czwartek, 16 maja 2013

Matczyny kryzys

Nie ma co się oszukiwać - bycie Mamą to nie bułka z masłem. Nie raz jest to ciężki orzech do zgryzienia.... U nas ostatnie tygodnie to totalna sinusoida. O ile te dobre chwile trzymają mnie w kupie jako tako o tyle bez kryzysu się nie obyło. Skąd się bierze kryzys? Kiedy?






To dość proste. Żeby było dobrze muszę mieć nastawione trybiki, naładowane akumulatory, odczuwać satysfakcję z dnia codziennego i spełniać się w tym co robię. Bycie Mamą w domu z dzieckiem to cały zgrany system. Wypracowany rytm dnia, współpraca z Dzieckiem, zajmowanie się Dzieckiem i oczywiście cała orka dookoła - czyli wieczne sprzątanie (to najbardziej frustruje, można w nieskończoność), gotowanie, pranie, przebieranie. W tym systemie jest pracujący Tata - u nas Mąż pracuje od 9 - wstaje po 7, leci do kur, psa o 8:20 jedzie do pracy, wraca o 18-19, zje obiad zajmie się chwile Dzieckiem i leci do robót przydomowych - wraca po 22 i tak jest od poniedziałku do soboty włącznie. Na mojej głowie jest cała reszta. Dbanie o to by Dziecko miało zapewnione odpowiednie warunki do rozwoju, by mąż miał czyste ubranie i obiad na stole... Jeśli ja nie posprzątam w domu - za mnie nie zrobi tego nikt - bo nie ma komu....

Kiedy system szwankuje? Ano wtedy gdy ja Matka mam do zrobienia coś co w systemie się nie opiera - nadprogramowo. Owe COŚ to zazwyczaj sprawa której przy Dziecku zrealizować się nie da. Jak więc dokonać realizacji jeśli jestem z Dzieckiem non stop? Tym bardziej, że rytm codzienny Dziecka też szwankuje?

Moje Dziecko w dzień drzemkę ma nadzwyczaj późno zazwyczaj ok 15. W ostatnim czasie ta pora   jest mżonką. Wieczorami też są problemy z zasypianiem o ile do niedawna pora spania była o 21 o tyle i ta pora staje się mżonką - możliwości nikną w oczach a nerw roznosi coraz bardziej.

Mój czas w tym systemie nie istnieje. Frustracje są wliczone w system ponieważ pojawiają się cyklicznie gdy muszę załatwić coś co dotyczy mnie samej... lekarz, szkoła (studiuję przecież jeszcze) czy jakiekolwiek sprawy wychodzące poza szereg spraw codziennych. Moje Dziecko jest bardzo absorbujące zajęcie się czymś w czasie gdy jesteśmy obydwie a wymaga oderwania uwagi od Córki często graniczy z moimi nerwami i cudem. Nie chodzi o to, że muszę się dwoić i troić ale mnożyć i mnożyć bez przerwy!

Na co dzień jesteśmy same we dwie, na wsi gdzie ludzi dookoła brak. Jest z nami pies i 2 koty, docelowo są 3. Żyjąc tak już od 2 lat - dziś stwierdzam, że to nie dla mnie. Jestem totalnie sfrustrowana tym jak wygląda moja codzienność. Bo warunki mieszkaniowe też są ciężkie. Owszem to opcja tymczasowa ale w naszych założeniach mieliśmy mieszkać tu gdzie mieszkamy do grudnia ubiegłego roku. Od kilku miesięcy nie mam już serca do mieszkania tam...

Dzisiaj jesteśmy w mieście u moich rodziców. Cieszy mnie ta wolność. To, że w kranie leci ciepła woda cały czas - jak włączę pralkę to woda ciepła i tak jest w kranie, bo nie muszę jej przełączać. Komarów jest mniej. Jest tu więcej niż jedno pomieszczenie! Gdy Dziecko śpi w dzień ja mogę bez obaw zająć się jeszcze czymś konstruktywnym. Mogę zorganizować opiekę nad Lenką przez godzinę, bo nie wymaga tego wybieranie się opieki do nas... 

Kryzys jest wtedy gdy Dziecko nie wyrabia i zaczyna odstawiać cyrki takie jakie nam się nie śniły. Gdy Dziecko jest rozdrażnione i nerwowe jak ja. Bo ja jestem taka, bo ciężko mi pogodzić wszystko. Bo gdy staje przy zlewie to Córka zaczyna się zachowywać okropnie. Nerwy wzrastają gdy termin zaliczeń się zbliża a ja nie miałam możliwości skorzystania z biblioteki...

