wtorek, 15 października 2013

Strojnisia

Lubię się wystroić.
Mam to od dawien dawna jak jeszcze Dzieckiem byłam.
O ile na co dzień najlepiej było mi biegać po podwórku w ogrodniczkach i trampkach...
To wystroić się choćby do kościoła było dla mnie świętem :D
Nawet jeśli do sukienki uparłam się ubrać kalosze...


Jako małe Dziecko miałam mnóstwo chińskich sukieneczek na lato. Nigdy jednak nie miałam dużo ubrań. Zazwyczaj były w spadku po kimś a jak ja wyrastałam, to ubrania "szły" dalej w rodzinę. Jak miałam 10 lat nastały bardzo trudne czasy i ubrań miałam bardzo mało. Jak czasem dostawałam coś od kogoś było to niemal święto! Pamiętam jak był taki okres, że w szafie miałam jedną parę dżinsów, jedną parę dresów i jakieś getry czyli dzisiejsze legginsy...

To były też czasy gdzie SH to bazar na rynku gdzie rzucone ciuchy na leżankach walały się a kobiety wyrywały sobie nawzajem zdobycze z rąk... Wtedy kupować i mieć ciuchy z "grzebalni" było totalną siarą. Jeszcze 10 lat temu było tak samo gdzie chodziłam do gimnazjum... Ale z moją szafą nie było aż już tak ciężko. Kombinowałam jak mogłam, żeby mieć więcej niż jedną parę dżinsów w czym pomagały mi grosze vel pseudo alimenty jakie ojciec wpłacał. A to jakieś stypendium socjalne... a to odwiedziłam ojca i coś mi skrobnął... a to mama przyniosła coś z sh (tak beze mnie).

Ciuchowo odżyłam i odkułam się jak moje Mama prowadziła sklep z ciuchami używanymi. Przypadło to na czasy po licealne gdy z domu już wybyłam. Pamiętam gdy wpadałam jak burza na weekend "do Mamy" i do sklepu buszować między wieszakami. Wtedy dżinsów miałam co najmniej 12 par :-D Z czasem tak się stało, że ja prowadziłam owy sklep. Niestety ze względów zdrowotnych musiałam zawiesić działalność a z czasem zamknąć... Nad czym bardzo ubolewam. Dzięki temu sklepowi nauczyłam się marek, rozmiarów, gatunków materiałów - czyli to co najważniejsze podczas zakupów w sh... ;) 

Do czasów ciąży biegałam tylko w obcasach. Dla bezpieczeństwa ogółu w okresie dwupaku zrezygnowałam na co dzień z obcasów i dżinsów. Cierpiałam męki! Z braku dżinsów byłam wręcz chora. (te ciążowe mi nie podchodziły a wiązanie sznurkiem też mi nie grało) Na obcasy pozwalałam sobie od święta. Natomiast sukienki, tuniki tak się w nich rozchodziłam, że do dzisiaj patrzę z obrzydzeniem na wszelkiej maści odcinane pod biustem ubrania... ;) Garderobę ciążową namiętnie nabywałam w lumpkach :D

O ile nauczyłam się rozpoznawać dobre rzeczy w sh to niekoniecznie umiałam je dobrać do siebie. Coś tam oglądałam coś tam czytałam o ubieraniu ale zawsze miałam problem z dobraniem dolnej z górną częścią garderoby by tworzyły spójną całość.

Trzymałam się jednak biegania w obcasach, bluzkach koszulowych i dżinsach na tyle, że nie ciężko było mi ubrać się w coś luźniejszego będąc tylko w domu. Dopiero przy Dziecku nauczyłam się dzielić garderobę na codzienną i wyjściową.

Przełomowym momentem w mojej szafie była analiza sylwetki, którą dokonała Eveleo. Robienie zakupów ubraniowych dla siebie jest teraz konkretne i szybkie. Wiem czego szukać! A z moją wiedzą na temat ubrań z sh udało mi się zebrać nową wiedzę i doświadczenie "do kupy". Przetrzepałam szafę konkretnie i strojenie od święta przekładam na dzień codzienny. Ubieram się w końcu odpowiednią do swojej sylwetki dzięki czemu nawet w domu na co dzień czuję się pewniej. 

Obecnie moja szafa jest pełna. Dżinsów mam od cholery. Już nie liczę. Jak mam ochotę na coś nowego szukam tego w sh najlepiej w hurtowych ilościach :D 

Lubię się stroić. To mi zostało po dzień dzisiejszy. Udało mi się nieco wypośrodkować i wrzucić nieco luzu do szafy. Jednak sukienki, zwłaszcza latem, rządzą tak samo jak w dzieciństwie. Każde wesele to tygodnie przemyśleń i kombinacji "w co się ubrać". Największą przyjemność mi sprawia mierzenie. Pamiętam gdy jako Dziecko chodziłam po sklepach, oglądałam ubrania, buty i mierzyłam je :D Teraz też z ogromną frajdą mierzę ubrania. Szafę wietrzę bardzo często, nie chomikuję ubrań, pozbywam się na bieżąco :)

Od kilku miesięcy wyżywam się też butowo. Kupuję w sh buty jak tylko wpadam na coś ekstra w cenie 3zł :D I nie tylko, bo kozaczki wpadły w moje ręce dzięki praktykom... Pewnej Pani znajoma, kupiła buty za 230zł... za małe! Na nogach miała raz i rozpaczliwie chciała je odsprzedać... za 100zł :D



Lena idzie w moje ślady... ;)




 PODPIS

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz