sobota, 24 września 2016

Odpuścić

Zakapior, menda, zawzięty, złośliwy, wredny...
Zgryzota = choroba.
Zauważyliście, że zazwyczaj osoby tego pokroju jednocześnie bardzo narzekają jak im źle?
Są schorowani, bo zżera ich własna głupota.
Głupota boli.
ZAWSZE


Miałam taką swoją litanie. Litania vel lista rzeczy, spraw niezrealizowanych przez mojego męża. Ilekroć mieliśmy konflikt ja zawsze odpalałam swoją litanijkę i afera gotowa. To było głupie a głupota boli.

Będąc w procesie terapii, która ma pomóc mi ujarzmić endometriozę, oprócz zabiegów fizycznych pracuję także nad moim umysłem i psychiką. Doskonale wiedziałam, że moja sytuacja nie należała do zajebistych. Wiedziałam też, że zżerająca mnie złość napędza również chorobę a w tym dolegliwości bólowe. I chociaż próbowałam wytłumaczyć przed sobą ten fakt, to niezwykle trudno było mi zwyczajnie odpuścić i wyrzygać z siebie tą zalegającą żółć.

Oprócz tego, że nie słuchałam zbytnio samej siebie, to także nie słuchałam mojego otoczenia... na czele z mężem, który nie marzył o niczym innym jak o spokoju. Było wiele czynników dla których proces odpuszczenia był trudny. Do tańca trzeba dwojga. Jeśli nie dostrzegam efektów starań drugiej osoby, to spadaj na drzewo jeśli oczekujesz, że wszystko zależy ode mnie. W związku jest dwoje ludzi. Nie ma tego lepszego i gorszego. To nie przedszkole ani piaskownica. 

Problem leży między innymi w samoświadomości i dojrzałości emocjonalnej partnera. Ja odwzajemniam braki partnera, proste jak 2 x 2 = 4. 

Jeśli związek chyli się ku upadkowi, to też trudno powiedzieć że zależy to tylko od jednej strony. Obydwie twierdzą, że im źle, że chcą lepiej a odpowiedzialność za zbliżający się upadek odbijają od siebie jak piłeczki do ping ponga. 

Do tego aby było lepiej potrzeba dwóch stron a czasami to za mało. I potrzebny jest ktoś trzeci w roli mediatora. Tutaj zaczynają się potężne schody. Bo chcieć to móc.
 
 

Wracając do głównego tematu. U nas wiele czynników wpłynęło na to, że ja wyhaczyłam w końcu TEN odpowiedni moment i pozbyłam się z siebie całej litanii żali.pl. Summa summarum doszłam do wniosku, że świdrujący ból brzucha to też zgryzota. Nerwy nigdy nie sprzyjają poprawie stanu zdrowia. Mnie zżera zgryzota, cyklicznie mam ból dupy, drę mordę odmawiając litanię a potem leżę i zdycham. Ból trwa wiele dni, ciągnie się tygodniami i miesiącami - nie  odpuszcza, tak jak ja. 

Choroba przewlekła, która boli to ogromne wyzwanie dla człowieka. Tabletka przeciwbólowa w końcu przestanie przynosić ulgę. Zastrzyki też prędzej czy później stają się coraz słabsze. A ból jaki był, taki jest i to coraz częstszy i silniejszy. Choroba postępuję, szaleje dalej bo w gruncie rzeczy ja niczego w sobie nie zmieniam. To po co organizm ma w sobie cokolwiek zmieniać? To ja programuje swoje komórki... To ja mam wpływ na nerwy i stres, który mnie niszczy. To ja pielęgnuje w sobie złość i zgryzotę zamiast walczyć o spokój. Walczę sama ze sobą... Autoagresja - tak jak moja choroba, tkwię w autodestrukcji. 

Aż trudno w to uwierzyć.... a jednak. Co to dało? Choćby to, że w naszym domu panuje zupełnie inna atmosfera. Zdecydowanie lepiej jest teraz oddychać i funkcjonować na co dzień. Więcej jest wszystkiego tego, co dobre... 
 
Z pełną świadomością nie odpuściłam dla męża. Nie zrobiłam mu przysługi. Zrobiłam ją sobie sama i głównym nurtem jaki przeze mnie przemawiał  egoizm. Pragnęłam poczucia ulgi. Chciałam żeby w końcu ból odpuścił chociaż trochę... Mi ulżyło a przy okazji mężowi i Córce. Upsss taki wypadek "przy pracy".




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz