wtorek, 17 maja 2016

Gdy świat jest przeciwko Tobie - endometrioza

Psychika u kobiety z endometriozą jest nieco chwiejna.
Hormony szaleją, organizm daje czadu.
Skutki i objawy choroby niszczą organizm i wykańczają człowieka psychicznie...


 Trudno stwierdzić, czy można być szczęśliwą kobietą jednocześnie potwornie cierpiąc. Czy można lubić siebie? Doceniać to, że jest się płcią piękną? To jest niezwykle trudne gdy kobieta choruję na endometriozę...

Zacznijmy od tego, że choroby układu rozrodczego traktowane są po macoszemu. Uważa się je za wstydliwe i kompletnie nierozumiane. Wiecie jak to jest? Ktoś kto ma bezbolesny okres nie jest w stanie sobie uzmysłowić jak to jest po tej drugiej stronie. Kobiecość w endometriozie ginie... Szczerze? Nie pamiętam ile razy płakałam z bólu myśląc o tym jak bardzo nienawidzę własnej macicy! 

Gówno prawda, że co Cię nie zabiję to Cię wzmocni! Cierpienie uszlachetnia? Z której strony? Czy ja jestem szlachetniejsza po latach cierpień? Nie wydaje mi się... Co więcej, staje się coraz bardziej zarozumiała, egoistyczna i bezczelna. Otoczenie nie rozumie o co Ci chodzi? Ja też nie muszę wszystkich rozumieć! Karma wraca.

Jestem po 4 operacjach. W szpitalu potrafię nawrzucać pielęgniarce jeśli mnie wkurwi. Lata temu, mając 18 lat i będąc w szpitalu nie chciano mi pomóc. Płakałam, wyłam z bólu i weszła do sali wkurwiona pielęgniarka krzycząc na mnie: "...bo Ci zaraz cewnik założę!" a ja co na to? W bólu, we łzach wydukałam: "To sama sobie kurwa załóż ten cewnik." Można? Można. Potem mi pomogła, bo w szoku była, że pacjent może też się wkurwić. Ostatnio jednej niemiłej Pani oświadczyłam, żeby na mnie nie patrzyła a na nerwy polecam valerianę vel melisę. Lubię głupiego jasia i oglądam się za przystojnymi lekarzami. Na sali operacyjnej rzucam głupie teksty będąc "na haju" a zanim usnę zastanawiam się czy się obudzę. Tak było ostatnim razem. Leżę i myślę o tym, by zapamiętać ten moment, bo to może ostatni... I co było potem? Budzę się, boli i myśl: "A jednak kurwa nie umarłam."

Potrafię współpracować z lekarzami i personelem medycznym. Nie ruszają mnie igły, lewatywy, rzyganie, sranie czy wystające rurki z ciała wraz z dyndającymi butelkami i workami. Oddaję swoje życie w ręce innych osób. Myślę o śmierci. Nigdy tak bardzo nie przeżywam kwestii życia i śmierci jak wtedy gdy jestem w szpitalu. Kiedyś potwornie się bałam. Ba! Przeżyłam traumę myśląc, że umrę. Nie umarłam a od tamtej chwili upłynęło ponad 10 lat. Potem pokroli mnie jeszcze 2 razy a w między czasie urodziłam Dziecko.

Psychika prędzej czy później wysiada. Choroba sprawia, że normalne funkcjonowanie nie istnieje. Ból zaczyna być utrapieniem i nie odpuszcza... Rozsiane ogniska endometriozy stanowią potworne źródło cierpienia. Normalne siku? Wypróżnianie bez podskoków w wc i łzami w oczach? Bolesne zbliżenia intymne... Człowiek zaczyna żałować, że się urodził w ciele kobiety... Co to za życie?

W naszym społeczeństwie panuje model, że jak jest się kobietą to "NORMALNE" jest, że okres boli! "Weź tabletkę i nie jęcz" Ale mi tabletki nie pomagają, mogę łykać garściami. Jadę na ketonalu, nimesil, zaldiar... ibuprofen? paracetamol? Jaja sobie robisz? To jest dobre dla dzieci! Zastrzyk przynosi ukojenie ale czasem człowiek nie jest w stanie ruszyć dupy, by wsiąść za kierownicę i dojechać na ten cholerny zastrzyk! Zaczynam się trząść, robi się słabo... a za chwilę tracę przytomność.

Kiedy jest źle? Gdy nie mogę zrobić NIC! Gdy wyzwanie stanowi oddychanie, bo ból przeszywa na wskroś...Boję się kłaść spać, bo ból może pojawić się niespodziewanie i zawładnąć całym ciałem... i duszą.
Zdecydowanie nie jestem wtedy szczęśliwa i nic mnie nie cieszy...

Ja jestem takim typem, że biorąc hormony popadam ze skrajności w skrajność. Skutki uboczne mnie wykańczają... Tym razem odpuściłam, nie biorę żadnych. I co? Mam się nadzwyczajnie dobrze! Ogarniam bajzel jaki narobiła ta choroba ze mną i każdego dnia coraz lepiej idzie mi to życie.

W którymś momencie ma się dość a potem to dość trwa w nieskończoność... W między czasie człowiek szuka wsparcia. Ale syty głodnego nie zrozumie. Endometrioza to choroba owiana tajemnicą wobec której lekarze są bezsilni. Rozkładają ręce a człowiek próbuje jakoś żyć. A z endometriozą w parze idzie wiele innych chorób... w tym depresja czy nerwice.
 
 
 
Mi choroba zabrała wiele... ale uświadomiłam sobie w końcu, że nadeszła pora by wziąć się za siebie i jakimś cudem nie poddać się jej spustoszeniom. Z wielu rzeczy świadomie zrezygnowałam ale podjęłam się wyzwaniu i zamiast płakać i popadać w depresję trzymam się w garści.  Przestałam traktować endometriozę jak ułomność. Okazało się bowiem, że mam wiele wspólnego z tą chorobą i ja też mam na nią wpływ... Więc wykorzystuję ten fakt przeciwko chorobie!

Jestem szczęściarą wiem o tym. Jakimś cudem mam Dziecko i to moje Dziecko trzyma mnie przy życiu, daje mi power. A jest mnóstwo kobiet, którym jedyne co zostaje to pogodzić się z faktem, że nigdy nie zostaną matkami... Ta choroba jest okrutna. Niszczy kobiecość i doprowadza kobietę na skraj nienawiści samej siebie. Wiem, bo nie raz, nie dwa czułam tą nienawiść...
 PODPIS

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz