czwartek, 9 czerwca 2016

W co wierzyć..?

Kwestia wiary jest jedną z najbardziej drażliwych na świecie.
Dla jednych góru wiary to Allah, Bóg, Budda, Jahwe, Jehowe...
Drudzy twierdzą, że nie istnieje żaden bóg.
A jeśli Bóg to jedno istnienie tylko kryje się pod każdą z powyższych nazw?
A jeśli Bóg to SIŁA?



Można mówić, że naszym życiem rządzi LOS. Można mówić, że wszystko jest dziełem PRZYPADKU. Można tkwić w poczuciu niesprawiedliwości Bożej. Można całe życie mieć wątpliwości i twierdzić, że nie ma NIC...

A ja wierzę w tą SIŁĘ. Nie uznaję swojego życia za dzieło przypadku. Nie zastanawiam się dlaczego urodziłam się w tym miejscu i w tej rodzinie. Czy mam wątpliwości? Wydaje mi się, że wątpliwość w wiarę jest potrzebna choćby po to by przekonać się o jej istnieniu...

A może ja już kiedyś byłam? W innym ciele, w innych czasach? Może teraz mam zrobić coś czego wcześniej nie zrobiłam? 

Nie chodzę do kościoła co tydzień, nie odmawiam paciorka w każdy dzień... Kościół to instytucja którą kieruje człowiek, mniej lub bardziej udolnie. Kościół lubię sam w sobie... Lubię klimat kościoła, zapach... Jest w nim pewna magia. Pod warunkiem, że człowiek w sutannie nie zaczyna chrzanić jak potłuczony. Osobiście uważam, że księża powinni mieć prawo do zakładania rodziny. Kwestia pedofilii, nieślubnych dzieci i wiarygodności na pewno by się polepszyła. Ale tak nie ma i jeśli nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze... 

Mam wiele momentów w życiu, gdzie doświadczyłam Bożej łaski. Zaraz po moim ślubie, w wakacje pojechaliśmy na Śląsk. Po drodze zajechaliśmy do Częstochowy. Tam złożyliśmy nasze intencje, na kartkach. Oboje z mężem napisaliśmy o Dziecku... Kilka miesięcy później działo się u nas źle. W końcu gdy dopadło nas pasmo nieszczęść (w tym utrata pracy, moja choroba, choroba psa) poszliśmy do księdza. W trakcie tej rozmowy okazało się, że możemy mieć do czynienia z czymś złym... Dostaliśmy "instrukcję" postępowania w tym wspólnej modlitwy. W ciągu kilku tygodni wszystko się unormowało! Mój mąż dostał pracę, ja zaszłam w ciąże a pies wyzdrowiał!

Pod względem fizycznym i medycznym moja ciąża to mały CUD. Lena jest naszym CUDEM. Pojawiła się w najmniej oczekiwanym momencie... gdy wydawało się to niemożliwe. Lena jest naszym wymarzonym Dzieckiem i wierzymy, że nie jest dziełem przypadku ani losu!

Z Bogiem rozmawiam codziennie i nie zawsze są to "paciorki". Rozmawiam na "naszym" poziomie. Ilekroć zadaję Bogu pytania, za jakiś czas otrzymuję odpowiedzi. Za każdym razem gdy brakuje mi sił do codziennej egzystencji, proszę o wsparcie i dostaje je. W zamian dziękuję i staram się każdego dnia by być dobrą... Jakiś czas temu uwierzyłam, że dobro powraca. Chęć zemsty staram się niwelować lub ograniczać do myśli. Uwierzyłam też w sprawiedliwość Bożą. I jeśli nie doświadczam jej tutaj i teraz, to ufam, że jest ona po drugiej stronie... 

Czasami zastanawiałam się czy nie cierpię na urojenia. Ta wątpliwość kilka razy zaprowadziła mnie na kozetkę psychiatry i psychologa. Zwłaszcza wtedy, gdy w snach przychodzą do mnie zmarli, lub czuję ich obecność w ciągu dnia. 

Nie umiem racjonalnie wytłumaczyć wsparcia i sił których doświadczam. Po prostu staram się być wdzięczna. I im bardziej doceniam łaski jakie otrzymuję tym lepiej idzie mi dalej.

Wyzbyłam się pretensji i żalu o moje życie. Poczucie nieszczęścia, "niedojebania", "dupościsku" traktuję jak część życia, która też jest potrzebna. Śmieję się, że równowaga w przyrodzie jest kwestią naturalną.

Wiara pomaga mi przetrwać w najtrudniejszych chwilach. Zwłaszcza wtedy gdy cierpię fizycznie, gdy moje ciało boli. Pozwalam na ujście emocji w tym złości i gniewu w niemocy jaką czuję. Ale w tych momentach zawsze czuję się bliżej SIŁY. To bezbronność i bezsilność zbliża mnie do mojego Boga. Czasami śmieję się przez łzy, że Ktoś znowu mi nakazuje odpoczynek i poddanie się autorefleksji. Wyciąganie wniosków to mój chleb powszedni.

Każdy pobyt w szpitalu i ingerencje lekarzy traktuje jako czas, w którym powinnam przewartościować po raz kolejny całe swoje życie.  Po ostatnim razie przestałam zbywać swoją chorobę i żyć tak jakby jej nie było. Bardzo przejęłam się skalą zniszczeń w moim ciele. Paradoksalnie odkąd zaczęłam żyć razem z chorobą i zmierzać się z nią moje życie stało się znacznie lżejsze. Skupiając się na sobie potrafię być bardziej wyrozumiała dla otoczenia i moich bliskich. Zupełnie tak jakbym pozbyła się ciemnoty z mózgu a nabyła jasność umysłu. Od tamtej pory potrafię czerpać z każdego dnia mniej lub bardziej. Lęk przed przyszłością nie zniknął... ale zmniejszył się, bo częściej myślę o tu i teraz. Przeszłość się zaciera...

Nie znoszę nakazów gdy ktoś usilnie próbuje mnie wysłać do kościoła obrażając przy tym, że jestem głupia, bo nie chodzę... Czy to jest dobry przykład i zachęta by wierzyć? Pamiętam czas bierzmowania. 15 lat na karku a w głowie młodość... i to zmuszanie do chodzenia. Mnóstwo moich rówieśników od tamtej pory przestała chodzić do kościoła i pogubiła się w kwestii wiary. Ja też ustosunkowałam się do moich potrzeb. Mam swojego Boga, wpuściła go do siebie i podjęłam współpracy. Wierzę, że to ta SIŁA mnie będzie potem rozliczać z dobra i zła. A nie ludzie tu na ziemi.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz