wtorek, 18 listopada 2014

Świadome wyalienowanie.

Kilka lat temu - zupełnie świadomie,
 zaszyłam się w maleńkiej chałupce, w podmiejskiej wsi...
niemal całkowicie odcinając od ludzi.
Było ciężko ale warto.

"Chętnie zniknęłabym
Na miesiąc lub na rok"
 
 
 
 
Jako młoda osoba lgnęłam do ludzi, aż za bardzo. Będąc nastolatką nie miałam dobrych znajomych. Musiało dojść do pewnego punktu kulminacyjnego, by zerwać wszelkie dotychczasowe kontakty. Wypracowałam w sobie dystans i pewną niedostępność. Przez 7 lat studiowania nie zawarłam żadnej, bliższej znajomości - te rozeszły się wraz z ukończeniem nauki. Przez ten czas bacznie obserwowałam ludzi, ich zachowania i relacje jakie tworzą wokół siebie. Uwierzcie mi, z boku wszystko wygląda zupełnie inaczej, niż w przypadku, gdy czynnie uczestniczy się w danych relacjach. Nie zabiegałam o bycie w centrum uwagi, wolałam napawać się spokojem bez wszelkich "afer". 
 
Zostałam Matką i zabunkrowałam się. Było mi strasznie ciężko. Taka diametralna zmiana trybu życia, zmiana otoczenia to szok dla takiej osoby jak ja. Tym bardziej, że jako ADHD-owiec mnie nosi, ROZNOSI! Wyhamowanie totalne. Nie dziwota, że zdarzało się gryźć ściany, wyć do księżyca... Tęsknię za miastem. W końcu wychowała mnie ulica i blokowisko a teraz? Teraz mam za oknami pole a najbliższym ssakiem jest owczarek niemiecki w kojcu. A jednak, mimo wszystko nie chciałabym wracać do domów z betonu. Tutaj jest moja twierdza, ostoja i święty spokój. Każdego dnia cieszę się tym, że po powrocie do domu, mogę wyjść z auta i śpiewać na całe gardło. Mogę biegać i tańczyć w ciemnościach przed chałupą i nie muszę się niczym przejmować.

Teraz czuję się niczym Feniks odradzający z popiołów. Po tych kilku latach świadomego wyalienowania, wróciłam "do ludzi". Niemal z dnia na dzień stałam się osobą rozpoznawalną. Praca w szkole to oprócz sprawowania funkcji opiekuńczo-wychowawczej nad dziećmi, stały kontakt z ich rodzicami. Teraz gdy idę ulicami miasta, nie jestem już tak anonimowa, jak jeszcze kilka miesięcy temu. Tuż przed pójściem do pracy, ta utrata anonimowości napawała mnie małym lękiem. Z dnia na dzień zostałam otoczona gromadą, zupełnie obcych mi osób. W pracy z dziećmi, trzeba zrzucić z siebie część dystansu i stać się bardziej dostępnym. Z dziećmi trzeba stworzyć relacje, tak samo ze współpracownikami i rodzicami tych dzieci. Praca w szkole jest cholernie wymagająca, trzeba pilnować siebie na każdym kroku. Wielokrotnie będąc gdzieś poza domem zauważyłam, że jestem bacznie obserwowana przez innych ludzi. To dziwne ale do tego też trzeba się przyzwyczaić. 
 
Jest mi po prostu dobrze. Udało mi się ujarzmić, moją niepohamowaną naturę. Potrafię utrzymać się w ryzach w różnych sytuacjach. Te lata wyalienowania, to bardzo dobry trening umiejętności interpersonalnych. Wyciszenie i okiełznanie siebie samej. Dziś zupełnie inaczej oceniam przeszłość. Nie uciekam przed niczym i nikim, nie chowam się. Wręcz przeciwnie - wychodzę przed siebie i wciąż idę do przodu. Mam swój wentyl bezpieczeństwa, miejsce do którego chce się wracać.

Wiele razy słyszałam, że nie warto palić za sobą mostów. 
Ja spaliłam kilka mostów.
Warto było jak cholera!




 PODPIS

3 komentarze:

  1. Trzeba zyc w zgodzie ze soba, a nie trzymac kontaktu, bo tak trzeba. Ja zawarlam na studiach przyjaznie i co z tego skoro zadna nie przetrwala. Kiedys mnie to ruszalo, teraz to olewam. chociaz ludzie sa potrzebni, nie da sie odciacni dl zdrowia warto miedzy nimi byc:-)

    OdpowiedzUsuń
  2. No jednak do buszu bym się nie wyniosła ;)

    Od ludzi można się uczyć będąc między nimi i obserwując :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja też żyję na tzw. prowincji i bardzo to sobie chwalę :-).

    OdpowiedzUsuń