poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Pętla

Najpierw jest wieczór.
I jeb!
Mam problem z oddychaniem, trzęsę się i panicznie boję...
Tylko czego?
Ten długotrwały stres zabija mnie od środka, ja to czuję i czuję bezsilność... taką ogromną...
Jak wtedy gdy Lena była malutka.
Dziś przeżyłam koszmar.


Kilka dni temu odkryłam, że mój niepokój pojawia się zaraz po tym jak przeżyję stres. Mam za sobą okres lepszej formy ale od wczoraj znowu jest źle. Cały czas uczę się i oswajam z tym co się ze mną dzieje. Aktualnie przeżywam potworną wściekłość. Do tego ból rozdziera mnie od środka co tylko dobija mój stan.

Weekend spędziłam poza domem, miało być fajnie i w pewnym sensie było ale było też ciężko. Wyjechałam na weekend z Leną dziś za to pokutowałam. Lena była okropna. Miałam wrażenie, że cofam się w odległe czasy! Moje niemal 4-letnie Dziecko dziś cały dzień ryczało, wyło i wrzeszczało. Była wojna a szczegóły zachowam dla siebie. A jeszcze kilka dni temu myślałam o tym jak dobrze nam razem ostatnio... i zaczynam nienawidzić tej myśli gdy uświadamiam sobie, że coś w końcu jest dobrze, bo zaraz potem to się pierdoli i jest koszmar. I tak było dzisiaj. Gdy jeszcze kilka dni temu myślałam o tym jak to dobrze, że za sobą mamy całodniowe wycie tak dzisiaj było przez cały dzień. Nie rozumiem tego schematu. Czuję się obrzydliwie, cały dzisiejszy dzień był zmarnowany a jedyna konkretna rzecz jaką zrobiłam to zmywanie i obiad. Na więcej Lena mi nie pozwoliła...

Wczoraj wieczorem miałam atak paniki. Znowu nie mogłam zasnąć i chciałam wyć! Zasnęłam tylko dzięki temu, że zaczęłam się modlić. A gdy zasnęłam śniło mi się, że walczę ze strachem. Strach był pod postacią osoby którą ja mordowałam, dosłownie! Napierdalałam z całych sił. To była ciężka noc. O świcie obudził mnie rwący ból jajnika, ledwie dowlokłam się po leki przeciwbólowe. A potem było tylko coraz gorzej. Chciałam wykrzesać odrobinę dobrej energii w dniu dzisiejszym, chciałam jechać po głupie zakupy spożywcze ale nie dało się... niemoc w tak prostych codziennych sprawach wyprowadza mnie całkowicie z równowagi. Powiedziałam mnóstwo przykrych rzeczy, których nie powinnam... a teraz besztam samą siebie za to.

Chciałabym na chwilę przenieść się w inny świat.
W świat gdzie nie ma budowy, pracy i moich bliskich.
W świat gdzie jestem tylko ja i świeże, rześkie powietrze...
Gdzie nie ma nerwów, problemów... gdzie nie ma żadnego ciężaru a jest tylko lekkość.
Tam, gdzie nic nie przytłacza i nie ma garów do mycia i gotowania...
Chciałabym teleportować się nad brzeg morza i po prostu tam być.
SAMA!
Zamknąć oczy i móc słuchać szumu fal i wdychać powietrze... tak by móc w końcu oddychać pełną piersią.
Poczuć jak supeł z brzucha się rozwiązuje a moje ciało odzyskuje wolność...

Utknęłam w pętli nerwów, strachu i lęku. Stres mnie wyżera od środka.
Już nie mam sił by powtarzać jak bardzo mam dość...
 PODPIS

4 komentarze:

  1. Może wyjedź gdzieś sama, odpoczniesz od bieżących problemów.Trzymam za Ciebie kciuki:)

    Pzdr.
    Iwona O.

    OdpowiedzUsuń
  2. Droga Aniu! całuję Cie po matczynemu!Często myślę o Tobie! Maria z Konina

    OdpowiedzUsuń
  3. Dzieci, jak my, mają swoje światy i swoje przeżycia. Nie znam Waszej historii, więc może te wycia mają konkretny powód, powielony z przeszłości, a może po prostu histeria "z dupy" lub z byle powodu (jak u nas). Nie wiem, ale wiem, że czasem bywają trudne dni dla wszystkich. (ps. Widzę, że mamy córki z jednego rocznika, tylko moja z grudnia).
    Jak czytam o tym stresie, o którym piszesz, o tej potrzebie bycia SAMEJ, która jest mi bardzo znana, o tych stanach, to widzę siebie sprzed roku. I przypomina mi się jeden rozdział z "Biegnącej z wilkami". Czytałaś tę książkę? Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń