piątek, 24 kwietnia 2015

Wykańczanie

Przyznaję bez bicia, byłam głupia i nie myślałam.
Nie miałam żadnej świadomości a nastawienie było tylko pozytywne.
Mam już dość stwierdzeń typu:
"Na pewno będzie dobrze,
Na pewno wszystko się ułoży,
Będzie fajnie..."


Pluję sobie w brodę, jestem wściekła a nerwy mam totalnie zszargane. No głupia byłam i tyle! Budowa domu to KOSZMAR! Nie polecam tej inwestycji, chyba że ma się worek pieniędzy i wszystkie prace wykonywane są w terminie i bez ciśnienia. U mnie worka z pieniędzmi nie ma a ciśnienie jest okrutne... 

Wszelkie prace ciągną się jak krew z nosa. Na dobicie składa się fakt, że obecne warunki mieszkalne są po prostu nie do wytrzymania.W chałupie jest jeden wielki burdel i nie ma się czemu dziwić gdy 3 osoby gnieżdżą się w jednym pomieszczeniu a to pomieszczenie jest kurwa wszystkim w jednym:  kuchnią, salonem, sypialnią, pokojem dziecka, jadalnią i holem. Jest ciasno i chujowo po prostu, nie ma gdzie upychać rzeczy...

Termin przeprowadzki? Bliżej nie określony. Termin zmienia się jak w kalejdoskopie. Pod koniec każdego tygodnia jestem wkurwiona na maksa, kiedy kolejny raz zaplanowane prace nie zostały zrealizowane i tak od miesięcy... Od 3 tygodni jest skręcana zabudowa w kuchni a końca tej roboty nie widać. Ja pierdole! 

Pukam się w łeb każdego wieczoru, na chuj mi to było? I stety niestety większość odpowiedzialności za udział w tym przedsięwzięciu spoczywa na barkach męża. To on mnie przekonywał argumentami z kosmosu, że damy radę i będzie dobrze. A ja durna uwierzyłam w to! Przez te lata ciągnącej się budowy nauczyłam się realizmu i przesiewania wszystkich słów mojego męża. Teraz wiem, że gdy mnie zapewnia, że coś będzie w danym czasie to nie mogę temu ufać. Nic nie było do tej pory realizowane w terminie...

Potrafię obudzić się w środku nocy i atakować męża czemu jeszcze nie jest zrobione jedno, drugie, trzecie bo przecież już miało być a nie ma kurwa.

Etap wykończenia domu to horror... Mam już dość wybierania i oglądania wszystkiego po perdyliard razy. Rzygam płytkami na ścianę, płytami meblowymi, kranikami i kiblami. 

Oczywiście mi się prawie nic nie podoba a jak już się podoba, to mężowi nie i tak w kółko... 

Czasem wkurwia mnie gdy otoczenie rzuca hasła typu: "A czemu tak? Lepiej już wybrać lepsze, droższe na lata" a ja wtedy mam chęć zapytać się: "A za co kurwa?"

W naszym przypadku, gdy trzeba oszczędzać przy urządzaniu domu każdy przedmiot trzeba oglądać perdyliard razy i szukać w optymalnej cenie. Przykładów jest mnóstwo. Chodzimy po raz milionowy po Obi i oglądamy lampy, w końcu jakaś nam się podoba, cena - 199zł. Zapamiętuję nazwę lampy po czym spędzam cały wieczór i kawałek nocy na szperaniu w internecie i znajdują tą samą lampę za 139zł. 

Nie znoszę zakupów przez internet. Zamówiliśmy piekarnik i co? Kolor ni chuja nie odpowiadał wzornikowi w internecie. Niestety nie było możliwości obejrzenia go w realu. Przysłali a my go odesłaliśmy.

I tak ze wszystkim kurwa. Znalazłam stół do jadalni za 800zł a w Ikea podobny za 500zł... 

Już wszyscy wiedzą, że nie można zadawać mi pytania: "To kiedy przeprowadzka?" 





 PODPIS

5 komentarzy:

  1. Znam ten ból Anna. Przechodziłam przez to samo i nadal mieszkam w niedokończonym domu. Trzymaj się i życzę cierpliwości :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Dziękuje, po raz kolejny przypomniałaś mi dlaczego nigdy nie dam się namówić mężowi na budowę domu. Zmieniliśmy mieszkanie na większe, i tak jak przewidywałam, remont był droższy niż zakładaliśmy i jeszcze droższy niż to, co ja mimo tych przewidywań dodałam. Zarabiamy nie najgorzej na tę naszą mieścinę, ale i tak uważam, że nie stać nas na budowę domu. Nie chcę wybierać między tanim a tańszym. O żesz...Ale sekunduję Ci i przesyłam moc dobrej energii.

    OdpowiedzUsuń
  3. Aniu!!!!!!!!! pozdrawiam! Maria z Konina

    OdpowiedzUsuń
  4. Ostatnio doszłam do wniosku, że wykończeniowca zrozumie tylko rolnik - on wie jak wiele zależy od czynników zewnętrznych, na które nie ma się wpływu. Mój mąż jest wykończeniowcem, mam wrażenie, że powoli się wykańcza w tej robocie. Ludzie nawalają, sprzęt nawala, klienci dziesięć razy zmieniają opcje i nie rozumieją, że zwykle wiąże się to ze zwiększeniem kosztów i wydłużeniem czasu pracy. A kasy nie ma z tej pracy, idzie na rachunki i jedzenie. Nie ma za co butów kupić. Albo buty, albo zęby w beton.
    Współczuję Ci problemów z budową domu, ale uwierz mi, z drugiej strony też nie jest kolorowo, zwłaszcza gdy człowiek jest uczciwy.
    Pozdrawiam, Magda

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety poznałam to z każdej strony. Mój mąż też swego czasu zajmował się wykończeniami... chłopaki, którzy robili na naszej budowie też mają te problemy... to jest koszmar...

      Usuń