środa, 5 marca 2014

Nie znoszę takiego stanu.

U adhd-owców nic nie trwa wiecznie.
Każdy stan jest przejściowy i zaraz minie.
Nawet ten dobry, najlepszy ustąpi...




Nie znoszę takiego stanu w jakim jestem teraz. Od niemal miesiąca towarzyszy mi poczucie porażki - kompletnie nie adekwatne do sytuacji, bo przecież właśnie osiągnęłam sukces! Skończyłam studia podyplomowe i nawet się z nich cieszyłam... Przez chwilę. 
1) A jednak ukończenie studiów podyplomowych odsłoniło drugą stronę medalu - skończyły się zjazdy i regularne przebywanie z ludźmi. Studiowałam 7 lat! Niezależnie od tego gdzie byłam i co robiłam, moje życie podporządkowane było zjazdom na studiach. I to się skończyło. 
2) Skończyły się praktyki i skończył się niemal codzienny kontakt z ludźmi, zabrałam Lenę ze żłobka... i wróciłam do stanu, którego tak bardzo nie znoszę... a po dłuższym czasie nienawidzę. Siedzę w domu. Utknęłam w miejscu, stoję, nic się nie dzieje...
3) Mój mąż zmienia pracę, jest bez auta służbowego, straciłam niezależność, która pozwalała mi na swobodne wydostanie się z mojej wsi zawsze wtedy, gdy tego potrzebowałam... 
4) Lena dokazuje co też dobija.
5) Pracy jak na razie też nie ma.
6) wolę na głos nie mówić,
7) też jest,
8) itd...

Strasznie ciężko idzie mi przekierowanie myśli w lepszą stronę. Najbardziej przeszkadza w tym fakt, że jako adhd-owiec te kilka elementów z mojego życia tworzy, pewnego rodzaju dramat. Dramat ze wszystkiego jednocześnie. Adhd-owiec nie potrafi odróżnić rzeczy mniej ważnych od bardziej ważnych. Tak więc małe drobne sprawy potrafią wkurwiać na tyle, by rozwalić cały nastrój ogólnej egzystencji. 

W takich chwilach nic nie jest w stanie podnieść mnie na duchu ani poprawić nastroju. W mojej głowie ciągle powtarza się wyżej wymieniona litanijka, która wkurwia niemiłosiernie. Wszelkie sposoby odwrócenia myśli, przestawienia ich w lepszą stronę idą na marne.

Czuję się jakbym cofnęła w rozwoju, gdy miałam lat naście. Taki stan jak teraz, to taki ogólny bunt przeciwko wszystkim i wszystkiemu. Jestem wściekła i rozżalona dookoła, do tego postawa typowa roszczeniowa, bo jest mi źle! Spokój we mnie się skończył, umarł. Nie znoszę takiego stanu, nie mogę patrzeć na siebie ani na nikogo w pobliżu. Jest mi źle we własnej skórze. Źle jako Matka, jako żona, jako kura domowa. Za ciasno.

Apogeum dosyć wszystkiego.

Zwiałabym gdzieś daleko, żeby być sama, SAMA!




 PODPIS

11 komentarzy:

  1. Rozumiem Cię bardzo dobrze... Sama nie mogę wytrzymać w domu. Ciągła rutyna nic się nie dzieje. Jeszcze pogoda dobija.
    Zapraszam do mnie na bloga www.aktywna-mama.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  2. a jakbyś zawoziła męża do pracy i miała auto. dodatkowe koszty fakt, ale Twój spokój.
    a mąż nie może komunikacją lub z kimś?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mąż sobie radzi ale auto mam do dyspozycji 1 raz w tygodniu na jakieś 2h. Mimo wszystko jest to dla mnie ograniczenie...

      Usuń
  3. Może skup się na szukaniu pracy/rozsyłaniu CV?

    OdpowiedzUsuń
  4. Po burzy zawsze wychodzi słońce:*

    OdpowiedzUsuń
  5. Ja wyprowadzając się na wieś do Mężowatego postawiłam mu tylko 1 warunek. zawsze mam mieć do dyspozycji samochód. Nie wyobrażam sobie jego braku. Mimo, że 1-2 razy w tygodniu jeżdżę do miasta bo więcej nie potrzebuje, ale sama świadomość, że nie jestem uwięziona działa na moja psychikę zbawiennie. Może zainwestujcie w auto?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U nas było dokładnie tak samo.

      Usuń
    2. Auto jest ale nie do mojej dyspozycji.

      Usuń
  6. Też tak mam czasami :)
    Ale u mnie wszystko zaczęło się już dawno, gdy wyniosłam się z miasta na wioskę, potem trochę pracowałam i było mi dobrze, w ciąży miałam L4 i też było mi dobrze, a teraz czasem się czuję zamknięta w domu :) Ten stan na szczęście mija, mam nadzieję, że Tobie szybko minie :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Rozumiem cię całkowicie też miałam taki okres w swoim życiu.

    OdpowiedzUsuń