czwartek, 19 listopada 2015

Odcienie szarości.

Ten rok jest dla mnie trudny, od samego początku.
A teraz nastąpiła pewna kulminacja.
To znaczy, że znowu przyszła pora na przewartościowanie "dotychczasowości"...


Może ten rok to po prostu odbijanie przeszłości. Mój organizm znowu nawala a to sygnał, że w otoczeniu coś nie gra. To otoczenie ma bezpośredni wpływ na mnie, na moją psychikę i zdrowie. Jeśli coś w tym kręgu nie gra to któreś ogniwo nawala. Jeśli nawala zdrowie, to znaczy że psychika kuleje. Przecież choroby ciała biorą się z chorób duszy...

W tym roku walczę z napadami lęku, paniki wiem że to efekt długoletniego stresu. Jakby było mało to mijający rok nie oszczędza mi stresów a dokłada go. W efekcie organizm traci siły do funkcjonowania i coś gdzieś zaczyna chorować...

Każdego wieczora łapię się za głowę i zastanawiam o co tak na prawdę chodzi? Przecież osiągnęłam to o co walczyłam przez ostatnie lata. Dlaczego mimo tego wszystkiego ze mną jest coś źle?

Mam upragniony dom, nareszcie normalnie mieszkam! Mam pracę, mimo wszystko ją mam. Lena jest odchowana, z wielu trudności "wyrosła", ja odzyskałam pewną niezależność... 

Od poniedziałku nie jestem w stanie porozumieć się z mężem. Tak jak jakiś czas temu pisałam, że jest dobrze tak teraz dochodzę do wniosku, że żyję w ułudzie lepszych momentów. Poza tym jest fatalnie. Od poniedziałku nie otrzymałam ani krzty wsparcia... I tak dzieje się cyklicznie, notorycznie, niemal non stop. Od czasu do czasu są przebłyski na byciem lepszym ale nic na dłuższą metę. I co? Mam męża się pozbyć? Mi zaczynają ręce opadać...

Nie wierzę w działanie przypadku. Nic nie dzieje się z przypadku, we wszystkim jest ukryty sens...

Pod pozornym spokojem, pozorną stabilizacją dzieje się nie najlepiej,
Zmieniam kierunek mojej ścieżki,
Idąc przechodzę katharsis,
Co jakiś czas odwracam się za siebie,
Łapię dystans do tego co było,
Skupiam się na tu i teraz,
Wyglądam do przodu,
Gubię strach...
Zaprzyjaźniam się z obawą,
Oswajam lęk,
Szarość wymieniam na barwy,
Inaczej patrzę,
Dostrzegam więcej,
Odzyskuję pokorę,
Chowam dumę,
Żyję wbrew przeciwnościom...


 PODPIS

5 komentarzy:

  1. Piekna główka do góry!!!! natychmiast:-P

    Oj przeszłam ja kryzysów w małzenstwie przeszłam...ale wiesz co nas nie zabije to nas wzmocni:-D
    Aniu powiedz mi tak z reka na sercu- a czy ty wspierasz swojego meza?

    OdpowiedzUsuń
  2. Trzymam kciuki! Ja pasuję i małżeństwo spisuję na straty.

    OdpowiedzUsuń
  3. Zobaczyłam w tym wpisie trochę siebie w przyszłości. Na razie nie mamy własnego domu, ale marzymy o tym z mężem i robimy wszystko żeby to osiągnąć. Miewam czasem lęki, szczególnie rano przed wstaniem, miewam gorszy nastrój, który tak na prawdę patrząc perspektywy teraz nie jest on niczym spowodowany. Choć czasem myślę, że tym że nie mamy własnego domku, swojego małego świata - jednak po Twoim wpisie uświadomiłam sobie, że to wszystko siedzi w głowie. Nawet mając ten własny dom mogę żyć w nerwach, lękach - jak Ty. Być może to nie mąż jest problemem, być może ma już po prostu dosyć swoich zmartwień żeby brać na swoje barki jeszcze Twoje (domniemam czasem urojone) lęki i wychowanie dziecka.

    Ty jesteś jedyną osobą, która może sobie pomóc. On na pewno Cię kocha i chce dla Ciebie jak najlepiej, tylko zwyczajnie nie ma już do tego sił, tak jak Ty.

    Zaświeci jeszcze słońce nad Tobą, sama widzisz ile masz wspaniałości od życia :)

    Pozdrawiam Cię serdecznie i cieszę się, że mogłam znaleźć Twoją stronę.
    Mamy podobną historię, z tym że ja jestem dopiero na początku drogi , DDA, po pedagogice ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. rozumiem kazde twoje słowo i myśl

    OdpowiedzUsuń