilka zupek swoich w domu i znów pora obiadowa i znów zaczęła się walka. Więc w sobotę mając niewiele czasu, ugotowałam Dziecku memu zupę prawie dorosłą:

2 pietruszki, kawałek selera, 5 marchewek - starłam na tarce o grubych oczkach i wrzuciłam do garnka.
6 kostek piersi indyka (mam pomrożone na porcje)
Liść laurowy, 2 ziela angielskie, lubczyk, koperek, 1/3 łyżeczki soli morskiej tak na czubek łyżeczki.
Zagotowałam, potrzymałam na ogniu ok 20minut, dorzuciłam ziemniaki pokrojone w kostkę i zamrożony kalafior i fasolkę szparagową.

Gdy warzywa były już miękkie dodałam kubeczek jogurtu naturalnego, przyprawiłam pieprzem ziołowym i ziołami prowansalskimi.

Część zupy wraz z kalafiorem i fasolką szparagową zblendowałam i wlałam do słoiczków - 5 wyszło.
Drugą część zupy doprawiłam koncentratem pomidorowym, zblendowałam i do słoiczków - również 5.
Konsystencja normalnej zupy taka półpłynna.

Zawekowałam i mam spokój. NARESZCIE!

sobota, 12 maja 2012

Pogięcie, Przegięcie i Wygięcie.

Dziś miałam wizytę u Profesora. Byłam zapisana na 11:30. Przywykłam do tego, że Profesor się spóźnia. W poradni było oblężenie! Ludzi full nie było gdzie usiąść! A na wejście do gabinetu czekałam 2h. Myślałam, ze jajo zniosę.
Weszłam do gabinetu, uśmiechnęłam się i mówię że ostatni raz widzieliśmy się na porodówce. Więc zdałam relacje co i jak się działo i dzieje. Profesor od razu zapytał czy i kiedy planujemy 2 Bobasa. Najpierw miałam usg, potem badanie i cytologię. 2 raz w życiu badanie mnie nie bolało! Na jajnikach nic nie urosło reszta też w porządku... ALE! Przed ciążą miałam tyłozgięcie macicy. Słyszałam wielokrotnie, że po ciąży porodzie SN zmniejsza się i tak jest z reguły... Mnie reguły omijają szerokim łukiem! Mam mocniejsze tyłozgięcie niż przed ciążą. Co więcej szyjkę macicy mam w przodozgięciu. Okresy obfite więc macica usilnie pracuje nad wydalaniem endometrium i napierdala jak ta lala. W dodatku przy endometriozie najlepiej gdy okresu nie ma. Więc mam przepisane tabletki anty by zminimalizować krwawienie, żeby napięcie przed nie doprowadzało mnie na skraj depresji i dała żyć rodzinie i żeby w końcu nie bolało. Przy ostatniej @ ketonal nie działał już a ja chciałam zejść z tego świata. Poza tym jajniki też muszę oszczędzać bo rezerwa może mi się wyczerpać prędzej niż u innych kobiet... Mam przepisane tabletki które brałam 3 lata temu. W trakcie ich brania dostałam grzybicy, Profesor powiedział że nie miało to związku z tabletkami. Poza tym ciąża zmieniła mi układ immunologiczny i alergie które przez wiele lat były dla mnie utrapieniem zminimalizowały się na tyle, że o tej porze roku mimo mega pylenia ja funkcjonuje bez leków. Może to mieć wpływ na reakcję na tabletki. Mam wziąć jedno opakowanie i zobaczymy jak będzie. Innym sposobem na pomoc jest spirala która kosztuje 900zł... Na dzień dzisiejszy spróbujemy tańszą wersję z tabletkami.

Jestem przeszczęśliwa. Ostatnie miesiące żyłam w ogromnym napięciu i stresie wszystko odbijało się na wszystkich. Mam nadzieję, że będę funkcjonować sprawnie i normalnie. I ciesze się cieszę jak głupi do sera i góry mogę przenosić! 

Nawiązując do poprzedniego posta. Diagnoza to milowy krok do przodu, krok w kierunku dalszej pracy nad objawami. Jeśli ktoś uważa, że diagnoza wystarczy jest w błędzie. Natychmiast należy podjąć działania mające na celu poprawę jakości życia.

Jeśli ktoś ma dalej wątpliwości czy mnie POGIĘŁO to wiadomo już, że nawet podwójnie.


czwartek, 10 maja 2012

Diagnoza ADHD

Diagnoza ADHD to trudne i żmudne zadanie. Polega na głębokiej analizie. Bardzo ważny jest przebieg ciąży gdy my jako potencjalni adhd-owcy byliśmy w brzuchach u mam. Bardzo ważne jest czy wokół mamy działy się rzeczy które prowadziły do stanu podwyższonej nerwowości i napięcia. Oczywisty jest też poród i wszelkie urazy okołoporodowe. Kolejna ważna kwestia to dziedziczenie. Najbardziej powszechne u adhd-owców jedno lub oboje rodziców a także w dalszej rodzinie. Analiza dzieciństwa powinna się oprzeć na rozmowach z rodzicami i innymi bliskimi którzy nam towarzyszyli. Na co trzeba zwracać uwagę? W tym pomoże Wam ta książka:



Dobra jest też ta:



Jeśli dalej jesteście chętni do informacji mogę Wam podesłać meilem rozdział literacki mojej pracy licencjackiej. Na 30 stronach są zawarte najważniejsze informacje coś jak o adhd w pigułce. Nie pisałam jednak o diagnozie.

poniedziałek, 7 maja 2012

Spalone mosty.

Nigdy nie mogłam i dalej nie mogę pojąć jak można utrzymywać kontakty z kimś kto nas krzywdzi. Można wybaczyć o ile dana osoba dalej nie krzywdzi. Mi jakoś trudno przychodziło funkcjonowanie u boku kogoś kto za moimi plecami jeździł po mnie jak po szmacie. Nie rozumiem jak można tak funkcjonować. Czy wybaczanie dziś jest opłacalne? Przed oczami mam współuzależnione kobiety maltretowane przez partnerów. Ile razy one wybaczają? Czasem życia im nie wystarcza. Nie utrzymuję kontaktu z moim ojcem. Pamiętam jak kiedyś pewna pani terapeutka pytała dlaczego i czy nie chciałabym odnowić znajomości z ojcem, bo ponoć mogłoby mi to pomóc. WTF??? Wiem, że jest mnóstwo dzieci alkoholików którzy w dorosłym życiu dalej funkcjonują przy pijących lub nie pijących rodzicach.... W moim przypadku nie wchodzą takie relacje w grę gdyż zdrowsza jestem jeśli ojciec żyje sobie gdzieś tam a ja tutaj.
Jak to jest, że przychodzi moment w naszym life gdy orientujemy się, że znajomi których mieliśmy ulotnili się nie wiadomo kiedy i dokąd? Ten moment przychodzi w życiu każdego dorosłego gdy albo zostaje sam albo z wiernym jak pies przyjacielem lub niewielką garstką osób które nie odeszły w siną dal.

Spaliłam za sobą wiele mostów. Doskonale się z tym czuję. Nikt nie wchodzi mi w drogę, niektórzy mnie unikają, jeszcze inni próbują zajrzeć co jest grane. Co mi ze znajomych czy pseudo przyjaciół jeśli wśród nich czułam się samotna? Nie mówiąc też o "życzliwości, szczerości i zaufaniu" w danym przypadku. Mój M. jest zagorzałym przeciwnikiem palenia mostów. Wiele razy sprzeczaliśmy się na tym polu. Bo lepiej zachować znajomości by móc coś kiedyś lepiej załatwić. Bo palenie mostów jest ryzykowne. Bo po co. Generalnie nie znam nikogo kto by uważał, że palenie mostów niesie za sobą korzyści. Nie wiem z czego to wynika. Odważna jestem? Uciekam od odpowiedzialności? Mam czekać aż coś rozejdzie się po kościach po to bym w między czasie wykończyła się??? Bo może kiedyś będzie lepiej... A może po prostu głupia bo przecież nikt tak nie robi to po co mi to. Ano po to by lepiej żyć.  Udało mi się pokazać co niektórym gdzie ich miejsce. Udowodniłam że nie stoczyłam się tak jak mi tego życzyli. A pewna dawna co "przyjaciółką" śmiała się moją nazywać klepie marną biedę i ledwie żyje od 1 do 1. Po spaleniu mostów długo nie mogłam się oswoić w nowej sytuacji i w nowym życiu. Ciężko było. Stałam się nadmiar wrażliwa na wszelkie złe strony osób które pojawiały się na mojej drodze. Wyrobiłam sobie nos na toksyny które tkwią w ludziach. Przestałam wierzyć w to, że są dobrzy ludzie. Przewartościowałam absolutnie wszystko i wszystkich.

