Popłoch

Od ubiegłej wizyty lekarskiej jestem na wypłochu.
Działam trochę jak tonący, który chwyta się wszystkiego.
W międzyczasie szukam informacji, pytam, czytam, rozmawiam.
Żeby nie zwariować.

Po 2 dniach płaczu odkopałam moje leki na nerwicę, dostałam też coś jeszcze na uspokojenie. Zbyt duży szok którego sama nie byłam w stanie ogarnąć. Potem poszło jak z płatka. Postanowiłam zadziałać dietą i zrobić absolutnie wszystko we własnym zakresie aby dotrwać, do terminu następnej operacji kiedykolwiek ona będzie. 

Po tygodniu wyrzuciłam z diety sukcesywnie: cukier, nabiał, mięso (na jakiś czas całkowicie). Ograniczyłam do minimum gluten - w domu mam mąki bezglutenowe ze śladowymi ilościami glutenu, niecertyfikowane więc nie mogę powiedzieć, że całkiem gluten odrzuciłam. Ograniczyłam też jajka, całkiem z nich nie zrezygnuję, bo je potrzebuję tym bardziej, że odstawiłam mięso. Kawę też na razie ograniczyłam, chociaż jest mi trudno. Próbuję sobie ją obrzydzić i wmawiam, że jest niedobra ;)

Poza tym do diety włączyłam ziemię okrzemkową, ostropest i własnoręcznie wyciśnięty sok z pokrzywy. Suplementuję wit E, probiotyki, magnez, wit B i wit D3. Ponadto piję napar z pokrzywy, skrzypu i krwawnika. Łykam też niepokalanek. 
Wszystkie krzaki pokrzywy jakie rosną dookoła są moje ;)


Zrobiłam to, co w ostatnim czasie zaniedbałam. Żyłam w stresie i nie pilnowałam diety - jedno i drugie wynikało z siebie nawzajem. Odkopałam też swój rower, odkurzyłam go i napompowałam, pierwsze kilometry za mną. 

Mój przykładowy jadłospis:

Na czczo ciepła woda z kurkumą, imbirem i sok z cytryny.
Na śniadanie: wegańskie placki/naleśniki z mąki owsianej, nasion chia i domowego mleka ryżowo kokosowego oraz wody. Podane z dżemem 100%.
Sok z pokrzywy - jest tak okropny w smaku, że dodaję soku pomarańczowego.
Na lunch talerz zielska:

Kapusta pekińska, rzeżucha z tunelu, krwawnik - akurat rośnie młody, mam go pełno dookoła, pomidor, szczypior, czarnuszka, prażony słonecznik i dressing z oliwy, soli, ziół i soku z cytrynu.

Na obiad wegańskie kotlety z pieczonych buraków... 

Albo bakłażan z pomidorami...


Albo pieczone ziemniaki z zielskiem. To zależy co akurat mam. Generalnie wróciłam do wytycznych z przed roku, które dostałam od lekarki. W związku z tym, że w moim brzuchu panuje bajzel to liczę chociaż na to, że ten bajzel nie będzie się pogłębiał. Nie wiem czy w ten sposób pozbędę się tego guza czy torbieli którą mam ale niech przynajmniej to dziadostwo nie rośnie. Nie mam pojęcia czy jestem w stanie powstrzymać rozwój choroby, być może jestem wobec niej totalnie bezsilna. Na tej wizycie zapytałam lekarza o sens stosowania diety i powiedział mi, że jest najbardziej warto. Przynajmniej mogę się w spokoju wypróżnić a moje cierpienie nie trwa każdego dnia nieprzerwanie.

Poza tym stosuję też okłady z oleju rycynowego, jeśli nie wieczorem to rano minimum 1h. Robię jednodniowe przerwy i na czas okresu.

Nie potrafię siedzieć bezczynnie i użalać się nad sobą. Nie mogłabym nie robić NIC i upajać się we własnym cierpieniu. Gdyby mnie było stać zrobiłabym sobie serię zabiegów z pijawkami. Natomiast przygotowuję się do tygodniowego detoksu jelit a następnie do oczyszczenia wątroby metodą Moritza.

To nie są zalecenia wygrzebane z internetu. Wszystko opiera się na Tradycyjnej Medycynie Chińskiej. Tak więc wracam do korzeni.

Komentarze

  1. pamiętaj wszystko stopniowo by Twój orgnizm nie doznał jakiegoś szoku

    OdpowiedzUsuń
  2. 1. Aniu, jak tygodniowy detoks jelit będziesz stosować? Czy mogłabyś napisać lub podesłać linka w tej kwestii?

    Dziękuję z góry za odpowiedź.
    Pozdrawiam,A.S.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga