niedziela, 20 września 2015

Jej już nie ma...

Nie wiem i nie chcę wiedzieć...
Co trzeba mieć w głowie, by targnąć się na własne życie...
Będąc Matką.
Ale Ona to zrobiła, Jej już nie ma.
Nie znałyśmy się długo. Przyszła do pracy w trakcie roku szkolnego na zastępstwo. Widywałyśmy się codziennie, po kilka razy każdego dnia. Nawiązałyśmy nic porozumienia i sympatii. W końcu udało nam się zorganizować babskie spotkanie, w większym gronie po pracy... 

Przez te kilka miesięcy nie dała po sobie niczego poznać, że coś jest nie tak. W pracy była perfekcjonistką, świetnym nauczycielem i pedagogiem. Potrafiła nas sprowadzać na ziemię i kazać się "nie przejmować", gdy któraś wkurwiała się na sytuacje w pracy. Dziś każda z nas wie, że to wszystko to były pozory... Wszystkie dałyśmy się na to nabrać.

Ostatnim razem spotkałyśmy się na grillu. Babska impreza bez dzieci i z piwem. Bulwersowała się na mnie, że nie dzwonię do M i nie pytam o Lenę, kiedy Ona kilka razy odbierała telefon od Syna albo sama dzwoniła. Z lekkim humorem patrzyłyśmy na Jej nadopiekuńczość, mówiąc że 8-latek to już przecież duży chłopak... Nawet wtedy, nie powiedziała nam nic... A my niczego nie podejrzewałyśmy. Na tym samym grillu planowałyśmy nasze przyszłe dzieci. Śmiałyśmy się, że w tym samym czasie będziemy zachodzić w ciążę i spotkamy się na porodówce...

Nie wiem co się działo w Jej domu i w Jej głowie. Dlaczego po wyjściu Syna do szkoły zamiast jechać do pracy... 

Teraz wychodzą na jaw strzępy drugiego dna. Koszmar i horror, piekło na ziemi... które Ją wykończyło.

My wiemy jedno, Ona nie wierzyła w pomoc. Nie widziała dla siebie innego wyjścia. W Jej głowie rozegrał się największy dramat. Miłość do Syna Jej nie powstrzymała.

Pogrzeb to był największy koszmar. Dziecko, które mówi "Mamo, Mamo NIE". 
A mąż? Nawet łzy nie uronił...


 PODPIS

4 komentarze:

  1. Trzeba być cholerną egoistką, żeby dobrowolnie zrobić takie coś dziecku. I tchórzem i niezłą aktorką. Mnie czeka cesarka prawdopodobnie z komplikacjami (łożysko przodujące, prawdopodobnie wrastające więc i utrata macicy i krwotok zagrażający życiu). Największą moją zmorą w tej chwili jest myśl, że syn może zostać sam (tzn z tatą), jak sobie poradzi w razie czego, jego ewentualny ból. Nie rozumiem osób, które z jednej strony nie dają ŻADNYCH sygnałów, że coś jest nie tak, a potem fundują taki koszmar tym najdroższym, ukochanym.

    OdpowiedzUsuń
  2. Droga Aniu! tak mało wiemy o sobie , jeszcze mniej o innych.Ach! to życie! Serdecznie Was pozdrawiam , Lenkę całuję po babcinemu! Maria z Konina(kol. po fachu)

    OdpowiedzUsuń
  3. Straszna tragedia :(( Nic więcej nie napiszę...

    OdpowiedzUsuń