niedziela, 22 czerwca 2014

Nic 2 razy się nie zdarza. Lana Del Rey "Ultraviolence"

Lanę odkryłam pewnej, kwietniowej, bezsennej nocy.
To było 2 lata temu w 2012 roku.
Zobaczyłam na kanale muzycznym w TV klip "Blue Jeans".
I przepadłam.




Zaczęłam wertować internet i dorwałam krążek Born To Die. To na nim są takie utwory jak "Video Games", "National Anthem" czy mój ukochany "Summertime sadness". W listopadzie 2012roku wyszła na świat reedycja Born To Die wraz z dodatkowymi utworami na krążku pt.  "Paradise" z przepięknym utworem "Ride". Potem była cisza i pogłoski, że Lana już nic nie wyda nowego. W tym czasie przekopałam internet i dotarłam do mnóstwo utworów "Unrealised" czyli nigdy nie wydanych na żadnym krążku. Dopiero w grudniu ubiegłego roku pojawiła się informacja, że Lana nagrywa nowy studyjny album o tytule "Ultraviolence".

Do tej pory nigdy w życiu, tak bardzo nie czekałam na nowy studyjny album jakiegokolwiek wykonawcy. Odliczałam dni do premiery... i w końcu mam, słucham na okrągło.

Lana zrzuciła z siebie cały image jaki towarzyszył jej przez cały okres Born To Die. Przedstawia się nam w szortach i zwyczajnym białym t-shircie. Na zdjęciach sesyjnych do "Ultraviolence" Lana jest zamyślona i taka zwyczajna jakby mieszkała obok mnie, tuż za płotem. Ta Jej zwyczajność sprawia, że jest bardziej dostępna, na wyciągnięcie ręki. Można stwierdzić, że Lana otwiera się dla swoich słuchaczy. Coś w tym musi być, bo "Ultraviolence" to inna historia, inny rozdział, nowy etap... Tak jakby Lana przeszła skok rozwojowy, dojrzała i chciała przekazać to czego jeszcze nie odkryła nagrywając Born To Die.

To co absolutnie nie uległo żadnej zmianie na nowej płycie to wokal Lany. Jest tak samo tajemniczy, przeszywający, przyprawiający o ciarki na plecach... Wokal który się kocha albo nienawidzi. 
Płyta ma zupełnie inne brzmienie niż BTD to absolutna zasługa producenta Dana Auerbacha z The Black Keys. Wyobrażacie sobie połączenie wokalu Lany z ostrym brzmieniem gitary elektrycznej? Ta płyta tak właśnie ma! I to jest w niej zajebiste.
   Płytę otwiera utwór "Cruel World" - zaczyna się niewinnie, delikatnie by z czasem przechodzić w cięższe brzmienie. To tylko Lana może tak przeszywać głosem  śpiewając "fuckin crazy". W tym utworze możemy poczuć się tak jak słuchając "Ride" ale na znacznie wyższym poziomie.
   Drugim utworem jest "Ultraviolence" lżejszy od poprzedniego. Możemy odetchnąć. Lana śpiewa lżej niż w "Cruel World", brzmienie jest delikatniejsze tak jak syreny o których Lana śpiewa: "I can hear sirens sirens..." 
   "Shades Of Cool" - jak dla mnie bardzo tajemniczy utwór. Tu możemy odnaleźć się w klimacie lat 60. Utwór retro w czasach młodości mojej babci. Ten klimat słyszymy w smyczkach, które przemykają w czasie refrenu:


  Dalej jest "Brooklyn baby". Utwór przy którym można się rozpłynąć. Lana przechodzi w anielskie dźwięki przy bardzo spokojnej gitarze tak jakby wokal był najważniejszy. Słuchając dalej można się zaskoczyć gdy nagle słyszymy w chórkach męski, niski głos.
  "West Coast" czyli singiel promujący nadejście albumu. Słuchając go po raz pierwszy czułam się zawiedziona. Kompletnie do mnie nie trafił... do czasu jak doszedł do refrenu. To przejście zwrotki w zupełnie inny klimat refrenu jest właśnie wspaniałe! Biorąc pod uwagę całość płyty mam wrażenie, że ten utwór jest jednym z tych który wyróżnia się z całości...
  "Sad girl"  - to nie jest smutny utwór. Zaczyna się pogodnymi dźwiękami i taki też jest wokal Lany. Ten utwór prowadzi nas po historii o pięknie i ogniu który przyprawia o smutek... i wściekłość :)
  "Pretty When You Cry" - Przepiękny utwór. Spokojny, słuchając go ma się wrażenie, że płynie z prądem nurtu rzeki. Szczegół tkwi w tym, że gdy Lana przechodzi w wysokie dźwięki towarzyszy jej mocny dźwięk gitary elektrycznej... :)
   "Money Power Glory" - Kolejna perełka. Siła bije z tego utworu w każdym momencie słuchania. Potrzebujecie kopa w tyłek? Utwór, który wycisza i dodaje siły. Sprzeczny? To wspaniałe lekarstwo na nerwy, ukojenie dla duszy który dodaje SIŁ!
  "Fucked My Way Up To The Top" -  To mój numer 1 na tej płycie. Od pierwszych dźwięków wpadł mi w ucho. Ostatnio zasypiając "słucham" go w mojej głowie i zaraz po przebudzeniu. "I fuckin need you baby more more more!" Słuchając ten utwór chce się więcej, więcej, więcej!
   "Old Money" - Cudowny, nieziemski - z pod ziemi głos Lany towarzyszy w tym utworze cały czas. I to jest takie magiczne. Ilekroć go słucham mam wrażenie, że to głos z zaświatów:
   "I'll run to you, I'll run to you
    I'll run, run, run
    I'll come to you, I'll come to you
    I'll come, come, come..."
   "The Other Woman" - ten utwór mi "nie podszedł" ale to kwestia gustu. Mnie drażni to "zawodzenie" głosem :P
   "Black Beauty" - ten utwór mam od dobrych kilku miesięcy. Znalazłam go w necie. To jeden z "unrealised" rewelacyjnie wkoponował się w klimat albumu.
    "Guns and Roses" - czyli Lana i rockowe brzmienie. Gitara elektryczna w tle i wokal Lany w wyższych tonach :)
   "Florida Kilos" - wyjątkowo "lajtowy" utwór biorąc pod uwagę cały album. Jedyny, który w jakimś stopniu może skojarzyć się z albumem Born To Die. To taka kropka na koniec dla tych, którym album nie przypadł do gustu.

Słuchając całego albumu powtórzę to co pisze każdy w swoich recenzjach - jest absolutnie spójny. Jest też cudownym ukojeniem dla moich nerwów. Przenosi mnie w inny świat. Klimat tych utworów jest nieziemski, retro z odległych czasów. Lana pozwala mi na oderwanie się od rzeczywistości, bujanie w obłokach. Powrót do marzeń z przed dekady. Bardzo się cieszę, że "Ultraviolence" to coś innego, odkrywczego. Nie ma powtórki z rozrywki czy próby odtworzenia tego co jest na Born To Die. Lana dojrzała przez ten czas. Ja także dojrzałam. Nie jestem tą samą zlęknioną Mamą z przed 2 lat. Bardziej świadoma siebie niż kiedykolwiek. Cięższe i mroczniejsze brzmienie nadaje specyficzny klimat i dodaję pazura, którego zdecydowanie nie znajdziemy na poprzednich krążkach Lany Del Rey. I to jest właśnie zajebiste!

 PODPIS

3 komentarze:

  1. Od dawna biorę się za dogłębne przesłuchanie płyt Lany,ale zawsze albo zapomnę albo brakuje czasu. Ale syreni śpiew mnie przekonał :P

    OdpowiedzUsuń
  2. Paradise tak brzmi EP'ka Lany na której jest Ride.

    OdpowiedzUsuń
  3. Uwielbiam Lanę :) Po Twojej recenzji tym bardziej muszę kupić jej płytę, dzięki! :)

    OdpowiedzUsuń