czwartek, 13 lutego 2014

Mój Aniołek z różkami.

Nastały piękne czasy w mojej ścieżce macierzyńskiej.
Czas mój z Leną jest wyjątkowy a moje serce pęka z dumy i zachwytu.
Ale żeby nie było, różowo wcale nie jest... gdy na froncie pojawia się Tatuś.

Jak pisałam w poście o tym jak wygląda dzień z moją 2,5-latką tak w tej materii się nie zmienia. Mamy za sobą kilka cięższych dni, spowodowane moim rozdrażnieniem z powodu ukończenia studiów i turbo PMS-a. Dzisiaj jest kolejny wspaniały dzień, który trwa...

Lena ma 2,5 roku, potrafi sama się sobą zająć. Potrafi zajmować się sobą całymi dniami! Oczywiście nie raz muszę jej pomóc czy uczestniczyć w zabawie :) Ostatnio leżałam ponad pół godziny w bezruchu... jako pociąg misiów! Poza tym podsuwam mojemu Dziecku różne zabawy a Ona sama wychwytuje co i jak i dalej kontynuuje bez mojej pomocy.

Mimo to gdy na horyzoncie pojawia się Tata, na którego Dziecko wręcz nie może się doczekać... wstępuje diabełek.

O ile po południu gdy mąż wraca z pracy jest całkiem w miarę o tyle poranki są ciężkie. Scenariusz wygląda mniej więcej tak:

Lena budzi się ok 5:30 z płaczem. Rzuca się na łóżku, pakuje do nas. Ryczy, jęczy, usiłuje wymuszać... Jednocześnie chce kaszki, soku, bajek. Gdy podajemy kaszkę, rzuca butelką i ryczy. Kopie nas, ciągnie mnie za włosy a nawet uderza.
Ostatnio wkurzyłam się na tyle, że w trakcie jednej z tego typu scen, zgarnęłam Dziecko za fraki, powiedziałam że nogi z tyłka powyrywam, siłą odstawiłam na Jej łóżko i nie pozwoliłam by się do mnie i do naszego łóżka zbliżała. Przy czym byłam wściekła i mój ton głosu był daleki od stonowanego. Nawet mąż się zaczął na mnie wkurzać, że za ostro potraktowałam Dziecko...

Pocieszające jest to, że sceny te nie dzieją się każdego poranka... raz jest lepiej, raz gorzej. 

Najlepiej jest gdy Tata wyjdzie z domu. Nawet jak wyjdzie przed chałupę do kur, Lena natychmiast jest spokojnym aniołkiem...

Nie ogarniam tych sytuacji, moja wiedza nie sięga psychologii. Z mężem nie kłócimy się, żyjemy w zgodzie, bez krzyków i awantur a tym bardziej bicia. Podejrzewam, że to kolejna faza rozwojowa, która z czasem minie, chociaż nie taka łatwa do przetrwania. Ustaliliśmy wspólnie, że wyjadę z Lenką na "wakacje", kilku dniowe. Zobaczymy co nam z tego wyjdzie. :)

P.S. Mam zepsuty modem i 0 dostęp do internetu. W tej chwili korzystam poza domem. Internet najprawdopodobniej będę miała dopiero w przyszłym tygodniu. W związku z tym postów będzie mniej i ja nie będę dostępna :) Mam pomoc siostry, która za moimi wskazówkami aktualizuje przepływ informacji.




 PODPIS

2 komentarze:

  1. Też nie mam pojęcia czemu tak ma. Miejmy nadzieję, że niedługo jej przejdzie :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Oh My God! Jak to fantastycznie przeczytać, że nie tylko ja wybucham, nie tylko ja się drę i nie tylko ja mam poczucie, że liczenie choćby i do miliona jest nieskuteczne, lepiej trzasnąć drzwiami, najlepiej kilka razy! ;)
    To pierwszy post, który przeczytałam, ale biegnę od razu czytać dalej, może znajdę jakąś podpowiedź jak sobie poradzić z 2-5 latkiem. Nic nie skutkuje, NIC! Jak już wydaje mi się, że znajdę metodę, to za chwilę okazuje się zupełnie nieskuteczna :/ Uciekanie, śmianie się w twarz, nie słuchanie, chodzenie w swoją stronę, wybieganie na ulice - maj got! Jak to okiełznać?
    Pozdrawiam :)
    Anula

    OdpowiedzUsuń