środa, 26 września 2012

Zdrowy dystans

Najbardziej do szczęśliwego życia potrzebuję dystansu. Nie mogę traktować dosłownie ludzi, rozmów, słów czy przeczytanych książek... Bo zaczynam chorować. Przez to całe zamieszanie wokół RB zaczęły nachodzić mnie myśli, że jestem złą matką bo nie potrafię skupiać się tylko i wyłącznie na potrzebach dziecka. Jest mi dobrze, bo jestem w stanie ogarniać kilka rzeczy na raz, bo mam podzielną uwagę i dzięki temu mi lżej.

Skończyłam pisać pracę magisterską. Dziś złożyłam w dziekanacie. Mnóstwo zżartych nerwów, bo jeszcze wczoraj nanosiłam poprawki w czym pomagała mi moja Mama i Mąż oczywiście. Ciężko jest pisać pracę u kogoś, kto wytyka błędy i nic poza tym. Żadnej podpowiedzi, wyjaśnienia bo o tłumaczeniu nie myślę ale o jakiejś wskazówce jak ma co wyglądać... Poza tym wskazywanie zmiennych i wskaźników w badanich jakościowych niemal nie istnieje! Niemal, bo musiałam je wykazać w mojej pracy... Te ostatnie dni były ciężkie. W poniedziałek miałam bardzo ciężki dzień. Po całym weekendzie ślęczenia nad poprawkami, Lenka była beze mnie... Cały poniedziałek płakała. Bo dla mojego Dziecka najważniejsza jestem ja. Mogę być obok ale mam być. Dziś spędziłam cały dzień poza domem. Mała była z moją Mamą, która wzięła specjalnie dzień wolny z pracy by zająć się Lenką. Lenula bawiła się świetnie a mimo to gdy wróciłam do domu nie zareagowała na mnie w ogóle... nie zawracała uwagi na mnie przez cały wieczór! Przed kąpaniem płakała ze zmęczenia i z braku mojej osoby w ciągu dnia. Mogę Jej nie nosić cały dzień, może nie chcieć się do mnie przytulać bo tak zajęta jest iż nie ma czasu... Ale mam być!

A ja potrzebuję oderwania od codzienności. Potrzebuję dystansu... odcięcia myśli, zajęcia głowy czymś zupełnie od czapy. Nawet nie myśleć o tym co się dzieje w domu a skupić na czymś zupełnie innym. To mnie ożywia, daję siły, wiarę i chęci, że to co robię na co dzień ma głęboki sens i jest najważniejsze!

Lada dzień zacznie się szkoła. Tak, bo zaczynam studia podyplomowe przygotowujące nauczycielskie... czyli zdobędę uprawnienia pedagogiczne. Na szczęście zajęcia będą niedaleko, odpadną dalekie wyjazdy i noce poza domem. Jednak będę między ludźmi, między dorosłymi, będe mogła rozmawiać o tym co kocham, co uwielbiam... niekoniecznie o Dziecku, domu i tym związanych rzeczach. Pragnę więcej niż dom i rodzina, pragnę się rozwijać... niestety w domu czuję się unieruchomiona, ograniczona... Dziecko uzupełnia we mnie mnóstwo pragnień i uczuć ale nie wszystkie... a ta reszta sama się nie dopełni. Po dłuższym pobycie w domu czuję się zakotwiczona. Nie jest mi z tym dobrze. Robi mi się niewygodnie, tak jakby coś mnie uwierało. Dzięki wyjściu poza dom, oswojeniu się z faktem, że jestem dalej niż bliżej... czuję się tak jakby ciężar codzienności ze mnie uchodził... z radością wracam do domu, biorę w ramiona ztęsknioną Córeczkę i próbuję nasycić jej zapachem... jej dotykiem... jej dziecięcą delikatnością... To jak jest ono dla mnie ważne odczuwam wtedy, gdy jestem poza jej zasięgiem. Mogę spojrzeć na moją codzienność z zupełnie innej perspektywy, stając obok. Dzięki temu dostrzegam to, co jest niewidzialne w życiu codziennym. Łapię dystans... widzę wspaniałość mojego Dziecka 10000000000000000000000000 razy mocniej i dochodzę do wniosku, że tak jest... dzięki mnie! Lenusia nie byłaby tak wyjątkowym, wspaniałym Dzieckiem gdyby nie ja... Moje poczucie własnej wartości rośnie i gnuśność odchodzi w dal... Cudowne uczucia tak cieżkie do przeżycia, gdy siedzi się w domu dzień w dzień non stop...

Potrzebuję dystansu od wszelkich teorii wychowaniowych, od wszelkiej mody wychowaniowej, od wszelkich matek próbujących ugłaskać mnie na siłę czy wręcz siłą... Zwariować można!
Jak moje Dziecko płacze, to płaczę ale do cholery nie zawsze jestem w stanie rzucić wszystko i lecieć biegiem do niej... gdybym tak robiła zawsze Ona by to szybko wykorzystała przeciwko mnie i używała płaczu jako wymuszenia na wszystko co chce... Mam dystans do Jej płaczu i płacze wtedy kiedy jej coś przeszkadza, dolega! Nie ma płaczu bez powodu...!

