czwartek, 1 września 2016

"Rodzina jest najważniejsza! Pamiętaj."

Nieco ponad rok temu przyśnił mi się mój Ojciec.
Może nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie kilka faktów:
Mój Ojciec nie żyje,
A sen i rozmowa z nim była bardzo realistyczna.



Sny stanowią niesamowitą kopalnię wiedzy na temat stanu naszej psychiki i duchowości. To, co spotyka nas w snach nie jest przypadkowe. Sny odzwierciedlają naszą duszę niezależnie od tego jak bywają irracjonalne. Sny to też jedna z niewielu dróg, przez którą mogą nas odwiedzać zmarli.

Kiedy żył mój Ojciec nie utrzymywałam z nim kontaktu ze względu na Jego tryb życia. Wspominałam już tutaj na łamach bloga, że do dnia swojej śmierci śnił mi się Ojciec zawsze pijany i awanturujący się. Te sny skończyły się wraz z Jego śmiercią. 

Rok temu gdy pracowałam jeszcze w szkole, byłam w kropce. Nie wiedziałam co dalej z moją pracą. I pewnej nocy, we śnie przyszedł do mnie Ojciec i rozmawialiśmy o mojej przyszłości i pracy. Wiedziałam, że to nie jest przypadkowy sen, a wszystko co w nim się działo było bardzo świadome i realistyczne. Zapytałam wtedy Ojca co z moją pracą. Usłyszałam wtedy właśnie to zdanie, które jest tytułem posta. A kontekst zdania był taki:
Ja: "Tato czy ja mam rozmawiać z tą moją dyrektorką? Bo wiesz bardzo chciałabym pracować.
On: "Chcesz to rozmawiaj... Ale pamiętaj, że rodzina jest najważniejsza."

Pierwsze zdanie powiedział totalnie bez przekonania. Przez wiele dni i tygodni zastanawiałam się nad sensem tej rozmowy i przekazu jaki dostałam. Dziś już bardziej wszystko rozumiem. W szkole nie pracowałam dalej a moje zdrowie pogarszało się z dnia na dzień. Dzisiaj, gdy od tego snu minął ponad rok wiem o co chodziło...



Wtedy myślałam też, że w związku z okolicznościami zajdę w ciążę i o to w tym chodziło. Sami wiecie, że zamiast ciąży wylądowałam na stole operacyjnym a diagnoza zwaliła mnie z nóg. Co więc zmieniło się przez ten czas? Wszystko.

Wraz z mężem zaliczyliśmy poważny kryzys, z którego wychodzimy obronną ręką. Ja skupiłam się na własnym zdrowiu i w końcu wszyscy odsunęliśmy od siebie wszystkie plany na dalszą przyszłość. Zmieniłam styl i tryb życia co ogromnie wpłynęło na męża i Córkę. Pracując nad własnym zdrowiem zaczęłam inwestować w swoich bliskich. Lence dostawiłam nabiał i przeprowadziłam na własną rękę kurację odrobaczającą co bardzo pomogło. Mąż sięgnął po pomoc psychologiczną, bo Jemu też było ciężko z moim stanem zdrowia. Jego ogarniała bezsilność na widok moich cierpień a i niedowierzanie w to co robię (dieta czy pijawki) Ja wróciłam pod opiekę psychologiczną i leki na nerwicę dzięki czemu zaczęłam się uspokajać. A z moim spokojem wrócił spokój męża i Córki. Jest nam ciężko. Moja choroba daje się we znaki wszystkim a jednocześnie staliśmy się sobie bliżsi. Po latach w końcu wyjechaliśmy na wakacje! 

Wraz z mężem stanęliśmy twarzą w twarz i zaczęliśmy mówić sobie wszystko bez prób ochrony drugiej osoby. Czyli "nie powiem Jej tego, żeby się nie denerwowała. A on nie musi wiedzieć wszystkiego bo po co" Codziennie gdy wieczorem kładziemy się spać telewizor jest wyłączony i ROZMAWIAMY! Wspólna wizyta u naprotechnologa też nam bardzo pomogła. Mój mąż usłyszał kilka bardzo ważnych słów ze strony lekarza, Jakby chociaż to, że "Pana żona jest na diecie BO CIERPI. Pana żona chodzi na pijawki, bo ją BOLI i ma chodzić dalej." 

Jeśli jesteśmy razem to nie ma czegoś takiego  jak "to moja sprawa". Wszystkie sprawy są NASZE. Wszyscy oddziałujemy na siebie nawzajem. Jeśli jedna osoba przeżywa trudny stan emocjonalny, to działa jak zaraza na pozostałych członków rodziny. A we wspólnym życiu nie chodzi o wzajemne nakręcanie się a o odpowiednie wsparcie w takich chwilach. Całą trójką tworzymy jedność i wspólnotę a jako jednostki jesteśmy bardzo silnymi osobowościami. Jesteśmy tak samo uparci i mamy swoje widzimisię. 

Paradoksalnie na mój stan zdrowia wpływ miała również moje relacja z mężem, która nie była taka jak być powinna. Gdy moje zdrowie zaczęło się sypać, nasza relacja także została wystawiona na próbę. A jednak warto było postawić sprawę na ostrzu noża. Wokół nas znalazły się osoby, które dały wsparcie i pomoc dzięki której jest coraz lepiej. 

Za nami poważny egzamin z życia. 

Mój Ojciec za życia nigdy nie powiedział mi nic co miałoby na mnie dobry i ważny wpływ. Tak to jedno zdanie wypowiedziane "z za światów" owszem.
A dziś 1 września wspólnie wszyscy rano, wstaliśmy i pojechaliśmy do przedszkola. RAZEM!


4 komentarze:

  1. Życzę szczęścia i powodzenia

    OdpowiedzUsuń
  2. Bądżz szczęśliwa , bo na to zasługujesz! Ściskam Was po Matczynemu a Lenkę całuję po Babcinemu!(Moja kochana Misia dziś to uczennica kl.II a Adaś skończył 15maja 2latka)Maria z Konina

    OdpowiedzUsuń