niedziela, 26 lutego 2017

Kalejdoskop

Ferie dobiegają końca.
Ja jestem zmęczona - fizycznie.
Psychicznie - mam w głowie sajgon.
Dziecko jest zadowolone a to najważniejsze!




A tymczasem wszystko zmienia się jak w kalejdoskopie. To co do niedawna wydawało się absurdalne dziś jest misternie szykowanym planem na przyszłość. Nie wiem co będzie jutro, głowa mnie boli a w nocy fatalnie śpię. Mój mózg nie nadąża a przepływ myśli to już nieskończona liczba.

Przed snem myślę, wybudzam się kilka razy w nocy, bo myślę, w ciągu dnia non stop. Jestem na podwyższonych obrotach z powodu myśli!

Trudne sytuacje życiowe albo załamują i dobijają człowieka... albo mobilizują do działania. Biorąc pod uwagę fakt, że sytuacja pierdoli się od miesięcy przeszłam fazę załamania, dobicia, wkurwu, rozpaczy, histeri... po mobilizację. Teraz jest tak, że planujemy i działamy. Zmieniamy kierunek postępowania, stawiamy sobie nowe cele i walczymy o wspólne bezpieczeństwo. Ta wzajemna mobilizacja wciąż poszerza kręgi, ponieważ nie jesteśmy z tym wszystkim sami. Jest przy nas rodzina, której wsparcie otacza nas każdego dnia. Nie ma nic gorszego niż samemu toczyć bitwę z gównem.

Poza rodziną są znajomi, którzy również wspierają Ci bliżsi i Ci dalsi. Wszyscy kibicują a to tylko zagrzewa do dalszej pracy. Nie wiadomo co z tego wszystkiego wyjdzie. Były plany, które do tej pory legły w gruzach, inne oddaliły się w dalszą przyszłość. Powstała luka, którą zapełniamy.

Tymczasem po drodze wpadają inne nieoczekiwane sytuacje, jak pożegnanie niektórych osób... Nie wiem co przyniesie jutro, bo ciągle coś. Każdego dnia trzeba przeorganizować kolejny. Po dniach walki z tymi "niespodziankami" po prostu odpuściłam.

Mimo wszystko staram się być spokojna. Mówię to co myślę w danej chwili, żeby niczego w sobie nie dusić. Zamiast krzyczeć wolę powiedzieć wprost to co czuję i dlaczego. To się wydaje takie proste ale ile z Was tak robi każdego dnia? Ja już nie chcę toczyć żadnej bitwy myśli, z resztą szkoda mi na to czasu.

Cieszę się ogromnie, z tego że mimo naszej trudnej sytuacji udało nam się wyjechać na krótkie ferie. Byłyśmy u cioci oczywiście i było super. Dzieciaki pierwszy raz w historii nie biły się i nie darły. Każdy cieszył się z wzajemnej obecności a ja chociaż zmęczona fizycznie, mogłam psychicznie złapać głęboki oddech i zdystansować się.

Wróciłyśmy do domu razem z Leną wraz z nową energią i radością. Jak to dobrze móc czasem zmienić swoje otoczenie i spojrzeć na swoją sytuację z innej perspektywy. To daje kolejnego kopniaka do działania.

Za kilka dni zaliczę jeden z powrotów do przeszłości, to pożegnanie to też okazja by zamknąć za sobą jeszcze jedne drzwi i na nowo spojrzeć w przyszłość. Koniec to zawsze początek czegoś nowego.



 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz