piątek, 13 marca 2015

Volver - powrót

Usilnie próbuję dojść do tego gdzie był początek mojego stanu.
Im bardziej zastanawiam się nad przyczyną, tym więcej odkrywam kart.
Następstwa pewnych wydarzeń, konsekwencje pewnych wyborów.
Nieuzasadnione problemy i wieloletnie zadręczanie siebie...
To będzie długi post.




Zaczęło się od uderzenia ogromnej fali strachu przed wojną. Irracjonalny lęk, ciągle towarzyszący niepokój i strach. Potem zaczęłam się bać wszystkiego, chorób bliskich i swoich. Paranoje zaczęły nakręcać się nawzajem. Zastanawiałam się czemu to nie mija, dlaczego myśli są tak natrętne. Jakiś obłęd? A może zwariowałam? 

Wiedziałam jedno: już kiedyś to czułam, więc mamy nawrót tego czegoś. Po niemal 3 miesiącach męki poszłam do znajomego od lat psychologa. Nie mam z tym problemu. Ze względu na moją wiedzę i doświadczenia traktuję wizytę u psychologa jak wizytę u każdego specjalisty od problemów. Z resztą domyślałam się co to może być a brakowało mi pewności.

W trakcie rozmowy psycholog zapytał się jakie mam oczekiwania? Co chciałabym zrobić? To proste, odzyskać równowagę i móc normalnie funkcjonować. 

Tak jak do tej pory dawałam radę, mimo wielu trudności, tak po prostu nagle zaczęłam się sypać. W zasadzie bez konkretnego powodu. Ot pewnego dnia dotarła do mnie informacja o zagrożeniu wojny, która uruchomiła lawinę lęku, strachu nakręcając się do granic wszelkiej wytrzymałości. Tak przynajmniej to się wydawało...

Prawda jest taka, że od wielu lat wiele spraw nie idzie tak jak powinna. Frustracja, stres związany z siedzeniem w domu, w domu który ciężko nazwać domem... przeciągająca się budowa, odwlekająca się przeprowadzka doprowadziła mnie na skraj załamania nerwowego. Budowa miała trwać 2 lata a nie 5. Taka jest prawda, że obecne warunki są już zbyt ciężkie do dłuższego wytrwania. Tym bardziej, że ktoś od 1,5 roku powtarza nieustannie, że "zaraz się wyprowadzimy". To zaraz nie nadeszło do tej pory... 

Wiadomo, mój obecny stan nie jest związany tylko i wyłącznie z przeciągającą się budową. Jest jeszcze mnóstwo wiele innych czynników... Początek jest ukryty dawno, dawno temu gdy jeszcze byłam Dzieckiem a w domu trwały awantury pijanego ojca... To wtedy w moim życiu pojawiła się nerwica.

Nigdy nie zapomnę TEJ jednej awantury...
Miałam 9 lat. Ojciec przyszedł pijany w 2 fazie. Zaczął się czepiać i doszło do awantury. Wyzywania, darcia się... Poszła szyba w drzwiach. Mama zadzwoniła po policję... czekałam na ich przyjazd jak na zbawienie. Pamiętam jak weszli do mieszkania. Ojciec usilnie tłumaczył, że nic się nie dzieje a ja stałam i nogi mi dosłownie dygotały... Zabrali go a ja pół nocy spędziłam z silnym bólem brzucha w łazience... Ten ból brzucha towarzyszył mi w wielu sytuacjach w następnych latach życia.

Kilka lat temu podjęłam się terapii DDA, która pomogła mi uporać się z relacją z ojcem i całym mechanizmem związanym z jego alkoholizmem w moim życiu. Kilka miesięcy temu podjęłam się zmian w moim życiu codziennym, które pomogły mi radzić sobie z napięciem nerwowym i frustracją. I gdy wszystko wydawało się być na dobrej drodze, dotarłam do tej pierdolonej wiadomości i zaczęłam się sypać...  
Zastanawiam się jak to jest z tą siłą psychiczną. Mówi się, że depresja, nerwica czy inne zaburzenia świadczą o słabej psychice. Czy na pewno? To jak radzimy sobie ze stresem i życiowymi porażkami zależy od tego co zostało nam wpojone za młodu. Zastanówcie się czy wokół siebie macie chociaż jedną osobę, która radzi sobie ze stresem? Osobiście nie spotkałam ani jednej takiej osoby w moim całym, niemal 28-letnim życiu. Każdy ma jakiś sposób odreagowywania, bądź ucieczki przed stresem czy problemami. Nie uczą nas wyrażania i nazywania emocji. Przecież nie wolno:
  • płakać,
  • krzyczeć,
  • wściekać się,
  • bać się,
  • zadręczać,
  • użalać się,
  • litować,
  • załamywać się,
  • itp, itd,
Jak jest źle, to trzeba zaciskać zęby i żyć dalej. Moje szczęki nie wyrabiają a ja nie mam sił na dalsze zaciskanie. Od wielu miesięcy powtarzałam mam dość. No i teraz na prawdę mam dość.

Dzisiaj, po ponad tygodniu od rozmowy z psychologiem, gdy przez te kilka dni składałam do kupy w jakąś marną całość wszystkie moje lęki, obawy... wcale nie jestem zdziwiona, że doszłam do takiego stanu, w jakim znajduję się obecnie.

Nie radzę sobie? Radziłam sobie DO CZASU. Aż bańka pękła, jeb! Rozprysła się na milion kawałków i poszła w pizdu. W dupie mam zaciskanie zębów, słuchanie o tym, że mam wytrzymać, że jeszcze trochę. Ni chuja! Dłużej się nie da. Wyczerpałam wszelkie limity wytrzymałości. Teraz chcę posiedzieć w swojej łódce na środku tafli jeziora, SAMA z własnymi myślami. W związku z tym, że mam dość natrętnych myśli poszłam do lekarza, powiedziałam jak mnie wkurwiają i dostałam leki. Alleluja! Bo jeszcze trochę i na prawdę bym zwariowała. Od kilku dni na dobry początek dnia serwuję sobie cudowną kawę latte macchiato... a na dobre zakończenie dnia łykam to cudo, po którym zasypiam jak niemowlę.



 PODPIS

3 komentarze:

  1. Droga Aniu! Też tak miałam i mam nie wyrosłam z tego stanu!Zbieram się napisać do Ciebie list i zrobię to .Serdecznie Was pozdrawiam a Lenkę całuję po babcinemu .Trzymaj się!!!!!!!!!!!

    OdpowiedzUsuń
  2. Aniu,
    nie dziwię się, że przyszedł moment, gdy organizm powiedział - Dość! Czasem udajemy, że problemów nie ma, a one po cichu nawarstwiają się, by w końcu lawiną zwalić z nóg.
    super, że postanowiłaś skorzystać z pomocy psychologa, w takich sytuacjach w zasadzie nie można samemu sobie pomóc.
    wierzę, że uda Ci się wszystko poskładać do kupy, że odzyskasz siłę i chęć do życia. Że wreszcie budowa się zakończy, a dzięki temu odejdzie Ci mnóstwo stresu.
    najważniejsze, że znalazłaś sposób, by sobie pomóc, a nie pogrążyłaś się w otchłani rozpaczy i marazmu.
    Wszystkiego dobrego!

    OdpowiedzUsuń
  3. Czytam i przeżywam problemy razem z tobą.Kiedys też miałam problemy i chodziłam do psychologa.Obecnie wolnośc słowa wyzwala we mnie te złe emocje.Nauczyłam sie traktować życie mniej poważnie i dobrze mi to robi.
    Pozdrawiam i zapraszam na mojego bloga

    OdpowiedzUsuń