Pewna znajoma jest w cholernej sytuacji. Ma rodzinę ale ta na każdym kroku krytykuje, wtrąca, obgaduje... własna matka jest koszmarem matki, która non stop narzeka i szuka każdej, nadarzającej się okazji by Córkę wykorzystać. Współczuje jej i żal jednocześnie. Uważa, że nie może zerwać kontaktów by lepiej żyć, bo sama sobie nie poradzi a matce zostawia dzieci pod opieką gdy ma uczelnię. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że matka ta gdy zajmuje się wnuczkami przez weekend ani ich nie myje, nie czesze włosków nawet potrafi nie podetrzeć tyłka 4-letniej dziewczynce!
Sama mam obawy co do opieki nad moim Dzieckiem niektórym osobom z rodziny i nie pozwalam na pozostawienie Córki nieodpowiedzialnym ludziom. Nie mam pewności i zaufania.
A kolejna kwestia to mistrzostwo wymówek i wygody. Nie wysili się by zorganizować opiekę skąd indziej, bo wygodniej jest odstawić do matki i mieć święty spokój.
Dzięki prowadzeniu bloga poznałam kilka-kilkanaście bardzo wartościowych osób. Poznałam czym jest bezinteresowna pomoc bez zaglądania mi w gary. Ogromna szkoda i żal, że dzielą nas setki kilometrów by móc wyskoczyć na kawkę i porozmawiać bez negatywnych emocji. By móc bez wyrzutów sumienia wyżalić się i ponarzekać jak bywa trudno a w zamian otrzymać wsparcie a nie tylko potakiwanie wraz z udowadnianiem, że mi jest gorzej. W momencie gdy byłam na bakier z wszelkimi ludźmi obrastając w skorupę, trzymając kilometry dystansu... "spotkałam" wirtualnie osoby które energią potrafią dzielić się na odległość. Przywracając wiarę, że są dobrzy ludzie lecz niekoniecznie w moim okolicach, rozrzucone w wielu miejscach w Polsce i na świecie.


Dziś trudno spotkać dobrych ludzi.



sobota, 5 maja 2012

Niewdzięcznie.

"Siedzenie" z Dzieckiem w domu to bardzo niewdzięczna praca pod względem finansowym. W naszym kraju kobiety w ciąży i młode matki są nie doceniane. To od nas w głównej mierze zależy czy i ile potomstwa zamierzamy posiadać. Dziecko nie jest "za darmo". Trzeba kupić pieluszki, kosmetyki, ubranka i żywność. To co nam państwo oferuję w zamian za posiadanie dzieci jest żałosne. Ogarnia mnie frustracja. To bardzo trudna praca, wymaga hiper cierpliwości, wyrzeczeń, poświęcenia. Wiem, że są matki, które oddają się temu zadaniu tak bardzo, że czują się spełnione. Ja też tak miałam ale w ostatnim czasie zaczyna mi to przeszkadzać. Z chęcią poszłabym do pracy ale nie mam co zrobić z Córką a u nas jest 1 żłobek państwowy i 1 prywatny. Obydwa przeżywają oblężenie. Niania się nie opłaca, bo musiałabym oddać jej niemal całą swoją wypłatę, bo przecież nikt mi nie da 3700brutto na dzień dobry tylko najniższą krajową. Więc sensu nie ma. A pieniędzy nie przybywa. Żyjąc z jednej wypłaty jest trudno i wiedzą o tym Ci którzy znajdują się w takim położeniu. Brakuje mi spotkań z ludźmi, tęsknię za rozmowami o czymś innym oprócz Dziecko. W ostatnim czasie dość głośno jest o zarabianiu pisząc bloga. Dobrze mi pisząc do wąskiego grona a nie pod publikę. Nie zależy mi na popularności i rosnącej ilości obserwujących. Siedzenie z Córką przez kolejne 2 lata aż będzie mogła iść do przedszkola napawa mnie lękiem i smutkiem. O ile jeszcze 2 miesiące temu było to oczywiste tak dziś już nie. Nie chodzi o to, że mi matkowanie się znudziło czy mam dość. Córka moja jest dość wyrośniętym bobasem z rozwojem o 2 miesiące do przodu. Wspaniale spędza czas z innymi choć tęskni za mną. Widzę, że też tego potrzebuje (co raz bardziej upodabnia się do mnie...) i absolutnie na tym nie cierpi. Co tu mówić beze mnie też jest w stanie dobrze spędzać czas. Alternatywy brak. Czasem się złoszczę na siebie, że nie mam umysłu ścisłego to byłoby mi łatwiej. Nie powiem żeby ze mnie była też wielka humanistka. 
Po raz kolejny nie dziwię się, że ludzie obawiają się posiadania dziecka. Na szczęście nie mam parcia, że Córka musi mieć wszystko najlepsze. Najważniejsze jest zaspokajanie potrzeb duchowych i fizycznych a nie materialnych. Nie mam parcia na super zabawki czy markowe ubranka co nie znaczy, że nie lubię ładnie wystrojonej Królewny. 
Bardziej odczuwałabym sens mojej pracy gdyby na koncie pojawiała się choć niewielka suma złotówek a nie życie na wypłacie mężowej. Mi to nie odpowiada tak do końca. I wiem, że większość z Was ma ten sam dylemat.

