piątek, 19 maja 2017

Popłoch

Od ubiegłej wizyty lekarskiej jestem na wypłochu.
Działam trochę jak tonący, który chwyta się wszystkiego.
W międzyczasie szukam informacji, pytam, czytam, rozmawiam.
Żeby nie zwariować.

Po 2 dniach płaczu odkopałam moje leki na nerwicę, dostałam też coś jeszcze na uspokojenie. Zbyt duży szok którego sama nie byłam w stanie ogarnąć. Potem poszło jak z płatka. Postanowiłam zadziałać dietą i zrobić absolutnie wszystko we własnym zakresie aby dotrwać, do terminu następnej operacji kiedykolwiek ona będzie. 

Po tygodniu wyrzuciłam z diety sukcesywnie: cukier, nabiał, mięso (na jakiś czas całkowicie). Ograniczyłam do minimum gluten - w domu mam mąki bezglutenowe ze śladowymi ilościami glutenu, niecertyfikowane więc nie mogę powiedzieć, że całkiem gluten odrzuciłam. Ograniczyłam też jajka, całkiem z nich nie zrezygnuję, bo je potrzebuję tym bardziej, że odstawiłam mięso. Kawę też na razie ograniczyłam, chociaż jest mi trudno. Próbuję sobie ją obrzydzić i wmawiam, że jest niedobra ;)

Poza tym do diety włączyłam ziemię okrzemkową, ostropest i własnoręcznie wyciśnięty sok z pokrzywy. Suplementuję wit E, probiotyki, magnez, wit B i wit D3. Ponadto piję napar z pokrzywy, skrzypu i krwawnika. Łykam też niepokalanek. 
Wszystkie krzaki pokrzywy jakie rosną dookoła są moje ;)


Zrobiłam to, co w ostatnim czasie zaniedbałam. Żyłam w stresie i nie pilnowałam diety - jedno i drugie wynikało z siebie nawzajem. Odkopałam też swój rower, odkurzyłam go i napompowałam, pierwsze kilometry za mną. 

Mój przykładowy jadłospis:

Na czczo ciepła woda z kurkumą, imbirem i sok z cytryny.
Na śniadanie: wegańskie placki/naleśniki z mąki owsianej, nasion chia i domowego mleka ryżowo kokosowego oraz wody. Podane z dżemem 100%.
Sok z pokrzywy - jest tak okropny w smaku, że dodaję soku pomarańczowego.
Na lunch talerz zielska:

Kapusta pekińska, rzeżucha z tunelu, krwawnik - akurat rośnie młody, mam go pełno dookoła, pomidor, szczypior, czarnuszka, prażony słonecznik i dressing z oliwy, soli, ziół i soku z cytrynu.

Na obiad wegańskie kotlety z pieczonych buraków... 

Albo bakłażan z pomidorami...


Albo pieczone ziemniaki z zielskiem. To zależy co akurat mam. Generalnie wróciłam do wytycznych z przed roku, które dostałam od lekarki. W związku z tym, że w moim brzuchu panuje bajzel to liczę chociaż na to, że ten bajzel nie będzie się pogłębiał. Nie wiem czy w ten sposób pozbędę się tego guza czy torbieli którą mam ale niech przynajmniej to dziadostwo nie rośnie. Nie mam pojęcia czy jestem w stanie powstrzymać rozwój choroby, być może jestem wobec niej totalnie bezsilna. Na tej wizycie zapytałam lekarza o sens stosowania diety i powiedział mi, że jest najbardziej warto. Przynajmniej mogę się w spokoju wypróżnić a moje cierpienie nie trwa każdego dnia nieprzerwanie.

Poza tym stosuję też okłady z oleju rycynowego, jeśli nie wieczorem to rano minimum 1h. Robię jednodniowe przerwy i na czas okresu.

Nie potrafię siedzieć bezczynnie i użalać się nad sobą. Nie mogłabym nie robić NIC i upajać się we własnym cierpieniu. Gdyby mnie było stać zrobiłabym sobie serię zabiegów z pijawkami. Natomiast przygotowuję się do tygodniowego detoksu jelit a następnie do oczyszczenia wątroby metodą Moritza.

To nie są zalecenia wygrzebane z internetu. Wszystko opiera się na Tradycyjnej Medycynie Chińskiej. Tak więc wracam do korzeni.

2 komentarze:

  1. pamiętaj wszystko stopniowo by Twój orgnizm nie doznał jakiegoś szoku

    OdpowiedzUsuń
  2. 1. Aniu, jak tygodniowy detoks jelit będziesz stosować? Czy mogłabyś napisać lub podesłać linka w tej kwestii?

    Dziękuję z góry za odpowiedź.
    Pozdrawiam,A.S.

    OdpowiedzUsuń