Jeszcze tydzień temu miałam obawy przed zostawieniem Lenki poza domem beze mnie. Częściowo słusznie a częściowo nie. Świetnie się bawi z ciocią, babcią i jest jej dobrze.... tylko szkoda, że mnie tam nie ma!

Dziś zaregowała na mnie po 3h od powrotu do domu... taka jest uparta!

Będąc wiele kilometrów od domu, najcudowniejsza jest myśl, że w nim właśnie, czeka to cudowne, jedyne, upragnione Dziecko...



niedziela, 23 września 2012

W zgodzie ze sobą

Z naszymi dziećmi łączy nas mnóstwo. Wbrew pozorom nasze potrzeby nie są tak zróżnicowane. Jednak jest jedna zasadnicza sprawa, która nas różni od dziecka. To poczucie własnej wartości. Dziecku buduje się poczucie własnej wartości od narodzin do 3-4 roku życia. Moje poczucie własnej wartości to, żniwo z tych pierwszych lat życia. Poczucie wartości w moim przypadku to sinusoida, która z biegiem lat ewoluowała. Dziś jestem na równej stopie z poczuciem własnej wartości. Nie nienawidzę siebie jak kiedyś, nie wielbię siebie jak to innym się wydaję. Akceptuje siebie taką jaka jestem.

Droga do akceptacji była bardzo pogmatwana ale udało się a to najważniejsze. Kiedyś postanowiłam wziąć się za uporządkowanie mojej chaotycznej przeszłości. Miałam szczęście. Znacznie wcześniej trafiłam do świetnego psychologa, postanowiłam wrócić do niego. To on pokierował mną tak, że znalazłam się na grupowej terapii DDA. W międzyczasie pisałam pracę licencjacką o ADHD dzięki czemu doskonale rozłożyłam moją nadpobudliwość na części pierwsze, przeanalizowałam od A do Z i zebrałam w całość. Z czasem nauczyłam się z nim żyć. Ten sam psycholog w jednym z trudniejszych momentów mojego życia zasugerował wizytę u psychiatry. Powiedział bardzo proste zdanie. ADHD, DDA, obecna sytuacja w jakiej się znajdowałam nałożyło się na karb depresji i nerwicy. W zasadzie z nerwicą żyłam od dziecka, depresja szła w parze. (studiując literaturę o ADHD dowiedziałam się, że mój mózg niezbyt sprawnie radzi sobie z dopaminą co ma duży wpływ na depresje a wiąże się to z tym, że wiele osób mających ADHD jednocześnie zmaga się z depresją co potwierdził lekarz psychiatra)Zdołałam wziąć jedno opakowanie leków i na całe szczęście nie poszłam po następne, bo za pare miesięcy byłam w ciąży. Leczenie miało trwać minimum pół roku a co się odwlecze... Rozpracowanie siebie samej było i jest trudne. Wciąż docieram do nieznanych i zapomnianych zakamarków mojej duszy. Zrozumienie mechanizmów własnych zachowań i postępowań to podstawa do funkcjonowania w zgodzie ze sobą. Można wypierać się samego siebie, żyć w niezgodzie, buntując się przeciwko siebie samemu i wszystkich dookoła. Zatruwa się własne i innych życie. Spotkałam mnóstwo takich osób! Terapeutka na grupie DDA bardzo często nam powtarzała, ze terapia to ogromny krok do przodu ale nauka i praca nad sobą trwa całe życie. To jest absolutnie święta racja. Ludzie mają bardzo radykalne podejście do lekarzy psychiatrów. Uważają, że leczą tylko wariatów, przepisują psychotropy a każdy kto wybiera się do tego specjalisty jest nienormalny. Czy można być normalnym i korzystać z pomocy psychiatry? Można. I to nie prawda, że psychiatra przepisuje tylko i wyłącznia psychotropy. Jestem przykładem osoby, która otrzymała od lekarza psychiatry receptę na leki, które nie są psychotropami, które nie otumaniają i nie przynoszą innych sławiennych skutków ubocznych. Ba! Niewielka dawka leków na tyle usprawniła funkcjonowanie mojego mózgu, że nie muszę brać ich stale i w pełnej dawce. Kolejna kwestia to podejście, że należy radzić sobie samemu! Nosz kurwa! Bo nie trzeba z nikim rozmawiać o problemach. Wystarczy przeczytać stos książek, przeprowadzić analizę na samym sobie i heja do przodu! Moja cudowna terapeutka, psycholog i wykładowcy na uczelni powtarzali to samo: "Nie należy przeprowadzać autoanalizy na sobie i innych bo to sieje ogromne spustoszenie i przynosi koszmarne szkody." Rodzina mojego męża była w szoku, że jak to byłam psychiatry? A co miałam iść do lekarza rodzinnego po leki uspokajające po których spałabym całymi dniami? Wolałam iść do specjalisty i trafiłam wspaniale. Zaburzone wydzielanie serotoniny, które jest główną przyczyną depresji nie poprawi się poprzez przeczytanie książek czy stosowanie wszelkich sposobów na poprawę nastroju. Jak teraz nigdy do tej pory mój mózg nie miał takiej jasności w myśleniu. Z dnia na dzień odzyskuję panowanie nad sobą. Niewytłumaczalny lęk i niepokój znika z dnia na dzień, nawet jeśli się pojawia to umiem sobie z nim poradzić co jeszcze niedawno było niemożliwe. Nerwy trzymam na wodzy, bo już byle drobnostka nie wyprowadza mnie z równowagi i potrafię się uspokoić. Powiem więcej, te problemy nie miały żadnego związku z niezaspokojonymi potrzebami. Te dolegliwości to wypadkowa wielu niesprzyjających wydarzeń i zaburzonej pracy chemicznej mózgu.

 Jest mi dobrze i jedna rzecz jakiej najbardziej pragnę na świecie to być sobą taką jak zawsze chciałam być. Uwalniajac się od wszelkich ograniczeń z dnia na dzień, staje się to coraz bardziej realne. Mam bardzo duże doświadczenie życiowe dzięki któremu w wielu sferach życiowych osiągnęłam dojrzałość. Nie zmienia się fakt, że mimo iż moje ADHD przez te wszystkie lata ewoulowało nie zniknęło i mimo wszystkiego raz na jakiś czas muszę wyprowadzać je na spacer, by dać mu wyszaleć...

środa, 19 września 2012

Ekspertka

Kto może mianować się ekspertem od wychowywania, zajmowania, opieki nad dzieckiem? Sklepowe półki uginają się od poradników dotyczących wychowania dzieci. Autorzy to zazwyczaj rodzice dziecka lub kilku dzieci, wykształceni z kierunku pedagogicznym lub/i psychologicznym z jakimś doświadczeniem zawodowym. Ale czy to wystarczy by uważać się za eksperta i pouczać innych rodziców? Czy autorzy przeprowadzali badania na grupach dzieci? Czy wysuwali wnioski na podstawie własnych doświadczeń?
 
Nie wiem jak odpowiedzieć na te pytania. Ostatnio sięgnęłam po sławienną ksiązkę Agnieszki Stein i utknęłam na 70... tej którejś stronie i za nic nie mogę brnąć dalej. Z jednej strony autorka opisuje oczywiste oczywistości, banalne jak budowa cepa i proste jak drut. Z drugiej strony mam wrażenie, że odnoszą się tylko do bliżej nieokreślonej grupy dzieci raczej spokojnych, bez problemowych a także do rodziców bez nerwic, adhd i innych przypadłości. Być może w dalszej części książki jest mowa o w/w grupie jednak początek nie zachęca do dalszego czytania. Zauważyłam też brak obiektywizmu gdyż autorka jest matką jednego dziecka i w moim odczuciu to co zawarła ciężko odnieść do rodziców posiadających więcej niż jedno dziecko. I niestety nie zgadzam się, z tym że najważniejsza rola rodzica to skupianie się na potrzebach dziecka. Rodzic ma własne potrzeby, nie może przekładać życia dziecka ponad swoje i ponad siebie samego. Na pewno ja tak nie potrafię i wiele innych rodziców/matek które znam.
 
Kolejna kwestia, która drażni mnie to wszelkie ekspertki od ciąż, karmienia, wychowywania, pouczania... Matka, która nie mając pojęcia o macierzyństwie zachodzi w ciąże i wie absolutnie wszystko i jest w stanie każdą kobietę w ciąży pouczać bazując na swoim przykładzie i doświadczeniu... Tak samo się dzieje po urodzeniu - ba przeżyła poród i na jego temat wie absolutnie wszystko i każdą przyszłą matkę potrafi wyedukować w kwestii porodu, doradzić lepiej niż położna w szkole rodzenia. Niemal identycznie dzieje się gdy staje się szczęśliwą Mamą. Wtedy  dzieje się armegedon. Matka pozjadała wszystkie rozumy, mając dziecko zna się na dzieciach - bo jakby inaczej przecież najlepiej wie jak pielęgnować i wychowywać. Ona czyni to niemal ze znanym tylko sobie kodeksem i uważa, że każdy powinien a nawet musi postępować tak samo, bo jeśli nie to... dopiero się dzieje! Takiej matce nie można zwrócić jakiejkolwiek uwagi, bo spuchnie i wybuchnie! Taka matka uczepi się każdego szczegółu u drugiego dziecka i jego rodzica robiącego inaczej. Każde zachowanie/postępowanie wedle jej oceny negatywnego, woła o pomstę do nieba i zakrawa o patologię. Nie mieści się w jej mikro wyobraźni. Krytykuje i osądza ale siebie uważa za ideał. Cieszę się, że zostałam obdarzona wyobraźnią, empatią i nie reaguje jak nawiedzona na każdy przejaw negatywnych na pierwszy rzut oka zachowań u osób trzecich...
 