Frustruje mnie miejsce gdzie mieszkamy. Frustruje mnie codzienność i to, że cały dom jest na mojej głowie. Frustruje mnie brak czasu z mężem i brak czasu męża z Córką. Frustruje mnie nadmiar czasu spędzanego z Dzieckiem. Frustruje mnie brak możliwości i ograniczenia. 

Na prawdę nie dziwi mnie fakt, że zdrowie mi się sypie. Nie mam czasu ani możliwości by skupić się na sprawach codziennych a mowa o sobie samej. Ograniczenia są wszędzie a mieszkanie na wsi pod miastem gdy się nie jest mobilnym... masakra. 

Matczyny kryzys jest wtedy gdy system się sypie... I to nie jeden trybik, bo jeden można naprawić, bo są wtedy inne które trzymają nas w kupie. Ja jadę na oparach... Ostatnie tygodnie to młyn. Wszystko jest na raz w jednym czasie. Gdy coś się uspokaja to wychodzi następne i następne... Nie widzę końca i nie zastanawiam się nad tym. Myślę o tym jak przetrwać dziś.

I cieszę się na ten pobyt w szpitalu, bo w końcu odpocznę. O ile nie będą musieli mnie kroić. Generalnie nie czuję się źle z tym, że coś mi jest. Dla mnie to mocny kopniak w dupę. Wiele bzdur jakie zajmowały moją głowę przestały mieć znaczenie... 




9 komentarzy:

  1. Jakbym widziała moją waląca się piramidę domową gdzie ja jestem czubkiem tej piramidy ale ona jakoś dziwnie stoi właśnie na tym czubku... Szał

    OdpowiedzUsuń
  2. Współczuję naprawdę, moją mamę podziwiam za 3 pierwsze lata mojego życia spędzone na wsi, gdzie wokół nie było nic. Życie w mieście szczególnie z dzieckiem jest łatwiejsze nie ma co ukrywać, po prostu więcj możliwości na spędzanie czasu. A już samochód to dla mnie podstawa, teraz miałam prawie 2 tyg w warsztacie i naprawdę odczułam to, dla mnie to jak trzecia ręka. Głupio to zabrzmi ale szpital chyba naprawdę będzie odskocznią, oczywiście mam nadzieję, że obędzie się bez operacji:)) Trzymaj się!!

    OdpowiedzUsuń
  3. Po prostu nie czujesz się spełniona w tym co robisz, to nie Twoja bajka więc dopóki czegoś nie zmienisz co jakiś czas frustracja będzie powracać mocną falą.

    OdpowiedzUsuń
  4. 2 lata - ja tak ciągnę 12 ;) wyobraź sobie mój poziom frustracji, tęsknie za moim miastem i jeśli możesz to radzę zmień szybko "system" bo im dłużej tym gorzej .... z trójką dzieci nie będzie już tak łatwo o zmiany hihi

    buziamy i trzymamy kciuki ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Bardzo dobrze Cię rozumiem. Mąż się dziwi czemu każdego dnia kiedy nie pracuję pakujemy się do auta i jedziemy do miasta, czemu nie zostanę przed domem na trawie. A jak tak nie mogę? choćbym nie miała do kogo twarzy otworzyć sama świadomość, że jestem wśród ludzi jest mi potrzebna. Z Piotrkiem miałam podobnie jak Ty przez długi czas. Nic nie byłam w stanie przy nim zrobić. Bunt dwulatka minął i przez pewien czas był miodzio. Mogłam posprzatać, wyprasować, ugotować, nawet książke przy nim poczytać. wytrwaj jeszcze trochę :-)

    OdpowiedzUsuń
  6. U mnie też ostatnio kryzys, także cycki do przodu i damy radę.

    OdpowiedzUsuń
  7. Współczuję. Ale może czas na jakieś zmiany - warto naprawdę coś z tym zrobić bo frustracja będzie ciągle powracać ze zdwojoną siłą. My z mężem, postanowiliśmy wyemigrować żeby spędzać ze sobą więcej czasu. Trzymam kciuki.

    OdpowiedzUsuń
  8. Taaaak. Wszystko się zgadza. Nawet w mieście, z ciepłą wodą zawsze, ale z dwójką dzieci, jest dokładnie tak.

    OdpowiedzUsuń