czwartek, 21 lipca 2016

Turn off

Jeżeli znikam stąd, to znaczy że jestem gdzieś, gdzie czegoś szukam.
Od kilku dni próbowałam sklecić sensownego posta,
gdy siadałam do lapka po prostu nie szło.
Nie lubię robić czegokolwiek na siłę, wbrew sobie.
Po co robić coś dla zasady?
Na pokaz?



Od wielu tygodni każdy mój dzień był z bólem. Chroniczny, przewlekły i prześladujący ból jest bardzo wyniszczający. Człowiek ginie w oczach i na prawdę odechciewa się mu życia. W tym czasie wiele razy myślałam: "Boże, mam 29 lat i nie chcę żyć! Czy moje życie musi trwać w ciągłym bólu?"

Od marca schudłam 10kg. I dobrze i nie dobrze. Dobrze, bo zeszłam z 67kg na 57 przy 164cm wzrostu. Tylko, że tak już mogłoby zostać. Zmieniając dietę, nie miałam na celu utraty wagi. To wyszło "przy okazji".

Kiedy moim życiem steruje ból, wiele innych spraw schodzi na dalszy plan. To wiąże się z zaległościami... Wokół mnie zaczyna panować CHAOS, a ja nie odnajduje się w chaosie. Każda dzień z bólem, jest dniem walki o przetrwanie...

A mimo to w tej walce potrafię szukać dla siebie ratunku. Przechodzę przez fazy rozpaczy, frustracji, złości i gniewu a także rozgoryczenia. Trudno jest włączyć tryb: "ZEN". Ciężko jest uzyskać równowagę z przyrodą, bo w tym momencie mam w dupie przyrodę i kompletnie jej nie dostrzegam. Każdego dnia czas ucieka przez palce a ja tkwię w bezradności i bezsilności. Chociaż ten czas ciągnie się w nieskończoność a rzeczywistość staje się koszmarem, to nie potrafię przyjmować tego stanu z pokorą. Nie potrafię też, ciągle jęczeć i narzekać... W między czasie szukam dla siebie pomocy i ratunku...

Od wczoraj, czyli drugi dzień z rzędu przeżywam BRAK BÓLU!

Nie boli mnie żołądek, głowa i podbrzusze z naciskiem na lewą stronę - to bolało mnie od prawie dwóch miesięcy dzień w dzień. 
Od wczoraj nie boli.

Jak? W jaki sposób?

Nie wiem. Być może pomogło mi wszystko po trochu. Być może pomogły mi pijawki...

W poniedziałek miałam pierwszy zabieg z hirudoterapii. 
Do mojego chorego, obolałego podbrzusza przystawiono 6 pijawek.
Nie wiem jak to wyglądało, bo nic nie widziałam.
Na początku trochę było nie przyjemnie.
A potem już nic nie czułam.
Po powrocie do domu, przeżyłam szok. Z miejsc gdzie miałam pijawki, lało się ze mnie coś niesamowicie. To nie był przyjemny widok. Przy zmianie opatrunków prawie zemdlałam. Ale przetrwałam najgorsze a rano wstałam bez problemu i wszystko się unormowało. 

A od wczoraj przeżywam inne życie. Inne od tego w jakim tkwiłam w ostatnich tygodniach. Być może mój organizm pozbył się toksyn na tyle, by wracać do normy.

Wczoraj też zniknęłam.
Nie było mnie tu... Byłam tam... Dostałam zastrzyk dobrej energii. Więc napawam się tymi chwilami. Biorę je garściami, bo wiem że mogą być ulotne.

I nie pokażę Wam miejsc, w których byłam.
Nie podzielę się uśmiechami tych z którymi byłam.
Nie przekażę słów, jakie do mnie napłynęły...

Bo nie zawsze w życiu chodzi o to, żeby latać z telefonem, cykać foty i wrzucać do sieci.
Jeśli tego potrzebuję, to włączam tryb "offline" i skupiam się na tym co jest tu i teraz.

Posiadacie guzik "turn off"?
Jeśli nie, to polecam zainstalowanie...

 
Autorką moich ostatnich zdjęć, jest pewna młoda osoba...
Młoda rozwija skrzydła i od niedawna jest na facebooku:
www.facebook.com/hiddlyndfrills

P.S. Moje Dziecko skończyło dziś 5 lat... <3 


1 komentarz:

  1. Aniu jestes mega silna Kobietka!!!!
    Wszystkiego najlepszego dla Lenki!!! Duzo zdrowia Wam zycze :-* (Anka Pap)

    OdpowiedzUsuń