czwartek, 30 sierpnia 2012

System

Bycie hause manager wymaga jakiejkolwiek logiki w prowadzeniu domu. Można mieć plan ale on i tak nigdy nie jest pewny i weryfikuje go zachowanie Dziecka. Lenka jest dzieckiem wymagającym więc robienie czegokolwiek przy niej wymaga maksimum gimnastyki a jednocześnie musi być ograniczone do minimum przy jej aktywności. Najprościej idzie wstawianie prania i składanie. Prasowanie odpada, bo Lenka chce deskę i żelazko zabierać a także prasowane pranie. Codzienne sprzątanie to syzyfowa praca, bo i tak pierdolnik wraca na miejsce po 5 minutach. W ostatnim czasie musiałam pewne rzeczy zmienić, bo tryb życia Lenki wręcz wymagał wprowadzenia zmian.
 
Jest tylko jedna drzemka, która potrafi się pojawić dopiero o 16:30! Tak więc Dziecko moje Kochane lata od 7 do 16:30 a ja się dzisiątkuje żeby zrobić cokolwiek. Dziś padła o 13:30 i spała z przerwą o 14:15 do 15:30. Tak więc pory drzemek to jedna nie wiadoma a ja nie mam w zwyczaju usypiać na siłę o stałej porze dnia tylko Dziecko samo decyduje kiedy chce spać. 
 
1. Zdjęłam długi chodnik w części kuchennej, położyłam przy zlewie mały dywanik łazienkowy od babci (o dziwo nie gryzie w oczy). Dzięki temu nie muszę trzepać chodnika 5 razy  ciągu dnia, składać i rozkładać, zamiatać podłogi tyleż razy - tak więc roboty mniej.
2. Zabawki podzieliłam, na podłodze w pojemniku zostały książeczki i z 5 zabawek. - Mniej do rozwalania po mikro chałupie, mniej sprzątania. Reszta wylądowała w dużym kartonie, który wyciągam w ciągu dnia pakując Młodą do łóżeczka - mam 15 minut spokoju i niewiele bałaganu.
3. Pozwalam chodzić Lence samej po podwórku. Rowerek ją nudzi, w wózku też nie wysiedzi. Więc chodzi, za kotami, do pomieszczenia gospodarczego, dziś z uporem maniaka tarła pumeks o bagażnik roweru dziadka. Ja w tym czasie rozwieszam pranie a Ona kręci się obok mnie. Oczywiście mam ją cały czas na oku. Dziś o godzinie 19 chodziła po budowie, w której pracował tata z dziadkiem i była tak zaaferowana, że za nic w świecie nie chciała iść do domu.
4. Lenka je sama. Powiedzmy, że to BLW. Sadzam w foteliku podaje kanapki 2-3 jak zje to następne itd... w tym czasie ja jem, lub przygotowuje coś do obiadu. Zjada sama owoce, pakuję do miseczki całe maliny, borówki amerykańskie lub nektarynkę czy coś w tym stylu pokrojone na kawałki sama pałaszuje. Jak nie chce jeść obiadu - nie daję. Trudno. Wczoraj podałam na noc kaszkę na dobranoc babydream. Z 2 pobudek w nocy była jedna o 2:30. Jak będzie dziś? Zobaczymy. Więcej o jedzeniu  w osobnym poście :)
 
Prace domowe dzielę na dni tygodnia. Biorąc pod uwagę ograniczenia czasowe i marudność Dziecka stosuję taki system:
 
W poniedziałek gotuję obiad na 2 dni. Zazwyczaj zupę warzywną tak, by Lenka mogła zjeść z nami. Trzepanie chodników, zamiatanie (nie mam odkurzacza). (zdarza się to co dzień lub co 2 dzień w zależności od potrzeb)
We wtorek prasowanie.
W środę jesteśmy cały dzień poza domem.
W czwartek robię obiad też na 2 dni, zazwyczaj mięso z warzywami i sosem do tego makaron, ryż lub kasze i sprzątam łazienkę wraz z kuchnią.
W piątek sprzątam część pokojową i ganek.
W sobotę bywamy pół dnia poza domem więc zostaje mycie podłóg po powrocie do domu. (oczywiście zdarza się też w tygodniu w zależności od potrzeb)

Wiele rzeczy staram się robić na bierząco. Nie wyobrażam sobie jednak codziennego trzepania chodników i mycia podłóg. Nie mam manii czystości laboratoryjnej. Robię to wtedy gdy widzę, że trzeba co wychodzi na 2-3 razy w tygodniu. I tak nie jestem w stanie mieć idealnego porządku w domu więc powiedzmy, ze panuje w nim artystyczny nieład. Zwłaszcza, jak mąż wraca z pracy... Nie mówiąc o tym, że robienie jednej czynności 20 razy dziennie może doprowadzić na skraj wytrzymałości psychicznej lepiej dla spokoju ducha odpuścić... Kiedyś Dzieci nie będzie a porządek zostanie. :)
 
Jeszcze niedawno to co rozłożyłam na 3 dni robiłam jednego dnia. Przestawienie i zmiana toku myślenia kosztowała mnie trochę nerwów. Pogodzenie się z faktem zaistniałym to trudna sprawa. Nie wierzę, że każda mama przyjmuje gwałtowne zmiany z rytmie dziecka ze stoickim spokojem.

Wprowadziłam też kolejną żelazną zasadę. Gdy Lenka o 21 smacznie śpi ja już NIC nie robię. Mój mózg jest w stanie zawieszonym. Brak koncentracji a oczy się zamykają.
 

wtorek, 28 sierpnia 2012

Ja wiem..!

Że są matki wpatrzone w dzieci jak w obrazek.
Że cierpliwości mają nadto i nigdy im jej nie brakuje.
Że nie denerwują się przy dziecku i w ogóle.
Że nie przejmują się niczym.
Że siłę czerpią z codzienności.
Że nie męczy je rutyna.
Że każdy dzień z dzieckiem i kolejne są dla takiej matki błogostanem.
Że nie walczą ze sobą i swoimi potrzebami, których nie mogą zrealizować.
Że bez problemu swoje potrzeby przedkładają na potrzeby dziecka.




Moja mama była taką mamą, gdy urodziłam się ja. A byłam bardzo wymagającym, płaczącym i krzyczącym dzieckiem.

Dla mnie macierzyństwo nie było błogostanem. Wiele trudności sprawiało mi wiele prostych spraw.

Teraz jest łatwiej. I nie dlatego, że coś sobie uświadomiłam, że doznałam olśnienia czy nagle pokochałam codzienność. NIE! Poszłam do lekarza i powiedziałam, że wszystko mnie wkurwia bez powodu tak mocno, że chodzę wściekła kilka dni i nie jestem w stanie się uspokoić dopóki się nie rozedrę na kogoś (czyt. na męża). Dostałam magiczne tabletki, które rozjaśniają mi mózgownice, dzięki którym nie ciskam się, nie wpadam w złość, w płacz z byle powodu. Po których nie przerażają mnie drobnostki i nie boję się rano podnosić z łóżka. Po których nie martwię się i nie ciskam o to, że Dziecko marudzi, że nie chce jeść, że ucieka z gołą pupą przed pieluchą, że chce wisieć na mnie, że nie daje mi zrobić prostych czynności w domu. Oczywiście, że boli mnie bałagan w domu, który jest nie do ogarnięcia. Dalej cierpię męki, gdy nie mogę w spokoju ugotować obiadu. To, że nie mogą zrobić w spokoju tak prostych czynności sprawia, że czuję się jak człowiek niepełnosprawny i ograniczony do granic możliwości. Proste czynności sięgają rangi niemożliwych.
 
Wiem, że matka o której wspominam na początku nie przejmuje się takimi sprawami, ale nie jestem w stanie doprowadzić domu do syfu i nie wyobrażam sobie NIE sprzątania (nie mówię o zabawkach). A moje Dziecko śpi jak chce i kiedy chce. Wczoraj uraczyła mnie jedną godzinną drzemką... I sami powiedzcie, co można zrobić przez godzinę..?
 
A ja bardzo bym chciała wyjść z domu i pobyć sama. Nawet spotkać się z kimś na luzie bez Córki. Czy jest coś w tym złego, że pragnę czasu dla siebie? By mózg odseparować od codziennośći. Mam wrażenie, że pragnienie to jest tak ogromne i nawet nie zdaje sobię z tego sprawy. Nie wiem dlaczego są matki, które twierdzą, że jeśli mają dziecko to już świat dla nich nie istnieje. Rezygnują ze wszystko dla siebie by skupić uwagę tylko na dziecku. I nie wiem dlaczego, ludzie wciąż uważają, że jeśli zostaje się matką to jej absolutnym obowiązkiem jest wychowywanie dziecka i nic poza tym. Ja się z tym nie zgadzam. Uważam, ze matka ma prawo do czasu dla siebie. Nie ma nic złego w tym, by dziecko oddać w opiekę komuś z rodziny a czas ten poświęcić sobie (ja jeśli mam kogoś do pomocy latam po domu na szmacie jak wariatka) nawet na nic nie robieniu! Tylko, że to jest w naszym społeczeństwie niedopuszczalne. Bo przecież, jak matka nie pracuje to cały dzień leży do góry brzuchem i nic nie robi. Dla ogółu wychowywanie dziecka i prowadzenie domu to bułka z masłem, nic wielkiego a nawet bez znaczenia... Łatwiej wysłać znerwicowaną matkę do psychiatry, która codzinnie walczy o sprostanie wymagań otoczenia, niż pozwolić jej na pielęgnację duszy... Jest tyle wspaniałych mam, które nie mają odwagi dbać o siebie, bo to przecież egoizm a egoizm u matki jest niedopuszczalny... Bo jak matka jest zadbana, to na pewno dziecko ma rozwydrzone albo ekpię pomocniczą... Lubię dbać o siebie i bezczelnie domagam się czasu dla siebie i jeśli nikogo to nie obchodzi to stawiam osobę przed faktem dokonanym.
 
 
Lena bierze buty moje albo taty, przynosi do łóżka (!) by wyjść z nią na podwórko. Moje buty darzy szczególnym uwielbieniem... wyciąga codziennie po 5 razy, zakłada sobie, przynosi mi żebym mierzyła...
 



A potem mi wszystko opowiada...
 


poniedziałek, 27 sierpnia 2012

Aktualizacja wirus usunięty!!!

Na blogu, wiem o nim i jestem w trakcie usuwania...!

Pojawił się niezależnie ode mnie, wiem skąd jest ale nie chce pisać publicznie bo nóż w kieszeni się otwiera...

Wirus został usunięty wszystko powinno być w porządku :) Dziękuję za pomoc Agnieszce i jej mężowi bo sama bym usunęła bloga.

czwartek, 23 sierpnia 2012

Dieta roczniaka.

Jako, że w domu mam roczne, chodząco-biegające Dziecię oprócz rewolucji rozwojowej przeszłyśmy rewolucję jedzeniową. Nie gotuję papek o ile w natarciu brak zębów wtedy czasem miksuje ale nie za każdym razem. Do lamusa odchodzi kaszka z owocami, tę podaje 1-2 razy w tygodniu. Fantastycznie idzie Lence samodzielne jedzenie, powiedzmy że to blw w naszym wykonaniu.
 
Jeśli Lenka budzi się w nocy głodna, dostaje mleko z kleikiem ryżowym lub kukurydzianym (tak ok. 2-3 w nocy). Potem budzi się ok 7 rano i dostaje jogurt jogobella lub serek danio. Jeśli w nocy nie ma pobudki na mleko, to dostaje je rano o 6-7 a jogurtu lub serka nie.
 
ok 11-12 Lenula je np. kanapki.  Kromkę chleba smaruję masłem i pasztetem z lidla Pikok. Odkrawam skórki jeśli są twarde (z reguły Lena je chlebek razowy pełnoziarnisty gdzie skórka jest twarda i ciężko idzie gryzienie), kroję na mini kanapeczki 1cm na 1cm i Lena sama je pałaszuje w między czasie daję też pomidora albo ogórka świeżego.
W tej porze również zjada jajko gotowane na twardo lub jajecznicę zagryzając oczywiście chlebkiem. Z wędlin najlepsza jest z kurczaka bo jest miękka i swietnie ją gryzie.
Czasem o tej porze daję kaszkę z owocami np. gdy jesteśmy poza domem. Robię kaszkę przed wyjściem z domu, daję np. jagody ze słoiczka i pakuję do słoiczka, do tego łyżeczkę w torbę i mogę nakarmić gdziekolwiek jesteśmy. Patent wypraktykowany latając po mieście.
 
Ok 14-15 daję Lence owoce. Wkładam do miseczki maliny, borówki amerykańskie, pokrojone jabłko i Mała sama je pałaszuje. To dobra przekąska przed obiadem, głód się schowa a jednocześnie nie napcha.
 
Ok 17-17:30 Lena je obiad. U nas taka pora, bo wtedy wraca tata z pracy a zależy mi na wspólnym jedzeniu. Na obiad jeśli mam zupę daję taką jak jemy my, rozdrabniam widelcem warzywka a mięsko kroję na kawałki. Daję też ugotowane ziemniaki z marchewką i parówkę. Daję też ugotowane warzywa z mięskiem na parze (delikatnie przyprawione) z makaronem lub ryżem czy inną kaszą. Generalnie staram się dawać to co nam o ile nie jest ostro lub mocno przyprawione.

Ok 20:30 gdy pora snu Lenka dostaje mleko z kaszką bobovity pełne ziarno. Na 270ml wody wsypuję 8 miarek mleka (przepisowo jest 10) i 4 miarki (takie jak od mleka) kaszki. :)
 
Ketchup i majonez już próbowany ;)
 
Do picia króluje kubuś rozwodniony 1:1. Z niekapka rozchwytywana jest woda niegazowana. Daję też soki z rossmana babydream również rozwodnione. Herbata jest niedobra, kompot też nie idzie choć próbuję regularnie podać ;)

A tak w ogóle to Lenusia skończyła przedwczoraj 13 miesięcy!!!

sobota, 18 sierpnia 2012

Zmiany uwielbiam zmiany!

W głowie miałam zupełnie inną wizję wyglądu bloga po zmianach które zaszły. Efekt przeszedł moje wyobrażenia! Tak wspaniała osobą jaką jest Sroka siłowała się z moją wyobraźnią (nie lubi fioletowego koloru więc nie było łatwo ;) a ja w międzyczasie zmieniłam koncepcję jednak podstaw się trzymałam:

Fiolet - to mój ulubiony kolor, połączenie różu (czerwieni) i niebieskiego, ciepła i zimna, ognia i wody  - czyli 2 żywiołów jakie we mnie drzemią, 2 przeciwności, sprzeczności.

Zieleń - czyli żólty z niebieskim - też połączenie 2 skrajności a jednocześnie koi nerwy.

Motyl - z poczwarki czyli brzydkiego stworzenia przeistacza się w tak cudowne (najcudowniejszy owad) stworzenie. W pięknym ciele żyje zaledwie pare dni a w swoim krótkim i pięknym życiu potrafi wywołać tornado a nawet tajfun!

Kalie (kalle) - moje ulubione kwiaty. Fioletowo-bakłażanowe niemal czarne kalie miałam w ślubnym bukiecie, które ciocia wplotła w kremowe róże. To właśnie bukiet ślubny stanowił podstawę wizji wyglądu bloga. To kwiaty które wielu ludziom kojarzą się ze śmiercią i pogrzebem a największą popularność zdobywają na ślubach! I tu skrajność. Bukiet możecie zobaczyć TU.

Dziękuję Ci Sroko ogromnie za tak cudowny, wspaniały wygląd. Za Twoją pracę i czas poświęcony. Bardzo baaardzo mnie uradowałaś :)))

Nie mogę przestać patrzeć na mojego bloga. Jestem dumna, dumna okrutnie. Tak jakby przemawiał z głębi... nieznanej głębi... A i tajemniczość też gdzieś przemyka... niejednoznaczność na pewno.
Uwielbiam zmiany o ile nie są one nagłe i gwałtowne. Latanie z meblami po mieszkaniu to standard choć teraz możliwości brak. Cyklicznie muszę zmieniać coś w moim otoczeniu. Każdego dnia muszę zrobić coś konkretnego/kreatywnego by czuć się dobrze. Nawet zrobienie obiadu to dla mnie wyzwanie i chcę by było w nim COŚ! Jeśli w moim życiu nie zachodzą cykliczne zmiany popadam w stagnację i wegetację. Żyje mi się bardzo markotnie i depresyjnie. Zmiana dla mnie to zastrzyk energii, odbicie się od dna i poszybowanie w górę; a także naładowanie akumulatorów. Zmiany dają mi pęd by biec dalej przed siebie..!


A teraz zapraszam do słuchania... Dead Can Dance - Amnesia







piątek, 17 sierpnia 2012

Bo tak jest.

Od kilku tygodni nie spędziłam z Lenką samej całego dnia jak to było do Jej roczku. Przez te tygodnie niemal codziennie przewija się ktoś przez naszą chałupę. M ma urlop który właśnie się kończy. Przez nasze choróbsko nigdzie nie wyjechaliśmy ja dziś dopiero na 90% czuje się na siłach a choroba pochłonęła część pieniędzy przeznaczonych na wyjazd... i tak 3 rok z rzędu lato minie a ja nie zobaczę ukochanego morza...

Są też oczywiście plusy tej sytuacji. Lenka spędziła duuuużo czasu z Tatą. Dziś tata powiedział, że chociaż urlop przeminął pod znakiem szpitala domowego to się cieszy tym czasem z Lenką. Lenula też potrzebowała nasycenia się Tatą, który zawsze przemyka... Zasypianie wieczorem we 3 to już obowiązek bo bez rodziców Lenusia nie zaśnie. Rano o 6:30-7 koniecznie do rodziców do łóżka i jeszcze drzemanie wspólne... Lenka tylko się turla i przeżuca szczerząc zębale od Taty do Mamy. Jak zaśnie to co i rusz sprawdza naszą obecność. A jak Mama z Tatą się przytulają to Dziecko aż piszczy z radości!

Przyszły tydzień to ciężka praca, bo będe kończyć swoją pracę mgr... W KOŃCU! Mama moja wzięła 2 dni urlopu żeby zająć się Lenusią a ja będe trzaskać w kompa. (Miałam pisać w tym tygodniu ale choroba) Mam nadzieję, że w końcu dobrnę do końca i tylko poprawki zostaną bo się chyba pochlastam.

 
Niedługo też zacznie się codzienność moja i Lenki. Widzę, że zmiany wokół trochę drażnią moje Dziecko i brakuje Jej tej stabilności, dni ze mną i stałości pór codziennych czynności. W czasie gdy Lenka czuła się lepiej a mnie rozłożyło totalnie Mała kompletnie sobie nie radziła. Lenka była tak rozbita nie mając pojęcia co się dzieje... Ja leżałam półprzytomna a Ona za wszelką cenę chciała bym się nią zajmowała. Robiła wszystko by przykuć mą uwagę a ja byłam do niczego. Pierwszy raz w życiu zdałam sobie sprawę z tego jak bardzo ważna jestem dla mojego Dziecka. Lena jest bardzo rozumnym Dzieckiem. Uwielbia mnie naśladować... wyciągać swoje i moje ubrania, moje i swoje buty i kazać zakładać, przymierzać, ściągać... brać szczotkę i zamiatać, walczyć o żelazko a jak stoję i zmywam w kuchni to siła mnie wygania! Nosi wszystkie torebki w domu, gdy się maluje walczy o kosmetyczkę i jej zawartość. Wie którymi się maluje i złości się, bo nie chcę jej dawać. Z telefonem przy uchu chodzi po domku w tę i z powrotem i gada jak najęta. Chce absolutnie wszystko to czego używam bądź dotykam ja. Jest to wspaniałe ale i uciążliwe. Szczotkę na kiju musiałam wynieść, absolutnie nie ma szans na uprasowanie czegokolwiek przy Dziecku. Czas drzemki to święto! Wtedy trzeba robić wszystko. Sprzątanie cotygodniowe muszę rozbić na 3 dni, bo nie da się wysprzątać całej chałupiny w ciągu 1,5h drzemki. Dlatego gdy Lena wierci się przez sen mi ściska się żołądek i drży moje ciało by broń Boże się nie obudziła! Bo sprzątanie, gotowanie i masa innych prozaicznie prostych rzeczy spędza sen z powiek... i jeśli nie w trakcie drzemki to po już nie ma szans... a nic tak nie doprowadza do szału jak nie dokończona robota... Może nie wkurwiać to raz, drugi ale 989038 raz totalnie wyprowadza z równowagi! Czasem czuję się tak okrutnie ograniczona wręcz niepełnosprawna, bo nie mogę w spokoju zrobić czegokolwiek. Wymaga to mnóstwa energii i cierpliwości a tej brak. Nawet cudowne pigułki na przywrócenie równowagi wewnętrznej nie posiadają mocy rozmnażania cierpliwości... A szkoda.

środa, 15 sierpnia 2012

Pochorobowo

Nie wiem od czego zacząć. Od zeszłej środy przez cały tydzień przeszliśmy armagedon przez atak na pearl harbor po bitwę warszawską (celowo z małych liter jako przenośnia).
Lenka chorowała od środy, kupy, gorączka (która trwała do czwartku 2 w nocy) bez wymiotów. Piła, jadła. Lekarka nas marnie potraktowała bo na wizycie dała skierowanie do szpitala nie mówiąc nic co dolega Pannie i jak mam postępować oprócz elektrolitów i probiotyków... W czwartek pojechaliśmy do 2 lekarza prywatnie. Powiedział, że to typowy wirus i podał jak prowadzić dietę... Tylko, że Lena miała gdzieś dietę i dawałam jej to co chciała. Piła wodę z glukozą, jadła paluszki słone i piła mleko z kleikiem ryżowym! Nic jej nie było! Najgorsze był odparzenia... Kupa ze żrącym kwasem i wirusami... powodowałą rany na które owszem pomagał krochmal, sudocrem ale kolejna kupa nawet przebrana natychmiast po zrobieniu powodowała powtórkę z koszmaru...

Mnie rozłożyło w sobotę... Jeszcze dzisiaj męczą mnie skurcze żołądka i jelit. Ale ja przeszłam chorobę gorzej niż Lena. Gorączka trzymała mnie do poniedziałku, latałam do wc niemal co chwilę. Cholerne skurcze żołądka, jelit promieniujące na cały organizm. Parcie które mi przypominało poród... Czułam się jak po operacji (wszystkie zrosty w brzuchu mnie napier...). Nic nie pomagało NIC! Nawet nie chce mi się wymieniać ile nagimnastykowaliśmy się przy tej chorobie. Ale to wirusy, przyszły zrobią swoje i pójdą w cholerę.

W domu był istny sajgon. Lena całą sobotę popłakiwała a ja nie byłam w stanie za chiny się nią zająć. 1 ciotka latała z Lenką, druga kręciła się po domu i przy mnie. Przy wzroście temperatury tak mną telepało, że paznokcie, usta i pod oczami miałam sine, a dłonie mi drętwiały, do tego drgawki... Schudłam z 5kg, spadło ze mnie wszystko a brzuch się niemal zapadł. Lenka też schudła bo mieści się w portki, które tydzień temu nie wchodziły na jej dupencje...

Pojęcia nie miałam, że gdy matka w domu choruje jest taki koszmar. Mąż nie potrafił ogarnąć chaosu. Sytuacja go przerastała, bo latanie do pracy (mimo urlopu), bo zająć się Małą, bo ogarnąć dom... Syf się zbierał w domu, bajzel nie z tej ziemi a ja cierpiałam i nie mogłam palcem kiwnąć. Masakra. Musiałam pupę smarować, pomagać przy myciu, ubieraniu... bo Lena miała po dziurki wszystkiego.

Dziś się wściekłam. Najpierw się poryczałam jak znowu zaczął się jazgot w brzuchu. Wzięłam osłonową tabletkę i ketonal. Pojechaliśmy do teściów. Zjadłam na obiad ziemniaki z surówką i kawałkiem mięsa na parze. A potem opchałam się chleba ze smalce, ogórkiem kiszonym i sałatką zimową w zalewie z octem i olejem...