środa, 2 maja 2012

Spinka/Natłok/Przeładowanie

Nie wiem od czego i jak zacząć. Mam cholerny natłok myśli. Ostatni czas był cholernie trudny. Miałam poważny kryzys. Kryzys w byciu Matką i Żoną. Nie mogłam patrzeć na Córkę, wkurzała mnie strasznie. Wyładowywałam się na niej poprzez spięcie. Cholernie się spięłam, tak że na żołądku miałam kłódkę z łańcuchem. Przeładowałam się. Sprzątanie przedświąteczne i brak czasu na pisanie pracy magisterskiej, brak pomocy i wsparcia. Co chwilę coś wyskakiwało i wkurwiało. Mąż tylko instruował mnie co i jak mam robić bez uwzględniania mojej strony. Pękłam jak cholera. Wszystko jest do czasu. Zastanawiam się ile jest takich matek? Wkurwiają mnie teksty, że kiedyś tak nie było bo to gówno prawda! Było. I depresje poporodowe kobiety-matki były pozostawiane same sobie. Miałam dość siedzenia z Dzieckiem w domu. Z chęcią poszłabym do pracy bo etat w domu wymęczył m nie. Tylko gdzie? Wypłatę musiałabym oddać niani. A niania zajmie się dzieckiem na mojej głowie zostanie dom, pranie, sprzątanie, gotowanie itd... A ja muszę mieć wszystko po swojemu. Tylko po co mi to? 
Dziś dotarło do mnie po co to wszystko. Przyjechała moja starsza Sis. Rozmawiałyśmy sobie przy kawce w ogródku kawiarnianym. Narzuciłam sobie zbyt wysoką poprzeczkę. Wymyślam sobie plan który Dziecko mi niejednokrotnie burzy. I wtedy total panika! Nerw pojawia się z prędkością światła i trzyma w nieskończoność. Dziecko mnie wkurwia okrutnie i tracę serce. Tylko po co mi ta wysoka poprzeczka? Dlaczego męczą mnie i wkurwiają drobiazgi? Bo postępuję jak moja mama. Po co tak robię? Bo jeśli zrobię coś tak jak ona i jej o tym powiem/pokażę to ona mnie pochwali/doceni... Po co mi ta pochwała? Bo będąc Dzieckiem słyszałam ze wszystkich stron, że jestem niedobra/niegrzeczna/nieposłuszna/rozpieszczona/ble/fuj. Nikt mnie nie chwalił. Byłam dzieckiem które walczyło o uwagę... I ciągle walczy. Z M. się kłócę, że nie dostrzega mojej codziennej pracy. I co z tego wynika? Siedzę w domu bez celu. Siedzenie z Dzieckiem jest bez sensu/nudne/motonne/demotywujące. Krzywdzę moją rodzinę Męża i Córkę. 
Teraz jest mi jeszcze trudniej. Nie wiem co dalej. Jak postępować. Jak uspokoić się gdy telepie mnie od środka na wszystkie strony świata. Nie ma złych Dzieci. Są źli rodzice. Moje Dziecko w ostatnim czasie było umordowane bo mordowałam ją swoim nastawieniem do życia... do Niej. Walczyła o swoje prawa o uwagę, czas, miłość... Tak jak ja walczyłam i walczę cały czas. Zaczęłyśmy rywalizować o to samo. Nie zdając sobie sprawy.
Demony przeszłości znów mną zawładnęły a ja się im poddałam. Teraz się boję. Moje wewnętrzne Dziecko drży i jest zalęknione. Przerażone jesteśmy wszystkie! To nie krzyczę ja tylko mała Dziewczynka walcząca ze mną.
Nie boję się przyznać do błędów. Nie ukrywam się z tym że COŚ mnie zżera i męczy. Szukam pomocy bo szuka jej moje zalęknione wewnętrzne Dziecko. Nie mam wstydu przed osądem. Bo takich kobiet jak ja są setki, tysiące i miliony. Krzywdzą siebie, bliskich i dzieci. Osobiście nie znam, żadnej której to nie dotknęło. Można zakładać maskę, wypierać się całe życie! Wmawiać wszystkim dookoła z przyklejonym uśmiechem, że jestem najlepsza i wara ode mnie! Tylko ja mam rację nikt poza tym! W mojej głowie tkwi motyw uznania. Nie zawsze spinka bierze się z tego powodu. Dotyczy mnóstwa kobiet.
Nie jestem najlepszą Matką dla mojej Córki. Mogę być lepsza. Najlepsza nie jestem. Wiem jak zaspokoić Jej potrzeby fizyczne i w tym daję sobie radę tylko ja. 
Nie muszę nikomu się przypodobać. Tylko jak to zwalczyć?