piątek, 29 czerwca 2012

Wściekła matka

Macierzyństwo to na pierwszy rzut oka, słodkie bobaski, które gugają i uśmiechają się ze wszystkich dostępnych zdjęć. Nie wiem dlaczego tak mało mówi się, piszę jak ciężko jest matkom, które siedzą z dziećmi w domu. Zanim zostałam mamą, nie lubiąc obcych dzieci nie mogłam się na dziwić nad tym jak można krzyczeć, bić czy mordować własne dzieci. Dziś w ogóle się nie dziwię. Mordercze myśli miałam wiele razy, na zmianę chciałam się mordować lub jęcząco-jazgoczące Dziecko. Choćbym nie wiem ile dostawała buziaków, uśmiechów, przytulańców... jęczący jazgot doprowadza mnie do obłędu! Cudownie jest patrzeć na dzieci... stojąc obok. Wspaniale jest zajmować się Dzieckiem bez tych wszystkich "dodatków", których jeśli nie rozłożyć na rozsądne raty mogą człowieka zmiażdżyć. "Dodatki" czyli wszystko to czym kobieta-matka zajmuje się jednocześnie wychowując upragnione Dziecko. Presja wywierana na kobiety matki jest ogromna. Ciągle uważa się, że matka siedząca z dzieckiem cały dzień leży i ogląda sufit. Ilość czynności wykonywanych przez kobietę matkę jest niezliczona. Całkowita obsługa dziecka - które trzeba przebierać z pieluch bo leje, wali kupy, z ubrań które non stop są uświnione, przygotować jedzenie jak głodne się drze tak że aż widać dno w tyłku, robić z siebie pajaca zabawiając gdy nie śpi, gdy śpi - no właśnie... i tu się dopiero zaczyna dylemat. Gdy umordowana matka ulula umordowane Dziecię na drzemkę (która może się zdarzyć lub nie, nie da się wyliczyć jej czasu trwania) w głowie matki przechodzi sztorm czym tu się zająć. Trzeba zrobić pranie, zaprać wszystkie uświnione ubranka, rozwiesić pranie, wstawić obiad, posprzątać... albo walnąć się na łóżko i mieć gdzieś wszystko. 
Do szału doprowadza mnie siedzenie z dzieckiem non stop. Nie mam cierpliwości a od słodzenia mdli mnie. Z jednej strony to dobrze, że jestem z Córką sama - nikt się nie wtrąca. Z drugiej - potrzebne jest odciążenie na 1-2h by móc skoncentrować się na jednej czynności a nie robić obiad jednocześnie dwojąc się i trojąc przy automatycznym skurczu żołądka i wielokrotnym stanem przed zawałowym bo mieszając sos w garnku w tym czasie dziecko pcha paluchy do kabli. Non stop jest dylemat: muszę wstawić pranie bo wyłazi z kosza albo zająć się dzieckiem, pozmywać naczynia które wyłażą ze zlewu albo zająć się dzieckiem itd... Gdy staram się ogarnąć otoczenie Dziecko łapię nerwa i domaga się mojej uwagi w momencie gdy gotuje się woda na makaron! Staram się jakkolwiek cokolwiek planować ale to jest ZAWSZE niewiadoma i niepewność. Siedzę z Córką od rana do chwili aż pójdzie spać. W między czasie wpada mąż i przejmuje Córkę na 1-2h bym mogła złapać oddech. To za mało. Niestety. Nie ma czegoś takiego jak weekend, bo sobota to dzień jak każdy w tygodniu. Zazwyczaj w niedzielę jestem wściekła, wkurwiona i muszę upuścić frustrację i ciśnienie. Czasami to niewinne tak upragnione i wyczekane Dziecko potrafi wyssać ze mnie energię, że nie mogę na nią patrzeć. I wiecie co, nie wierzę, no kurde nie wierzę, że żadna matka siedząca z dzieckiem sama i całą resztą nawet przez chwilę tak nie ma. Czasami jak czytam słodko pierdzące opowieści o różowych wiecznie uśmiechających się bobasach - pukam się w czoło i myślę, czy matka chce w to wierzyć czy chce by inni w to wierzyli...
Moja Córka nie jest Dzieckiem specjalnej troski, ale cholernie absorbująca. Nie mogę przy niej wykonywać wielu czynności, bo nie usiedzi w spokoju 5minut. A ja w każdy piątek myślę o tym, by w sobotę wsiąść w autoban i pojechać na weekend by odpocząć od ciężkiej tygodniowej pracy...
Po zębnym armagedonie, wszystko powoli się unormowało. Ostatnie dni były super. Dziś umordowałyśmy się we dwie...

wtorek, 26 czerwca 2012

Rocznica bawełniana.

Dzisiejsza aura nijak ma się do wspomnień z dnia mojego ślubu. Dokładnie 2 lata mija odkąd stałam się żoną najlepszego z mężów.
Jesteśmy razem od ponad 4 lat. Ślub tak na prawdę niewiele w naszym życiu zmienił. Ot formalność i tyle. Formalność, która dała nam wolność. Mogliśmy stworzyć razem rodzinę do której nikt nie ma prawa się wtrącać. Mogę śmiało stwierdzić, że w ciągu tego czasu przeszliśmy chyba wszystkie możliwe kryzysy. Które jako egzamin na wytrwałość zdaliśmy celująco. Oboje mamy osobowość dominującą, więc starcia są na porządku dziennym. Ciężko nam wysiedzieć w domu, ciągle byśmy gonili za czymś i szkoda nam czasu na zatrzymanie się. Ja jestem zatrzymana w domu będąc z Dzieckiem i przechodzę kolejne fazy związane z tym. Teraz jest najtrudniejsza, bo chciałabym wiać z domu w świat daleki...
Wiele razy mieliśmy dość. Kto nie ma? Choćby nie wiem kto, choćby nie wiem jaka trudność stawiając nam kłody pod nogi próbowała zachwiać nasz związek - jest to niemal niemożliwe. To banalne w dzisiejszych czasach - nas łączy ogromna miłość. Wraz z miłością idzie po kolei: zaufanie, oddanie, oparcie, wyrozumiałość... i wiele wiele innych. Ta miłość jest nie do zdarcia. Nawet jak się kłócimy to miłość rozpacza najbardziej. Woła nas, że wciąż jest i nie możemy o niej zapomnieć. Złe emocje próbowały zakopać uczucie niezliczone ilości razy. Jesteśmy tak do siebie podobni jak i różni jednocześnie. Pasujemy do siebie i uzupełniamy nawzajem. Przeszliśmy wszystkie fazy w stosunku do siebie, od idealizacji (była była, choć nie tak wyraźna), uwielbienia, przez rozczarowanie, irytację po ogólne zniechęcenie. Przez cały ten czas trwania nie zmienny jest fakt, że żyć bez siebie nie potrafimy. Jesteśmy dla siebie jak powietrze, jak tlen potrzebny komórkom do życia. Nie możemy bez siebie funkcjonować. Stanowymi dla siebie filar, który trzyma nas w pionie. Potrafimy nawzajem sprowadzać się do parteru gdy zbyt mocno gonimy w naszych zapędach. Ciągle za sobą tęsknimy, ciągle nam siebie mało. Jest tyle rzeczy które chcielibyśmy razem robić. Budowa domu, która ciągnie się okrutnie a w zasadzie stoi w miejscu... (cholerni urzędnicy). Nie wiem jak można być ze sobą ze względu na dziecko/dzieci, kredyt czy inne wspólne zobowiązania... Dla mnie to kosmos. Nie pozwalamy sobie nawzajem, by którekolwiek próbowało wyrwać się ze wspólnych objęć.
Dziecko przyniosło nam rewolucję. Jeśli ktoś uważa, że dziecko to metoda na ratowanie związku w kryzysie jest w ogromnym błędzie. Dziecko to rewolucja i... kolejny kryzys. Kolejny egzamin na wytrwałość związku. Nad tym wciąż pracujemy. Mamy starcia i w tej kwestii, bo chyba niewielu mamom uśmiecha się samotna opieka nad dzieckiem przez 12-14h godzin dziennie od poniedziałku do soboty nie mając chwili wytchnienia... To wspaniałe mieć męża, który stanął na wysokości zadania jako głowa rodziny i pracuje, pracuje... i pracuje! Czasem trzeba siąść w domu :)
Oboje jesteśmy DDA, te nasze wewnętrzne dzieci też dochodzą do głosu. Dzięki wiedzy na ten temat jest nam łatwiej, dużo łatwiej. Walczymy ze stereotypami wyniesionymi z domów, powielanych przez naszych rodziców. Zwłaszcza, że ja mam wyjątkowo paskudny charakter i jestem trudną osobą do współżycia, mój mąż jest łagodniejszy i tak nie walczy jak ja. A mnie nosi oj jak nosi...


niedziela, 24 czerwca 2012

Zębny armagedon.

Miałam zrobić wpis o tacie, ale to co się dzieje w ostatnim czasie nie pozwala mi się skupić na takich sprawach. Postaram się nadrobić, jak już dojdziemy do równowagi.

Zębowe koszmary nie mieściły mi się w głowie, dużo czytałam historii mrożące krew w żyłach jakich męczarni dostępują dzieci gdy na światło dzienne pchają się zęby. U nas pierwsze dolne jedynki wyszły szybko, nawet znośnie gdy Lenka skończyła 4 miesiące. Na kolejne jedynki czekaliśmy aż do 7-8 miesiąca. Było trudniej najpierw pchała się jedna, po niej druga. Dziąsła puchły, robiły się krwisto czerwone, było marudzenie, problemy z jedzeniem ale wytrwaliśmy. Natomiast ostatni tydzień to był istny horror. Obydwie górne dwójki, jednocześnie się pchały. Nie wiem od czego zacząć, ale cierpienie mojego dziecka totalnie wyprowadziło mnie z równowagi. Panadol przeciwbólowo nic nie dawał, kupiłam nurofen a po nim brzuszek dawał dżezu. Temperatura była, ból tak okrutny, że nie dało się posmarować dziąseł, nie dało się pić z butelki, kubeczków... jedzenie też nie wchodziło w grę, bo przecież trzeba do buzi włożyć... Kupy były straszne. W końcu spanikowałam i poszłyśmy do lekarza w czwartek. Pani obejrzała, zbadała i wszystko ok. Tylko, że w drodze od lekarza zmokłam do suchej nitki, Młoda też bo z folii w wózku chciała wyjść, wychylała głowę i wystawiała rączki żeby deszczyk łapać. Przez to ja się zaczęłam rozkładać - padło na zatoki. A z Młodą zaczął się od piątku hardcore. Cały dzień ryk. Lenka dostała probiotyk na brzuszek, którego nie dała sobie wziąć i wypluła, to samo było z nurofenem, panadolem i wszystkim innym. W nocy nie spała od 24 do 2:30. Wczoraj w sobotę było to samo, a mnie zatoki, dreszcze i temperatura. Byłam bliska obłędu. Pół nocy chodziła suszarka do włosów bo dzięki niej Dziecko spało. Po dniu nie jedzenia i nie picia (piła łyczkami, co drugi wypluwała, albo wyrywała się), nad ranem był wrzask i wydoiła 270ml mleka! Masowaliśmy jej brzuszek na wszystkie sposoby. Jest lepiej, dużo lepiej. Ja się wyspałam i czuje się lepiej, Mała jest rozdrażniona ale wszystko wraca do normy.

W tym wszystkim najgorsza jestem ja. Nie radzę sobie gdy Dziecko płacze a ja nie wiem jak Jej pomóc. Wpadam w panikę, nerwówkę, drę się a Lence zamiast być lepiej jest tak samo albo i gorzej. Nie umiem się uspokajać tak szybko jak się wyprowadzam z równowagi. Prawdziwa matka furiatka ze mnie. 

czwartek, 21 czerwca 2012

11.

Dziś babcia Grażyna ma urodziny :) A Lenka kończy 11 miesięcy. Podobno okres niemowlęctwa kończy się wraz z ukończeniem 1 roku życia. Niemożliwe... Od co najmniej 2 tygodni w domu moim zniknął niemowlak a rozgościło się na dobre wspaniałe Dziecko. To jak przeobraziła się Lenka jest niesamowite. Dokładnie za miesiąc minie rok od chwili gdy pojawiła się na świecie. 
Lenusia stoi, co raz częściej i więcej sama, samiutka! Chodzi przy wszystkich meblach w zasadzie trzymając paluszkiem czegokolwiek by mieć wrażenie oparcia. Bierze za rękę i każe się prowadzić. Paluszkiem wskazuje na rozmaite rzeczy mówiąc: "to o tio i to". Gada, ohh jak gada! Gaduła z Niej fantastyczna, potrafi Jej się cały dzień buzia nie zamykać ;) I śpiewa sobie zwłaszcza przy kąpaniu. A kąpanie wprost uwielbia! A najbardziej wodę z prysznica. Jak tylko mówię: "Lenusia idziemy myju, myju" Od razu w podskokach leci do łazienki. Potrafi się sama bawić. Ma ulubione miejsca w domu, do których zagląda codziennie. Pozwalam Jej włazić niemal wszędzie o ile nie ma tam niebezpiecznych przedmiotów. Zagląda do mojej torby, do szafki pod zlewem, do szafki z butami, do wszystkich półek w łazience, wali drzwiczkami od piekarnika gdy się złości, wyciąga ubrania z kosza w łazience, uwielbia gdy przynoszę pranie z dworu, rzucam je na łóżko wtedy a Lenka wszystko zrzuca na podłogę; uwielbia wszystkie zwierzątka i nie tylko te na obrazkach ale prawdziwe kurki, pieski i koty jak widzi z daleka od razu piszczy z radości, oglądanie książeczek i gazet które czytam, to przewracanie kartek jest takie fascynujące! Mnóstwo jest tego, całe mnóstwo. Lenusia po obudzeniu rano, nie woła nas od razu, tylko bawi się w łóżeczku :) Powtarza niemal wszystko co Jej pokazujemy, przytula się do nas i rozdaje soczyste buziaki.... Wspaniałe to nasze Dziecię. Tyle radości, dobrych emocji, pozytywnej energii... A miłość jest najwspanialsza. Jest bardzo komunikatywna, bez problemu informuje nas o swoich potrzebach. Obserwowanie rozwoju które idzie w błyskawicznym tempie. Bo Lenusia rozowojowo jest co najmniej miesiąc do przodu... Mogłabym wychwalać moją Córcię codziennie. Codziennie zaskakuje mnie i nas wszystkich! Nie lubię jednak wychwalania tak publicznie. Cieszę się na co dzień, chwalę Lenkę codziennie za każdą rzecz jaką robi. :)


poniedziałek, 18 czerwca 2012

Z wizytą u psychologa.

Szkoda, że wciąż wśród społeczeństwa panuje stereotyp - psycholog jak psychiatra a psychiatra to tylko wariatami, czubkami, nienormalnymi się zajmuje. Nie jesteśmy ze stali nierdzewnej. Jeśli mamy przed sobą człowieka, który kreuje się na silnego pod każdym względem - nie dajmy się zwieźć pozorom. W rzeczywistości to zbroja zakładana na co dzień. W środku każdy ma lęki, obawy, złe doświadczenia. Nie ma rodzin idealnych, w każdej były problemy - kwestia większych i mniejszych problemów. Błędem jest chowanie negatywnych emocji i doświadczeń głęboko w podświadomości, ukrywając za srebrzystą zbroją. Wraz z upływającym czasem - rośnie frustracja, której ujście prędzej czy później w głowie rośnie i zaczną się problemy które i tak były, są i będą. Kwestia przyznania przed sobą do tego co było, jak było i że było.

Miałam w dalszej rodzinie, osobę chorą na schizofrenię. Jako dziecko, gdy się dowiedziałam o tym, oswoiłam się jednocześnie z faktem, ze psychiatra nie zajmuje się czubkami, a ludzie chorzy nie muszą być wariatami. Moja ciocia, była wspaniałą kobietą, mądrą, inteligentną, z klasą i piękną. Gdy brała leki, trudno było określić, że jest z nią coś nie tak. 
Dzięki temu przykładowi, oswoiłam się z faktem, że psychiatra - to nie koniecznie kaftan bezpieczeństwa, szpital bez klamek i hordy wariatów. 

Niestety, dziś w ciąż żyjemy w przekonaniu, ze z problemami mamy sobie radzić sami. Poza tym są ludzie którzy non stop użalają się jak im źle, dramatyzują, histeryzują obarczając swoimi "problemami" każdą napotkaną osobę aż do urzygu. Jednocześnie nie wprowadzając żadnych zmian by żyło się lepiej.

Mam "swojego" zaufanego psychologa. Raz byłam u psychiatry i brałam antydepresanty. Mój psycholog to osoba z którą spotykam się w ośrodku interwencji kryzysowej w mieście przy którym mieszkam. Mogę przyjść niemal z ulicy, teraz to trudniejsze, bo wiem że jest dość rozchwytywany. Miałam bardzo trudny okres w moim życiu. Przez kilka miesięcy żyłam w bardzo wyniszczającym stresie. Z psychologiem widywałam się raz na 2 tygodnie. On mi zasugerował psychiatrę i terapię grupową DDA. Dzięki niemu moje życie nabrało lekkości, bo pozbyłam się balastu przykrych doświadczeń z przeszłości. Teraz mimo, że to wszystko jest za mną i żyje mi się lepiej, nie straciłam kontaktu z psychologiem. Ciąża, poród, okres połogowy, Dziecko - miesiące które nie zawsze były lekkie, ponownie zaprowadziły mnie na spotkanie z Panem. Lubię z nim rozmawiać, bo gdy jestem zakotwiczona z negatywnych emocjach on mi pomaga rozłożyć je na czynniki pierwsze, powkładać w odpowiednie szufladki. Poza tym potrafi mi rozjaśnić też położenie osób mi bliskich, chociażby Męża, co pozwala mi lepiej go zrozumieć. 

Wiem, że mam szczęście, bo trafiłam na świetną osobę. Dobrze mieć choćby w podświadomości osobę postronną, której można się wygadać - bo nie będziemy oceniani w kontekście: Ty jesteś taka, siaka i owaka. Z drugiej strony chodzi o nadużycie. Nie chodzę do psychologa z byle powodu. Nie umawiam się na seanse regularne. To jest doraźna, docelowa pomoc w momencie gdy widzę, że nie tyle ja nie daję rady, co otoczenie jest mną zmęczone a wszystkie znane sposoby odreagowania czy uspokojenia nie pomagają. Nie lubię obarczać swoimi problemami bliskich, czy upubliczniać ich. Wystarczy fakt, że frustracja trwa zbyt długo a Dziecko cierpi najbardziej. Nie warto ciskać się, spinać, warczeć na wszystkich dookoła. Warto skorzystać z pomocy i nie bać się! Wiecie ile osób wciąż jest na anty do takich sposobów pomocy? Bo psycholog, terapeuta to tamto sramto, lepiej iść się napić. Tylko, że problemy nie znikają - te by przestały dokuczać trzeba się z nimi zmierzyć i rozstrzelić. A z każdego trudniejszego wydarzenia WYCIĄGNĄĆ WNIOSKI. Bo historia się powtórzy jeśli tego nie zrobimy a koło wciąż będzie zamknięte. Samemu ciężko wykaraskać się z kręgu problemów.

czwartek, 14 czerwca 2012

Bardzo subiektywne wnioski z karmienia piersią.

Uwaga, kobiety które karmią piersią jeśli po przeczytaniu poniższego posta poczują się urażone - nie jest to zamierzone. To moje osobiste rozliczenie z traumą karmienia piersią.

Bardzo długo zbierałam się i zmierzałam sama ze sobą by napisać o tym. Moje doświadczenie karmienia piersią doprowadziły do wyrobionej przez siebie opinii, zwłaszcza patrząc na całość karmienia z perspektywy czasu. Nadszedł moment by wyciągnąć wnioski: 
1. Uważam, że aby karmienie szło dobrze ważna jest budowa piersi i brodawek. Ja mając dwie różnej wielkości piersi i różne brodawki, nie miałam pojęcia, że może mieć to znaczenie. Żadne wyciąganie przed porodem nie miałoby znaczenia. Dziecko od razu wybrało tę pierś z której lepiej leciało mleko i łatwiej było chwytać brodawkę. Miałam świadomość, że karmienie jedną piersią nie wróży długiej kariery...
2. Nie pokazanie w szpitalu jak należy przystawić Dziecko do piersi. Wracając do domu po porodzie miałam krwawiące brodawki...
3. Dokarmianie w szpitalu! To jest cholerny błąd! Z jednej strony było mi to na rękę. Miałam strasznego baby blues'a i jak zaprowadziłam Młodą do położnych by móc się umyć, ogarnąć, pozbierać do kupy, płacząc strasznie byłam szczęśliwa, że nie musiałam karmić jednocześnie cieknąć z niemal wszystkich otworów w ciele.
4. Refluks. Moje Dziecko od chwili urodzenia chlustało mlekiem na wszystkie strony. Kilka razy okrutnie się zakrztusiła przyprawiając nas o stan przedzawałowy. Dostałam nakaz od lekarzy by karmić nie częściej niż co 3h. To był początek końca karmienia. Brak możliwości dostawiania noworodka na żądanie. Wiele razy Dziewczyny ubolewały, ze Dziecko wisi na cycku cały dzień. Moje nie mogło. 
5. Ból. Niemiłosierny ból przy dostawianiu i karmieniu. To było najgorsze. Nie dość, ze bolało krocze pocięte, popękane, pozszywane z niemal każdej strony to jeszcze okrutny ból przy karmieniu. Bolało mnie ponad 2 miesiące. Byłam u położnej laktacyjne. 2 lekarzy i pielęgniarki. Wszyscy pokazywali, uczyli jak przystawiać. Robiłam to dobrze a ból ciągle był. Przed każdym karmieniem czułam strach i lęk przed bólem. Każde dostawienie do piersi to była kurwa, krzyk i płacz. Cierpiałam strasznie do czasu...
6. ...aż zaczęła siadać mi psychika. Karmienie stało się koszmarem. Przymusem, bolącym, okrutnym obowiązkiem. Nie mogłam patrzeć na cycki i na Dziecko. Z dnia na dzień rosła we mnie niechęć do tej czynności. Wszyscy dookoła mówili, że to normalne, minie i przestanie boleć. Nie przestawało. Po dzień dzisiejszy nie wiem dlaczego. Zaczęłam wpadać w depresję. Lenka była niespokojna i czuła wszystkie moje negatywne uczucia. Dziś strasznie mi przykro z tego powodu. Presję miałam ogromną. Bo jak to ja matka nie mogę wykarmić własnego dziecka? Przecież to takie oczywiste! Dupa jasiu.

Przerabiałam wszystko, ściąganie pokarmu ręczne, 2 rodzaje laktatorów, silikonowe osłonki, smarowanie lanoliną i innymi możliwymi rzeczami.

Mleka w cycku było coraz mniej. Nie ma się czemu dziwić. Nadszedł w końcu dzień, że karmiłam tylko rano i wieczorem. W końcu powiedziałam dość. Podając mm wcale nie czułam się lepiej. To było straszne. Czułam się jakbym była wyrodną matką, która dla wygody daje butelkę. Dopiero z czasem doceniłam tę decyzję. Z czasem wszystko zaczęło się normować. Zaczynało być normalnie! 

Dziś wiem, że butelka uratowała nas, nasze relacje i mnie przed depresją. Przez długi czas zastanawiałam się czy na pewno zrobiłam wszystko by móc karmić. Dziś wiem, że psychika mi wysiadła. Tak nie dałam rady walczyć dalej. Walczyłam każdego dnia przez 3,5 miesiąca na tyle skutecznie, że zamiast motywować się dalej nabrałam wstrętu i obrzydzenia do karmienia piersią. Trauma jest. Mam nadzieję, że minie. Jak czytam lub słucham jakiekolwiek relacje o tym, że karmienie piersią jest wspaniałe, cudowne oh i ah. Dla mnie to abstrakcja. Nie doświadczyłam dobroci i nie zrozumiem tej fascynacji dopóki sama tego nie doświadczę. Póki co, nie mam ochoty o tym czytać, licytować się, oglądać jak się karmi (rozczulają mnie maluszki przy cycku, gorzej ze starszakami), staram się nie reagować, nie dyskutować. Każdy robi jak chce i jak uważa za słuszne. Czasem tylko mam wrażenie, że nie tylko Dziecko uzależnia się od karmienia piersią ale i matka. Matce jest trudniej się z tym rozstać niż Dziecku. A jak Dziecko zadecyduje o tym sam to następuje dramat i koniec świata. Ani dramat ani tym bardziej koniec świata nie nastąpi. Wyjątków nie ma.

poniedziałek, 11 czerwca 2012

Obiadek ze świeżych pomidorów dla Maluszka :)

Nie wiem jak to jest, gdy szukałam przepisów na dania dla Maluszków ciężko było... Zwłaszcza, że ja chcę robić szybko bez nadmiernego obierania, krojenia i gotowania przez cały dzień. Teraz robię sama, po prostu intuicyjnie wrzucam, próbuję i daję do próbowania Królewnie. Kupuję też obiadki w słoiczkach. dla urozmaicenia, by Lenka mogła zjeść coś nowego :) Ostatnio szał zrobił obiadek z rybką z bobovity - wzięłam, bo w dobrej cenie był przekonana, że będzie wypluwane a tu miłe zaskoczenie. W lodówce na wypróbowanie czeka rybka z tagliatelle hipp :) 

W piątek gdy zaczął się mecz, ja przystąpiłam do zrobienia obiadku (nie zupki) ze świeżymi pomidorami:

w 1 garnku:

2 kawałki zamrożonego indyka,
2 marchewki,
listek laurowy,
ziele angielskie,
gałązka natki selera, 
szczypta lubczyku, koperku,
odrobinka soli,
2-3 szklanki wody

całość gotujemy, na rosołek/wywar

w 2 garnku:
2 łyżki ryżu,
garść makaronu,
5 minut przed końcem gotowania wrzuciłam 3 różyczki zamrożonego brokuła

Nie chce mi się gotować oddzielnie ryżu, makaronu i brokuła więc robię to w jednym garnku, dałam makaron świderki więc bez problemu wyciągnęłam z sitka po odlaniu wszystkiego.

3 pomidory sparzamy wrzątkiem, obieramy ze skórki, wydrążamy środki (ja mam to coś do wydrążania jabłek i świetnie się sprawdziło)

Do pojemnika wrzucam kawałek mięsa, trochę wywaru z marchewką, 2 różyczki brokuła, ryż (wybrałam z ugotowanego z makaronem), 1 pomidor - blenduję tak by było gęste i z kawałkami jedzenia.

Druga wersja to z 1 różyczką brokuła, 2 pomidory i makaron. 

Można przyprawić pieprzem ziołowym, lub świeżą bazylią.



Wyszło super - dziś Lenka wsunęła cały słoiczek bez marudy :)


piątek, 8 czerwca 2012

Wracam do pionu.

Już 2 tydzień czuję po sobie jak wspaniałe zmiany zaszły i zachodzą dalej dzięki unormowaniu hormonów. Tabletki mają na mnie zbawienny wpływ. Jestem lepszym człowiekiem pod każdym względem. Przede wszystkim lepszą Matką. 
Moja droga przez macierzyństwo to nie sielanka. Zaliczyłam i wzloty i upadki. Po narodzinach nie zalała mnie fala miłości a ogarnął lęk i przerażenie. Problemy z karmieniem nasiliły mój stan i dopóki nie przeszłyśmy na MM kryzys trwał. Z czasem wszystko się zaczęło normować, wypracowałam plan dnia z Lenką i żyło nam się nieźle. Z czasem jednak było znowu co raz trudniej. Mój cykl z każdym kolejny był co raz trudniejszy do przetrwania. Bóle przy @ się nasilały... Znowu wpadłam w czeluść czarnej dupy i 3 miesiące czekałam na to co mam teraz... 
Patrzę na moje Dziecię z miłością, co wcześniej nie było tak proste. Oczywiście, Córka była dla mnie wszystkim ale ja nie mogłam Jej dać wszystkiego. Byłam strasznie rozdrażniona, spięta, nerwowa, wrzeszcząca i po prostu niemiła. Na szczęście wiedziałam, że problem jest we mnie, nie oglądałam się na nikogo dookoła tylko szukałam przyczyny u siebie i jak najszybszej interwencji. Zajmowanie Córką szło mi koszmarnie, byłam okropną Matką. Nie miałam ochoty bawić się z Dzieckiem, denerwowała mnie kolejna zmiana pieluchy a plucie przy jedzeniu wyprowadzało z równowagi! Czasem nie chciałam wstawać rano z łóżka... Każdy kolejny dzień to była katorga dla mnie i dla Lenki.Od połowy cyklu zaczynał się horror a przed samą @ miałam myśli samobójcze! Depresja? Trochę dziwna, bo nasilała się z każdym kolejnym cyklem a apogeum było w fazie napięcia przedmiesiączkowego. Na wizytę u Profesora czekałam jak na zbawienie! Dostałam tabletki... i zaczęła się kolejna jazda. Skutki uboczne męczyły mnie każdego dnia. Miałam objawy jak przy ciąży: zawroty głowy, osłabienie, non stop niedobrze... Ale z każdym kolejnym dniem moja psychiczna hormonalność wracała do normy. Dziś jest wszystko w porządku. Nawet śmianie się przychodzi mi łatwiej, mam więcej cierpliwości a do Córki w szczególności. Całymi dniami się śmiejemy, robimy głupie miny... Bawimy się po prostu będąc ze sobą... a jak ja wyluzowana to Córka jest rozkoszna pełną gębą. Bez problemu rzucam robotę by poturlać się razem. To tak jakby ktoś ze mnie spuścił powietrze i wyssał napięcie w jakim tkwiłam. Bałam się, że przez skutki uboczne będę musiała pigułki odstawić i znowu będzie źle.Cały tydzień żyłyśmy niemal w symbiozie. 

Dziś miałyśmy trudniejszy dzień. Już wczoraj się zaczęło nie halo, w nocy kilka pobudek, mleko... a od rana mega maruda, nie dojedzona kaszka a obiad wypluty. Wszystko co dawałam do buzi od razu lądowało na języku a język na brodzie... W takich chwilach jestem zła na siebie, bo ogarnia mnie bezradność. I głupia jestem! Bo mogłam dać Dziecku mleko, po prostu mleko! Po dziś dzień nie rozumiem jak człowiek rozumny w trudniejszych okolicznościach nie myśli trzeźwo o tak prostych rozwiązaniach...


poniedziałek, 4 czerwca 2012

Mama na gigancie.

Nie uciekłam z domu. Ale poniekąd tak się czułam.W sobotę wcześnie rano wyruszyłam na uczelnię. Dość szybko uwinęliśmy się z wpisami. Miałyśmy zrobić sobie zakończenie roku i iść na piwo całą grupą. Oczywiście - jak to zazwyczaj bywa - poszło nas 5.
Spędziłam calutki dzień poza domem, z dala od Córki, od M., od codzienności i rutyny. Choć rozmawiałyśmy właśnie o tym ;) 3 z nas to mężatki i młode Mamy. Te same dylematy, te same problemy. Niestety faceci są baaardzo do siebie podobni i jeszcze bardziej wygodni. Nie wiem jak matki wychowują synów (mam 2 siostry). Dlaczego faceci mają tak głęboko wryty stereotyp, że to Partnerka zajmuje się domem i Dzieckiem? A On mężczyzna pracując za wszystkich staje na głowie by zarobić na utrzymanie, przy czym uważa że jest alfą i omegą i zależy od niego wszystko. Nie mając świadomości, że to My trzymamy ich w garści. Przy tym są cholernie niedojrzali i wielokrotnie zachowują się jak mali chłopcy... Pewnie życia mi nie starczy na zastanawianie się nad tym.
Każda z nas "skazana" jest na pisanie pracy mgr po nocach gdy Dziecię śpi. Bo cały dzień z Dzieckiem, w między czasie dom, sprzątanie, pranie, gotowanie... Skutecznie i dość miarowo wyłamuje się z tego schematu. Choćby fakt, że potrafię zostawić Dziecko z Mężem na cały dzień i noc wyróżnia mnie z pośród rzeszy Matek. Tak bo na noc w sobotę nie wróciłam do domu. Byłam u rodziców, bo nie chciałam żeby ktoś specjalnie mnie zawoził do domu o godzinie 22:30. Każda z nas usiłuje funkcjonować sprawnie w domu, mnożąc się na wszystkie strony świata. I tak samo każda potrzebuje chwili - czasem chwila to za mało - by złapać oddech, nabrać dystansu, czy po prostu pobyć z kimś i rozmawiać o czymś innym niż co ma być na obiad. Oczywiście czujność z tyłu głowy nie znika nawet przebywając z dala od domu. Jednak ja nie dzwoniłam co chwilę, nawet co godzinę też nie. Wiedziałam gdzie i z kim przebywa mój najdroższy Skarb, nie bałam się że coś Jej grozi. Na drugi dzień wysłałam Męża z Córką do teściów a ja w spokoju pracowałam nad pracą mgr.

Całkowita czeluść nerwowości, napięcia, spięcia i myśli, że coś muszę a nie mogę - ulotniła się w kosmos. Frustracja, zmęczenie psychiczne - ustąpiło miejsca zmęczenia fizycznego. Fakt, że nie musiałam lecieć po zajęciach z jęzorem na brodzie by zdążyć na najwcześniejszy pks i w pośpiechu z napięciem wracać do domu dał mi spokój. I ten spokój we mnie został.

Nie jestem jedyna, niezastąpiona. Nie muszę przebywać z Dzieckiem w domu 24h na dobę przez 7 dni w tygodniu. Tatuś jest i chce czy nie chce musi się poczuwać do tej roli i musi tak MUSI potrafić zrobić przy Dziecku absolutnie wszystko. Nie musi robić tak jak ja - niech radzi sobie po swojemu. Dziecko w końcu nasyci się czasem spędzonym z Ojcem, bo z radości i obawy wisi na Nim non stop. A ja w końcu odpocznę! 

Dziś jest poniedziałek. Córka jest sobą a dzięki mojemu spokojowi - również spokojna. Widać rozłąka nie tylko mi dobrze zrobiła ale wszystkim przyniosła korzyści. Tacie też. Pierwszy raz od tygodnia Lenka ma drzemkę teraz w południe!