niedziela, 13 sierpnia 2017

Konwencjonalnie kontra alternatywa.

Zdecydowana większość lekarzy powtarza jak mantrę,
że z endometriozą należy przez całe swoje płodne życie wstrzymać płodność.
Hormony na sztuczną menopauzę lub antykoncepcja mają być niejakim remedium na rozwój choroby.
Szkoda, że jest to kompletna bzdura.
Hormony nie działają.


10 lat z chorobą to 1/3 mojego życia. Być może choruję dłużej ale kto to wie? Przez te 10 lat wypróbowałam zdecydowaną większość powszechnych opcji "leczenia" endometriozy, proponowanej przez lekarzy. Niestety przekonałam się, że wszyscy u których byłam są głusi jak pień na moje kontrargumenty.

Jeśli jakikolwiek lekarz ma jakiekolwiek pojęcie na temat endometriozy pierwsze co robi po badaniu to wypisuje receptę na hormony. Ot tak bez większego zastanowienia czy mrugnięcia okiem. Jeb recepta i ma pani to brać - w przeciwnym przypadku choroba panią zeżre. Z takim wnioskiem kobieta opuszcza gabinet lekarski. I żyje w tym przekonaniu nawet długie lata. Trując się niemiłosiernie a endo jak było tak jest dalej.

Nie biorę hormonów bo to życiowa porażka. Brałam wiele rodzai antykoncepcji, nigdy nie zgodziłam się na nic więcej i dziękuję za to sobie samej! W czasie gdy brałam to gówno nie czułam się lepiej. Wręcz przeciwnie wpadałam z deszczu pod rynnę. Moje torbiele na hormonach zawsze rosły sobie dalej, brzuch także bolał nie mniej - niekończąca się historia.

Podczas ostatniej wizyty lekarskiej jednej z wielu w moim życiu, lekarka dała mi jasno do zrozumienia że mając endometriozę powinnam do końca moich płodnych dni żyć w niepłodności. Usilnie zalecała mi sztuczną menopauzę na zmianę z antykoncepcją przez jakieś 15-20 lat do czasu wejścia w naturalną menopauzę. W między czasie oczywiście kolejne operacje, bo przecież biorąc hormony i tak nie pozbędę się endometriozy.

Jest jeszcze jedno ALE - ja nie mam żadnych większych zmian ze strony endometriozy: brak torbieli, guzów czy większych ognisk. Moim problemem są kurewskie zrosty pooperacyjne. Bóle towarzyszące mi od 6 lat i trwające mimo przebytej operacji. Na zrosty nie ma żadnego leku, lekarze nie są w stanie mi niczego zaproponować ale hormony mam brać w imię chuj wie jakiej zasady. Jeśli kulminacja bólu następuję w dniach okresu to po co mi okres? Wezmę hormony, zablokuje cykl na długie lata, nie będę miała okresu więc ból z głowy i pacjentka z głowy.

No niestety nawet na hormonach, mając krwawienie z odstawienia ból nie odpuszcza i mówiąc o tym lekarzom mają to kompletnie w dupie. Zapytałam wprost czy mam szanse na poprawę jakości życia po kolejnej operacji: to jest rosyjska ruletka. Ryzyko, że nie będzie lepiej jest takie same jak po poprzedniej operacji. Może być lepiej ale mogą mi też uszkodzić wiele narządów wewnętrznych... i wpaść po raz kolejny z deszczu pod rynnę.

No więc jeśli nie biorę hormonów i nie chcę ich brać to jestem chujową pacjentką. Na problemy z zajściem w ciąże proponują mi in vitro. Rozumiecie co czuję? Jestem najzwyczajniej w świecie zbywana i zostawiona z bólem sama sobie.

Dlatego sięgam po wszelkie inne sposoby, alternatywne. Czy działają? W pewnym stopniu jak najbardziej ale mój organizm jest cholernie oporny na wszelkie metody leczenia. Wszelkie informację wyciągam z pod ziemi, przekopuję internety, książki co się da i próbuję wszystko po każdym głębokim zastanowieniu czy warto.

Lekarze oferuję tylko hormony i operacje, no jeszcze całą torbę leków przeciwbólowych - to wszystko wykańcza organizm. Skutki wieloletniej faszerki chemią są odczuwane całe życie. Jest mnóstwo kobiet, które zmagają się z chorobami serca, zakrzepicą, zmianami w piersiach, tarczycy, na wątrobie - dzięki powyższym.

Nie rozumiem logiki leczenia chorób układu rozrodczego za pomocą sztucznej niepłodności. Jeśli mowa o hormonach to mówimy o wywołaniu czasowej niepłodności. Niestety lekarze nie informują swoich pacjentek o przeciwwskazaniach stosowania hormonów, nie pytają o tryb życia i inne choroby a co najgorsze: nie zlecają żadnych badań. Mam tu na myśli badania hormonów, badania wątroby, przepływ krwi w żyłach itp. Nie informują również o tym, że wieloletnie przyjmowanie antykoncepcji może spowodować nieodwracalną niepłodność czyli bezpłodność. Nie informują również o tym w jaki sposób oddziałują na organizm hormony. Jeśli pacjentka zadaje pytania jest zwyczajnie ignorowana. Gorzej wtedy gdy lekarz totalnie olewa pacjentkę, która skarży się na skutki uboczne.

Jestem więc chujową pacjentką, nie stosującą się do zaleceń. Skarżę się na ból, wymagam badań i nie chcę brać hormonów - więc mam spadać. Moja lekarka rodzinna ostatnio proponowała mi tramal na bóle. Sprawdziłam na sobie również lek na zapalenie nerwu i przewodnictwo nerwowe - nie pomogło.

Odwiedziłam też kilku lekarzy medycyny niekonwencjonalnej. Wszystko fajnie ale leczenie u naturopaty jest przede wszystkim nie refundowane. Musiałabym mieć worek bez dna by pozwolić sobie na odwiedzanie wszystkich specjalistów po kolei. Jestem więc zdana sama na siebie. Mam dość wysłuchiwania wszystkich "najmądrzejszych" w swoim mniemaniu, bo na prawdę do tej pory nie spotkałam nikogo mądrego w dziedzinie medycyny, który pomógłby mi w efektywny sposób. Trochę mnie wkurwia to moje błądzenie w tym wszystkim ale wiem że nie mam innej opcji a żyć jakoś trzeba.

Hormony zrujnowały mi organizm i kompletnie nie pomogły w niczym. Metody alternatywne okazały się skuteczniejsze pod wieloma względami. Jeśli chodzi o mój ból to obstawiam problemy psychosomatyczne, duchowe i komórkowe. Istnieje taka teoria jak pamięć komórkowa organizmu, która pamięta ból poprzednich pokoleń/wcieleń. Istnieje również totalna biologia, która rewelacyjnie opisuje jak nasze relacje z ludźmi, myśli, emocje przekładają się na nasz stan zdrowia i odczuwanie bólu.



Poza tym co robiłam do tej pory aktualnie stosuję terapię LDN czyli niskie dawki naltrexonu, od niedawna piję jod czyli płyn lugola. Stosuję również garść witamin, minerałów i zioła. A także jogę! Zamierzam również zaopatrzyć się w NAC - N-acetylo Cysteaina i Serrapeptaza. Jeśli chodzi o dietę, nie trzymam jej tak restrykcyjnie natomiast nie odpuszczam podstawowych zasad.

Po przerwie zamierzam wrócić do ostropestu plamistego, ziemi okrzemkowej i soku z pokrzywy - przerwy kilku miesięczne w kuracjach są konieczne.

O tym co aktualnie stosuję nie poinformował mnie żaden lekarz. 

4 komentarze:

  1. No i masz kota 😊 koty układają się w chore miejsca. Podobno częstotliwość ich mruczenia wspomaga leczenie.

    OdpowiedzUsuń
  2. A spróbuj naprotechnologii. Tam lekarzom zależy na płodności i wyleczeniu pacjentki oraz na tym by zaszła w ciążę mimo endometriozy. Może i na zrosty coś pomogą. Poszlabym do kliniki która się naprotechnologia zajmuje. I zostaw jogę. To się kłóci z wiarą chrześcijańską i stanowi duchowe zagrożenie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zapytaj czego nie próbowałam. Z naprotechnologią też i napiszę Ci tak: poszło mnóstwo pieniędzy i guzik z tego wyszło. Naprotechnologia jest droga, za wszystko płacisz a ja pisałam wielokrotnie że mam dość nieskutecznych lekarzy.
      Jogi nie mieszam z wiarą. Równie dobrze ćwiczenia które wykonuję odnoszą się zarówno do strechingu jak i rehabilitacji. Mi wiara pomaga przetrwać ale na ból nie.

      Usuń
  3. Witam serdecznie, czytam Twojego bloga i mam coraz większe wrażenie, że on jest też o mnie i mojej sytuacji, od czterech lat próbuję zajść w ciąże, dwie laparotomie doprowadziły do usunięcia jajowodu na którym był wodniak i zrostów, które ciągną i szarpią, codziennie boli.. mam pytanie czy Ciebie też tak zrosty bolą, kłują? szarpią? ciągną? czy masz takie same odczucia jak ja? i jak się czujesz po serrapeptazie? czy odczuwasz jakaś poprawę? Ivonne

    OdpowiedzUsuń