Więc ja się pytam jakim cudem?! Świeżo upieczona matka ma prawo pouczać mnie w kwestii mojego dziecka? Byłam w ciąży, urodziłam, mam dziecko, studiowałam pedagogikę 5 lat... Mogę uważać się za eksperta w kwestii mojej Córki ale mimo to, czasem nie wiem jak zaregować gdy dziecko mnie zaskakuje daną sytuacją. Mogę uważać się za eksperta w wychowywaniu bo studiowałam na wydziale nauk o wychowaniu. Nie uważam się za ekspertkę więc nie pouczam innych matek, nie doradzam innym matkom, nie zwracam uwagi... Mogę podzielić się swoją wiedzą, własnym przykładem i mojej Córeczki i nie interesuje mnie czy dany słuchacz/czytelnik weźmie to do siebie. Jest to sprawą absolutnie indywidaulną. Lubię pisać o problemach bo jeśli o nich myślę, piszę, dzielę się - robię to po to by znaleźć rozwiązanie. A nóż ktoś miał podobnie i znalazł rewelacyjny sposób, który nie musi się sprawdzić ale zainspiruje do dalszych poszukiwań.
 
Pragnę szczęścia i radości mojej ukochanej Córeńki. Żaden poradnik, pedagog, psycholog, terapeuta, lekarz, matka, ciotka, babcia - nie są w stanie zapewnić więcej niż ja. To ze mną Lenka spędza każdy dzień, to ja ją uczę poznawać świat, pomagam jej, pozwalam się rozwijać. Nie porównwywałam nigdy Lenki do innych dzieci a siebie do innych matek. Wkurza mnie nadopiekuńczość i matki kwoki koktające nad dziećmi, bo to nie pozwala dzieciom swobodnie się rozwijać. Tak samo krzyczące i nerwowe matki. Choć do tych mi bliżej, bo ja też czasem krzyknę i nerwowa jestem. I co mam się pochlastać z tego powodu? To ja muszę stanąć na wysokości zadania i zrobić wszystko by moje Dziecko było szczęśliwe i uśmiechało się codziennie. Skupiam się na Córce i na sobie, nie na innych... Dlatego mając świadomość mojego zachowania i wpływu na Lenkę rzuciłam w kąt wszystkie teksty o potrzebach i poszłam do lekarza. Wiedziałam, że na mój mózg nie wpłynie porada ekspertki o tym, że muszę skupiać się na dziecku bo chodziłabym po ścianach. Teraz mogłabym wszystkim znerwicowanym matkom wpajać do głów, że powinny się leczyć bo to odbija się na ich dzieciach a także ich zdrowiu. Róbcie co chcecie ja Was nie zbawię :)

poniedziałek, 17 września 2012

Wykopki

Nie pamiętam kiedy pierwszy raz byłam na wykopkach. Na pewno były onr u mojej babci. Od 6 lat co roku organizujemy się i zbieramy ziemniaki, swoje, własne, ekologiczne. Zbiory są różnie, w zależności od tego jaka jest wiosna i lato. Przez jakieś 3 lata każdej wiosny S. miał wątpliwości... sadzić czy nie sadzić. 6 lat temu gdy pierwszy raz zbieraliśmy z obecną ekipą wokół nas jeszcze 2 sąsiadów zbierało. W minioną sobotę tylko my... Od początku zbieram ja i moje siostra. Pierwsze wykopki były z dziadkiem ale dziadka zdrowie już nie pozwala na taką pracę. Do ubiegłego roku zbierała moja mama ale jej kręgosłup się nie nadaję. Od 2 lat zbiera z nami moja młodsza siostra. S. tylko lata wokół i do traktora by rozkopać kolejne redliny. W tym roku moja mama opiekowała się Lenką. M. murował. S. latał z traktorem, rozpalał ognicho i pomagał M. Zbierałyśmy we 3 i ciocia M z synem.
Mamy żelazne zasady.
 
Co roku chcemy zbierać od 11 a zawsze na polu znajdujemy się ok 13-14 i kończymy o 18.
(Chyba, że ziemniaków jest tak mało że po 1h jest koniec jak to było 2 lata temu).
Zawsze mamy pogodę wietrzną z przejściowym słońcem.
Zawsze ubieramy te same ciuchy - zupełnie jakby czas nie mijał, koło się zatoczyło, jakby się nic nie działo w między czasie. ( w tym roku młoda sis ubrała się w ciuchy mamy)
Zawsze w połowie roboty mamy dość ziemi i ziemniaków.
Zawsze klniemy, słuchamy muzyki z komórki i śmiejemy się jak durnie do ziemi i ziemniaków.
Zawsze przerabiamy wszystkie style gimnastyki przyziemniej.
Zawsze drzemy się jak trafimy na "maciorę" (czyli stary, rozlazły fuuuj, bleee, ochydny ziemniak)
Zawsze ziemię mamy niemal wszędzie m.in w uszach i nosie.
Zawsze osoba dyżurująca, któa nie może zbierać organizuje UCZTĘ!
 
 
UCZTA czyli - mega ognicho, full kiełbasy, pieczone ziemniaki i woda cebulowa. Przy żadnym grillu, ognisku absolutnie nigdy indziej kiełbasa i pieczony ziemniak nie ma takiego smaku.
W tym roku Lenka wyjadała cebule z kubków po wodzie. Karmiła nas pomidorami i chciała wszystkie kubki i chlebek rozwalać. Częstowała ketchupem i musztardą. A w przyszłym roku będzie miała swoje wiaderko, kalosze i również tarzać w ziemi.
 
To jest tradycja, tradycja która ginie. U babci ziemniaków już nie ma. Sąsiedzi też nie sadzą. A budowlańcy z domu nieopodal patrzyli na nas jak na bandę wariatów bawiących się w ziemi... Nam nie chodzi o tradycje. Uprawa nie jest trudna, nie skomplikowana. S. nie ma wątpliwości czy sadzić bo pałeczkę przejmiemy my z M. A na chętnych do pracy nie narzekamy :) W zamian dostają... ziemniaki :)
 
Po robocie wieczorem gdy pada się na twarz, leżąc już w łóżku... zamykając oczy... widzę ziemniaka w ziemi!
 


czwartek, 13 września 2012

Jak to możliwe...?

 

Że wylegując się z w piżamie z Lenką do 10 nie mam wyrzutów sumienia i stresu, ze coś dziś muszę zrobić?



Bo w ogóle stres na każdym kroku przestał istnieć.
Bo spędzanie czasu z Dzieckiem daje mi RADOŚĆ!
Bo mam siły i czas by wychodzić na spacery 3 razy dziennie
Bo pozwalam Dziecku bawić się z kotami i psem sąsiadów a ja w tym czasie ogarniam przestrzeń
Bo wstawanie rano z łóżka to nie problem
Bo wielkie gówniane problemy TEŻ przestały istnieć.
Bo na spacerze się śmieje choć pokonuję tę samą trasę codziennie
Bo Dziecko zasypia w dzień i śpi
Bo w końcu znalazłam chwilę by porządkować w szafkach w kuchni
Bo wstyd poszedł w cholerę
Bo lęki zniknęły jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki
Bo jak się wkurwiam to trwa to chwilę
Bo nie wyżywam się na otoczeniu
Bo nie chodzę jak bomba zegarowa
Bo mobilizacja do zrobienia czegokolwiek trwa ułamek sekundy


Nie zadręczam wewnętrzną niemocą.
Nie zadręczam bezsilnością wobec siebie samej.
Nie zadręczam otoczenia.
Nie zadręczam brakiem sił.

Nie muszę sobie niczego wmawiać.
Nie muszę się do niczego zmuszać.
Nie muszę działać wbrew siebie samej.
Nic nie muszę...

Codzienność to nie walka o przetrwanie
Codzienność to nie zmęczenie
Codzienność to nie wyczerpanie
Codzienność to nie wypalenie
Codzienność to nie rozpacz
Codzienność to nie strach
Codzienność to nie irytacja
Codzienność to nie obawa i lęk
Codzienność to nie ciągły niepokój

Wyrwałam się z otchłani
Wyrwałam się z obawy
Wyrwałam się z irraconalizmu
Wyrwałam się z koszmaru
Wyrwałam się z horroru
Wyrwałam się z piekła...

Nie zastanawiam się dlaczego.
Nie muszę pytać dlaczego.
Wiem, bo dotyka to miliony...
Tylko ten wstyd... paraliżuje przed przyznaniem się...
Nie chodzi o problem
Chodzi o panowanie nad sobą
To JA jestem panią swojego losu a nie...
No właśnie jak to nazwać?
Ktoś wie? Jak zebrać w jedno słowo całość tej otchłani, w której tkwią miliony...
Nie jestem jedyna.



Jedyna jestem, bo o tym mówię, piszę
W dupie mam brak zrozumienia
W dupie mam co pomyślą inni
W sercu i głowie mam TE miliony...
Zagubione sieroty jak ja niedawno jeszcze...
Które tkwią w marnotrawnym stanie...

Po co tracić czas
Po co bez sensu cierpieć
Po co mają cierpieć bliscy
Po co tracić nerwy
Po co rozpaczać
Po co udawać
Po co oszukiwać
Po co kłamać
Po co wmawiać sobie, że nia ma czasu
Po co tłumaczyć, że TO nie istnieje

Takie bagienko
Przeszłość w kupie
Te same myśli
Te same pytania
Te same uczucia
Błędne koło...

U mnie już nie!

 

wtorek, 11 września 2012

Dentka

Dziś był mega nerowy dzień a ja jestem jak dentka.

Od wczoraj miałam stresa, bo dziś zaległe roczkowe szczepienie.
Lenka wstała lewą nogą. Cały dzień chodziła "wkurwiona". Wszystko przez moje durne nerwy.
Ciśnienie mi rośnie, bo poprawiam pracę mgr i jeszcze jej nie złożyłam...
Szczepienie Lenka zniosła zdumiewająco. 0 reakcji. żadnego płaczu, histerii, jęku, nic.
Chodziłyśmy po mieście 3h. Zaczął się bunt. I tak trwał dłuuuugo.
Drzemka dopiero o 17. Bez obiadu, padła ze złością na buźce.
A ja musiałam poprawiać pracę, nerw jak 150. A leki choć wzięłam za wczasu rano z domu, wpierniczyłam i nerw nie opuścił mnie.
Tragedia, gdy człowieka dopada ciśnienie, mega nerw, trzęsie się i za chiny, rosje i polskę nie może się uspokoić.
Lenka mój radarek, chłonie jak gąbka moje nastroje zanim jas się zorientuję o co kaman.
Do domur wróciliśmy przed 20. Lenka miała oczy przekrwione ze zmęcznia, stresów i nadmiaru emocji i głodu... Przy kąpieli wpadła w histerię, bo ja durna zapomniałam o szczepionce i podrażniłam miejsce wkłócia..

Była na mnie wściekła. Nie dała się ubrać, dotknąć nic. Zadzwoniłam po M i udało się...

Na szczęście jutro jesteśmy w domu. I będzie dobrze!

sobota, 8 września 2012

Nowa miłość Lenki

Dostaliśmy spacerówkę. Pani powiedziała, że za uśmiech :))) Więc cieszymy się od ucha do ucha. Spacerówka jest po jednym dziecku, które ma obecnie 13 lat! Leżała przez te wszystkie lata na strychu aż trafiła do nas. Obawiałam się jakiegoś rzęcha a tu miła niespodzianka! Wózek jest świetnej jakości, nie trzęsie się, nie lata w nim wszystko, nie skrzypi. Jest ładny, fajny i tak wygodny, że Lenka zakochała się w nim bez pamięci! Rowerek już ni istnieje dla niej. Gdy wychodzi z domu od razu biegnie do pomieszczenia gospodarczego by wyciągnąć wózek, woła by ją natychmiast posadzić i można wozić, wozić i wozić. Lenka sobie podśpiewuje, śmieje się i raduje niesamowicie. Wypróbowałam go na wiejskich drogach, na kępach trawy, na wybojach, na tonach piaskowych... sprawdza się wspaniale. Dziś woziłyśmy się po mieście. Pojęcia nie miałam, że taka radość nastanie po zmianie wózka, który w dodatku był prezentem w ciemno. Mam też ochraniacz na nóżki ale nie wiem jak go zainstalować :P Minusem jest brak koszyka na zakupy ale zaopatrzymy się w siatkę (dziś nigdzie nie było) i myślę o dokupieniu folii przeciwdeszczowej.
 

 
 
 
Jesień niemal za pasem a co za tym idzie więcej deszczowych dni. Pierwszą przymiarkę kaloszy mamy za sobą. Lenka zaciekawiona z entuzjazmem podeszła do nowych bucików. Najważniejsze, że są czerwone!
 

 
 
Po niedzieli ruszamy na zakupy do lidla! Obowiązkowo musimy Lenkę zaopatrzyć w strój przeciwdeszczowy ;)
 
 

 


czwartek, 6 września 2012

Nerwy.


 
 
Nie wiem jak jest z innymi dziećmi, ponoć jest tak samo, że są silnie związane z matkami. Od narodzin Lenki widziałam jak moje nerwy oddziaływują na nią samą. To niesamowite jak fakt, że nie okazując złości a mając ściśnięty żołądek Lenka od razu jest niespokojna. Nigdy nie mogłam powiedzieć, że Córka jest zła, niegrzeczna, rozdarta, złośliwa czy inne tego typu historie powszechne od rodziców dzieci, które nie zachowują się pozytywnie. Inaczej nie umiem tego nazwać, bo są zachowania pozytywne i negatywne. Nie mogę powiedzieć, że Lenka jest niedobra tylko, że przeżywa negatywne emocje i zachowuje się adekwatnie do nich. Co więcej zawsze powtarzałam, że dla mnie siedzenie z Dzieckiem w domu to katorga i męki. Ale Dziecko? Zawsze było wspaniałe. Kilka miesięcy przed ciążą zdiagnozowano u mnie depresje z nerwicą, której nie doleczyłam. W ciąży mózg miałam zaciążony i choć pełna obaw starałam się myśleć pozytywnie. Po urodzeniu nie wiedziałam co się ze mną dzieje, byłam w bardzo złym stanie, roztrzęsiona, przerażona i rozryczana. Ciągłe problemy z cyckami i karmieniem doprowadziły mnie na skraj wytrzymałości psychicznej. Po odstawieniu było lepiej, nasze życie zaczęło się układać ale przyszły stresy związane z pisaniem pracy mgr i oprócz złych momentów zaczął się bardzo zły dłuuugi moment. Cykle wariowały, hormony też więc zaczęłam szukać pomocy. Trudno było mi dostrzegać moje negatywne zachowanie, te przeglądałam w Lence. Obserwując ją wiedziałam, czułam że to co się z nią dzieje jest z mojego powodu. Gdy karmiłam piersią będąc w ciągu czarnej dupy Lenka przeżywała to równie źle. Wysysała moje emocje. Dzięki odstawieniu było lepiej, bo aż tak nie oddziaływałam na nią. Mimo ciągłego przebywania razem, tulenia i całowania było lepiej. Wiele razy mówiłam, że w moim przypadku odstawienie od cycka w których mleka i tak brakowało a wszystkie sposoby na rozmnożenie nie działały - uratowały moje macierzyństwo i relacje z Córką. Żałuję tylko tego, że nie zdecydowałam się na wizytę u lekarza od magicznych pigułek wcześniej. Bo dopiero po wizycie i braniu tabletek od kilku tygodni, gdy mózg zaczął wracać na miejsce i "trzeźwieć" z wieloletniej depresji i nerwicy zdałam sobie sprawę, że to co działo się ze mną po porodzie to nic innego jak depresja poporodowa. Cieszę się, że wyszłam z niej częściowo i jako tako zebrałam w garść, cieszę się bardziej bo teraz mam inne życie... Śmieszy mnie czytanie wszelkich poradników, chodzenie do psychologa czy terapeuty w takim momencie w jakim byłam przed wizytą u lekarki. Bo tego też próbowałam, baa ja próbowałam wszystkich sposobów by osiągnąć względny spokój. Ale na zaburzone wydzielanie serotniny w móżgu nie pomogą książki, rozmowa z drugim człowiekiem czy uciekanie z domu. Trzeba się wspomóc i nie chodzi o psychotropy, bo mi wystarczają normalne, łagodne leki antydepresyjne i obniżające napięcie nerwowe.
 
Dziś po wszystkich przebytych trudach i mogę śmiało powiedzieć, że jestem szczęśliwą Mamą, szczęsliwej Córki. Codzienność nie jest takim utrapieniem a rano wstaję z chęcią bez obaw i lęków. Nie mam żadnych wyrzutów związanych z codziennym przebywaniem z Dzieckiem. Nie rośnie we mnie frustracja związana z rutyną codzienności. Jestem lepiej zorganizowana i odnalazłam zakopany w sobie spokój. Cierpliwości nie rozmnożyłam ale dzięki spokojowi nie tracę jej w mgnieniu oka. Bzdurami się nie przejmuje - wręcz nie zwracam na wiele rzeczy uwagi. Dopełnieniem kuracji było wyjście na tańce w sobotę. Wywaliłam z siebie wszystko co się działo przez bardzo długi czas. Na tyle, że nie spieszy mi się do rozstań z Córką. Wcześniej nie mogłam się doczekać wypadu poza dom a teraz... jest mi dobrze z tym co mam. Do ideału mojego stanu jeszcze daleko, ważne że odczuwam różnicę ja i najbliższe otoczenie. Mogłabym stwierdzić, że ostatnie dni z Lenką to sielanka, tak spokojnego, ugodowego i pozytywnego Dziecka w życiu nie spotkałam! Jest tak wyjątkowa, że mogę się rozpływać nad nią godzinami. Nawet teraz gdy Lence wyżynają się górne kły znosi to znacznie lepiej niż do tej pory. Bo ja wpadałam w nerówkę, że Lenka cierpi i nakręcałyśmy się nawzajem. Ja jej ząbkowaniem, Ona moimi nerwami. Nie drażni mnie, gdy Lenka wdrapuje się na mnie i ze spokojem przerywam dane zajęcie by wziąć ją na ręce i utulić.
 
Moja walka o spokój ducha była długa i trudna. Wszystko widziałam w zachowaniu Córci. Powtarzanie, że sama sobie poradzę lub szukanie wentyla bezpieczeństwa dookoła gdzie i tak go nie było - to walka z wiatrakami, która napędzała kolejne frustracje do tego stopnia, ze byle gówno wyprowadzało mnie z równowagi na wiele tygodni. Urosłam o kilka centymetrów, wydostałam się z dziury w której tkwiłam przez wiele lat, wystawiłam głowę poza nią i widzę świat, który był dla mnie zamknięty. Moim celem nigdy nie było dążenie do ideału. Śmieszą mnie stwierdzenia mam, które uważają się za idealne. Doskonałe wychowywanie Dziecka i prowadzenie domu nie świadczą o idealizmie. Ideały nie istnieją, tylko w książkach dla dzieci. Być najlepszą i szczęśliwą mamą to trudne do osiągnięcia w dzisiejszych czasach. Wiem doskonale, że dla mojego Dziecka najlepszą matką będę zawsze i całe jej życie będe się starać by być lepsza dziś niż wczoraj. Bo jestem nieidealna ale najlepsza!

środa, 5 września 2012

Sesja zdjęciowa.

Moje marzenie się spełniło
Dzięki facebookowi odezwała się do mnie koleżanka z liceum. Nie widziałyśmy się 5 lat! Mieszka w anglii gdzie pracuje jako asystentka fotografa. Dała znać, że będzie w Polsce i z chęcią zrobiłaby zdjęcia Lence :) Zdjęcia wyszły cudowne, nie mogę wyjść z zachwytu nad moim Dzieckiem i nad szczęściem, że udało się je zrobić. A spotkanie po latach... no same pozytywne emocje! Zdjęcia w pełni naturalne, żadnych wymuszonych pozycji czy ustawień :) Bawiłyśmy się super! Dziękuję Wspaniałej Beacie za czas i chęci :)))
 
 



 


poniedziałek, 3 września 2012

BLW w naszym wydaniu i Rozdanie :)

Moje Dziecko samo wie czego chce. Problem w tym, że nie wie jak to zakomunikować. I tak metodą prób i błędów staram się trafić w pragnienie Córki. Jakoś nigdy nie pałałam entuzjazmem do metody BLW. Jak Lenka była maleńka z refluksem - nie miało to szans, bo nie mogła jeść surowych owoców tylko słoiczkowe, które dzięki pasteryzacji nie są surowe. Po surowych było rzyganie. Obiadki zjadała pięknie więc nie widziałam sensu w zmianie. Problemy zaczęły się w marcu przy wyżynających się górnych jedynkach. O ile Lenka zjadała w ciągu dnia wszystko co dawałam o tyle z obiadami było ciężko. Musiały być papki ale zjadanie całej porcji bezproblemowo to była przeszłość. Nie chciała niczego co miało cząstki jedzenia ze względu na ból przy zębach. Mnóstwo nerwów straciłam, bo sytuacja była dla mnie kompletnym zaskoczeniem. Próbowałam dawać wszystko w rozmaitych postaciach ale Lenka nie była gotowa na jedzenie samodzielne a papki jej nie odpowiadały do końca. W tym czasie też Lenka przechodziła rewolucję smakową. Teraz uczymy się co Lenka lubi. A na pewno lubi potrawy dobrze przyprawione. Żadne bezsmakowe, mdłe jedzenie nie wchodzi w grę. Wszystko zaczęło się zmieniać w dobrą stronę przez przypadek. Byłyśmy u mojej mamy a akurat kupiłam maliny i borówki amerykańskie. Moja mama karmiła a w pewnym momencie Lenka chciała jeść sama. Pakowała z rączki do buzi po prostu idealnie! Od tego momentu żywienie Lenki jest w trakcie rewolucji. Generalnie Lenka ma smak po tacie, bo to co dla niej dobre tak i dla taty. Daję do spróbowania niemal wszystko co mam pod ręką. Dzięki dawaniu mlecznej kaszki na dobranoc, Lenka budzi się w nocy tylko raz i dostaje mleko z kleikiem. Potem ok 8-9 jogurt i gdy ja rano wstaje Ona już stoi przy lodówce :) Budyniu nie przyjęła z entuzjazmem. Strzałem w dziesiątkę okazał się tuńczyk. Zrobiłam kanapkę z masełkiem, twarogiem, tuńczykiem i pieprzem ziołowym. Spałaszowała 1,5 kromki! Kanapki to sprawa cudowna. Jak pisałam wcześniej kroję kromkę na 9 kawałków i Lenka sama je zjada do tego pomidor. Również owoce, pakuję do miseczki całe kawałki lub pokrojony np. banan. Kupiłam też ketchup dla dzieci kamis - rewelacja. Obiad też by chętnie jadła sama ale przeraża mnie bajzel więc pozwalam grzebać w jedzeniu ale i karmię. Powoli nastawiam się również na samodzielne zjadanie obiadu tylko wciąż brakuje mi pomysłów na to co i jak mam podawać, bo warzywa na parze nie mają super smaku... Mam super patent na bałagan wokół i pod krzesełkiem. Rozkładam starą ceratę ze stołu na podłogę - sprzątanie trwa moment a nie muszę trzepać chodników, zamiatać i myć non stop podłogi! Bardzo się cieszę, z nauki samodzielnego jedzenia, nawet próbuje Lenka używać sztućców ale brakuje jej precyzji więc pomału uczy się i tego. To jest wspaniałe, bo jest na tyle duża, że nie krztusi się.

Bardzo mnie cieszy fakt, że mogę się z Wami podzielić paczuszką jedzeniową dla Malucha, tym bardziej, że o żywieniu piszę co i rusz. Kilka razy sięgałam po gotowe słoiczki, zwłaszcza gdy nie miałam nic zrobionego przez siebie dla Lenki a czasu na gotowanie nie było.
Aby wziąć udział w rozdaniu wystarczy wkleić podlinkowany baner na blogu i wyrazić chęć w komentarzu pod postem a jeśli macie ochotę dodajcie bloga do obserwowanych. :)