I wiecie co? W wc nie byłam od uuuuuu, brzuch boli ale mniej... więc chyba pomogło! ;-P

piątek, 10 sierpnia 2012

Choróbsko.

Wirus męczy moje Kochane Dziecię.
Przed wczoraj najpierw pojawiła się temperatura ok. 39stopni (mamy termometr przykładany na czoło w pasku).
Potem jedna kupa, druga, trzecia, czwarta, piąta... i tak aż do 8!

Pognałyśmy do lekarza. Rejestrowałyśmy się przez telefon, miałyśmy być między 13:30 a 14. Dotarłyśmy o 13:50 a Doktor już za szczepienia się wzięła. Czekałyśmy 40 minut aż nas przyjmie, z pretensją że przychodzimy jak chcemy... Pokazałam jaka kupa bo akurat piąta z kolei była. A doktor nic nam nie powiedziała o co kaman tylko skierowanie do szpitala wypisała! Przepisała probiotyk i elektrolity...

Hola hola! Szpital to ostateczność. Młoda nie miała wymiotów, gorączkę z powodzeniem zbijałam panadolem w syropie, piła dużo i apetyt był w porządku. Wieczorem znowu pojawiła się temperatura, trochę ciotki zaczęły siać panikę, żebym pojechała do szpitala. Ale ja się bronię ręcami i nogami przed szpitalem. Nienawidzę szpitali a u nas jest wyjątkowo do dupy, bo lekarze w ogóle nie współpracują z ludźmi nie mówiąc o tym, że Młoda wyszłaby jeszcze chorsza niż zdrowsza...

Noc była w porządku z pobudką na picie i na mleko. Tak mleko dałam bo bez niego by nie zasnęła.

Wczoraj temperatury brak ale kup... nie wiem ile bo ponad 10! Ugotowałam rosołek i dałam z marchewką i kleikiem ryżowym Młoda jadła aż się uszy trzęsły. Niestety wieczorem tego nie powtórzyła.
Pognaliśmy do lekarza innego, prywatnie. Powiedział, że wirus i to typowy. Leczenie dietą i tak na prawdę samo przejdzie.

Żadnych owoców i warzyw, Żadnych soków, Żadnych koperków i innych rumianków, Jeśli mleko to zmniejszyć porcje z 3 do 2 i zagęścić kleikiem ryżowym a nie kaszą, Ugotować Marchwiankę i podawać do picia (na razie nietknięta niestety), Do picia wodę albo herbatę czarną, może być też ryż.

Niestety Młoda nic z powyższych nie chce, ja rwę sobie włosy z głowy. Przez ciągłe sranie odparzenie jest tak ogromne, że płaczę nad nią jak przebieram. Myć się nie chce, rozbierać, ubierać też. Ryczy, wyje a ja chodzę ze ściśniętym żołądkiem i nie wyrabiam. Kurwa mać!

poniedziałek, 6 sierpnia 2012

Wyższa szkoła jazdy.

Moje Dziecko skończyło Roczek ponad 2 tygodnie temu. Te ponad 2 tygodnie to istna rewolucja Dziecięca!

Lena chodzi, nauka trwała 3 tygodnie dzień w dzień ćwiczyła a jak chciała przyspieszyć to na czworakach. Teraz uczy się biegać. Już butami się nie bawi. Bierze buty, próbuje je włożyć w końcu przynosi je mnie i mam jej założyć by od razu wyjść na podwórko. Wczoraj przyniosła Tacie buty by ten poszedł z nią. Nie miał wyjścia...

Mamy już tylko jedną drzemkę w ciągu dnia! Ubolewam, bo czas na pracę mi się skurczył a Młoda chce ciągle na podwórku latać... więc dwoje się i troje a nawet dziesiątkuje!

Lena mówi, gada jak najęta! (Mama nie woła) Tata, Tatuś, Ko ko ko (kury), łou łou (pies), koi koi (kot), baba, dadek, Ka ka (kaja labradorka sąsiadów) i mnóstwo innych mniej zrozumiałych wyrażeń.

Kocha rowerek! Na rowerku spacer może trwać i trwać i nic nie przeszkadza. Chyba, że buty które dziś zdjęła w czasie spacerku i musiałyśmy zrobić powrót by je znaleźć... (udało się)

Bardzo się cieszyłam na myśl, ze ten rok mamy za sobą. Było wspaniale ale i trudno. Jednak te 2 tygodnie dały tak mocno do wiwatu jak nigdy. Po słodkim bobasie śladu nie ma. Mam kawał baby przed sobą. Dokładnie wie czego chce i bez problemu o tym komunikuje. Energii ma za całe stado, wręcz ją rozsadza. Nie pozwala mi robić wszystkiego a w zasadzie chce uczestniczyć we wszystkim (czyli diablić ile wlezie). Ostatnio pozbawiła kuchenkę gazową kurków zostały 2... Z impetem trzaska drzwiczkami od piekarnika z prędkością 10 uderzeń na 5 sekund! Uczepia się mojej nogi i wisi. Gdy próbuję zmyć naczycia pcha się pod nogi. Jak coś jest nie po jej myśli to szczypie albo chlapie z ręki (nie wiem skąd to ma bo nikt z nas tak nie robi), wpada w rozpacz i rzuca się na podłogę (bez walenia). Stroi się w sukienki, próbuje sama się ubierać i z wdziękiem słonicy zakłada torebkę na ramię! Gania muchy i wszystko co lata odgania ręką, marszczy czoło i mówi "sio!" (dziadek nauczył). Łapką na muchy też próbuje je tłuc. Bierze ścierkę i czyści komodę. Gąbką do zmywania naczyń myje podłogę, siebie a potem ją liże. Bierze szczotkę i szufelkę i podłogę zamiata.

Myje zęby 15 razy w ciągu dnia! Szczoteczką drapie dziąsła a pastę wyjada...

Nie nadążam!

piątek, 3 sierpnia 2012

Tańcząca na fundamentach.

Dużo się dzieje ostatnio. Mnóstwo szumu, ludzi przewijających się i cała gromada emocji. Emocji skrajnych. Był dzień gdzie było miło, spokojnie, przyjemnie i równie nerwowo, przykro, złoszcząco niemal krzycząco. Już od dawna robie wszystko by nie kłócić się przy Dziecku. Gdy iskrzy między mną a mężem wyganiam go z domu albo sama wychodzę. Najlepszym sposobem to ominięcie się zwłaszcza jak od samego czubka języka po jego koniec układa się stek złości, żalu i zmęczenia które ciągnie się w nieskończoność. Oboje jesteśmy DDA więc kłótnie są pełne emocji.

Żeby odciągnąć moje myśli i skupiając się na innych a jednocześnie nie dać się sprowokować i wciągnąć w bezsensowną dyskusje wkładam słuchawki w uszy i odpalam muzykę. Dookoła mam całe pole podwórka a w zasadzie mogłabym biegać po całej wsi. Niestety biegać nie mogę a w nocy nie chce mi się chodzić po rower.

Żeby odciąć się muszę się wyładować. Nie zawsze mam na to siły. A pewnego wieczoru, po dniu pełnym atrakcji i ciężkim wieczorze, gdy mąż czerwoniał z emocji i był bliski wybuchu wyszłam z impetem z domu trzaskając drzwiami. (uwielbiam trzaskać drzwiami!) Poszłam na pole, odpaliłam fajkę, muzykę i przy pełni księżyca, zaczęłam tańczyć. Tańczyłam dookoła, wlazłam na fundament naszego przyszłego domu i tańczyłam dookoła, baaa nawet śpiewałam! Oczyściłam się z gniewu i złości. Jednak po całej akcji trwającej prawie 2h aż padł telefon poszłam do domu. Umyłam się i padłam.

Mam gdzieś żale, złość i wszelkie inne uczucia. Nie znoszę wyładowywania się na drugiej osobie. Znosiłam to kiedyś i zarzekłam się, ze nie stworzę piekła Dziecku. Lubię czasem trafić na zdanie, że jeśli partnerzy się kłócą to norma i że dobrze wróży związkowi. Jestem zmęczona wszelkimi kryzysami i kłótniami po których i tak niewiele wynikało. Można inaczej stawiać na swoim :)