niedziela, 9 sierpnia 2015

Homedecor

Wpadłam po uszy.
Zapomniałam o wszystkim dookoła.
A w głowie mam tylko jedno...

Mój dom mnie pochłania. Dosłownie. Spędzam tutaj najwięcej czasu. Uwielbiam być w nim, bo jest taki mój. Na pewno wyczekany ale czy wymarzony? Nigdy nie miałam śmiałości by marzyć o własnym domu.

Dzieciństwo spędziłam w bloku, na 36m2. Pokój dzieliłam z siostrą a kuchnia była ślepa. No i ciemny przedpokój. W mieszkaniu było ładnie, moja Mama bardzo dbała o porządek i chociaż atmosfera była ciężka, to otoczenie było dość przyjemne.

Potem był dom, stary baaardzo stary. Dom był wielki ale my mieliśmy tylko niewielką część. 2 pokoje z tym jeden przechodni. W kuchni był stary kredens, taki babciny no i okno... Było tam zimno a właściciele dość uciążliwi ale otoczenie było piękne. Mieszkaliśmy tam przez rok. Właściciele nie mogli się określić i w końcu kazali nam się wyprowadzić z dnia na dzień...

Więc był kąt przejściowy. W bloku, na podłodze w wynajmowanym mieszkaniu znajomej... 

A potem było ogromne mieszkanie. Właściciele od lat za granicą a w mieszkaniu 4 pokoje w tym ogromny salon i całe wyposażenie. Łącznie z ubraniami, dokumentami czy talerzami w kuchni. Było fajnie i wtedy miałam swój pokój. Jedyne 3 lata w moim późniejszym dzieciństwie gdzie miałam swój pokoik. Był malutki a w nim bardzo stara tapeta i za dużo mebli. Potrafiłam je przestawiać co tydzień :) To była moja twierdza.

Później było mieszkanie - nora. Fakt, była piękna kuchnia z dużym oknem ale mieszkało się ciężko. Okna były spróchniałe... Mieszkaliśmy tam krótko, zaledwie parę miesięcy, bo trafiło nam się kolejne mieszkanie...

Gdzie nie było nic oprócz sedesu i wanny. Gołe ściany a z nich wystawały kable. Mieszkało nam się dobrze, mieliśmy mnóstwo starych mebli, bo trzeba było jakoś się urządzić... ale po roku trzeba było się wyprowadzić... bo mieszkanie właściciele musieli sprzedać.

I wtedy nastąpił przełom. My musieliśmy podjąć kilka bardzo trudnych decyzji. Zrezygnować z budowy domu (która była w toku) na rzecz mieszkania w bloku. Ale już własnego. W końcu po tych latach tułaczki osiedliśmy na własnym M. W tym mieszkaniu spędziłam swoje nastoletnie lata życia aż do matury.

Później mieszkałam poza swoim miastem, w jednym i drugim. Przeprowadzałam się jeszcze kilka razy.

Po ślubie zamieszkaliśmy w chałupie. I to było najtrudniejsze 5 lat mojego życia. Mieszkanie w 2 nie było tak uciążliwe, dopóki nie pojawiła się Lena. A im starsza Lena tym co raz trudniej. Mała chałupka w nim 2 pomieszczenia. Trzeba było palić w kozie (bardzo uroczej) i spać w 3 w jednym pomieszczeniu. Nikt nie miał swojego kąta... 

Przez te wszystkie lata było zaledwie kilka momentów, gdy czułam że jestem "u siebie". Jako Dziecko to logiczne, że mieszkałam z rodzicami ale później były zmiany i nic nie było już takie oczywiste. Wynajmowanie mieszkania to nie to co u siebie. Zajmowanie czyjegoś terytorium, mając świadomość że w każdej chwili ktoś może nas z niego wypierdolić. Poza tym pakowanie pieniędzy do czyjejś kieszeni, też nie napawa optymizmem. Przetrwałam wiele lat w tymczasowości, bez stabilizacji i w poczuciu zagrożenia... 

A teraz mam dom. O którym nigdy nie śniłam i nie marzyłam. Dom, na którego nie mogłam patrzeć, do którego nie chciałam wchodzić... Nie docierało do mnie to, że buduję własny dom. Nie mogłam się przemóc i utożsamić z tym miejscem. Nie lubiłam i mówiłam że mi się to miejsce nie podoba. Do czasu... Gdy się wprowadziłam. 

A teraz zajmuje się główkowaniem, szperaniem i urządzaniem. Mnóstwo pracy przed nami, by osiągnąć zamierzony efekt ale nie spieszy mi się. Świetnie się przy tym bawię a największą przyjemność sprawia mi fakt, gdy kupuję coś za grosze albo dostaję... ;)








 PODPIS

2 komentarze:

  1. Urządzanie własnego domu daje mnóstwo przyjemności. Powodzenia!

    OdpowiedzUsuń
  2. Cieszę się, że się odnalazłaś. Życzę niesłabnącego poczucia bezpieczeństwa i kasy na urządzanie :D

    OdpowiedzUsuń