Gdy ciało nie chce przyjąć nowego życia

Być może ten post sprawi, że niektóre z Was poczują się w jakiś sposób urażone.
Jakkolwiek, nie jest to mój cel.
Poruszę temat trudny, który trudno sobie samej uzmysłowić.
Zwłaszcza, jeśli zmagamy się z niepłodnością.



Wg totalnej biologii niepłodność to przede wszystkim wewnętrzna blokada i niechęć ze strony biologicznej, do wydania dziecka na świat. Wyobraź sobie, że masz w sobie wewnętrzny program, który blokuje możliwość do tego abyś została matką. Chociaż na poziomie świadomości, uważasz że nie pragniesz bardziej nic innego jak właśnie wydać dziecko na świat, tak na poziomie nieświadomości jest zupełnie inaczej. Logicznie wydaje się to bez sensu. Ale nie musimy do wszystkiego podchodzić na poziomie logiki. 



Szeroko pojęta genetyka jest również tym, co w totalnej biologii nazywa się mianem konfliktów rodowych. Zastanów się czy w Twojej rodzinie były przypadki straty dzieci: poronienia, śmierć dzieci po urodzeniu, aborcje. Takie historie zwłaszcza w przypadku aborcji (powszechne zjawisko w latach 50-70) świadczą o ogromnej niechęci do posiadania dzieci. O tym, że jakaś kobieta nie chciała mieć dzieci. Lub w przypadku poronienia czy śmierci dziecka - ogromny, głęboki lęk przed stratą. Jeśli przykładowo w Twojej historii rodowej, był takie historie, jeśli doświadczyła takiej straty Twoja mama, babcia, czy ciotki - a zmagasz się z problemem niepłodności, jest to jedna z przyczyn. Twój organizm może mieć w sobie program, który chce uchronić Ciebie przed tym, co spotkało kobiety w Twojej rodzinie. 

Pamięć komórkowa organizmu jest silniejsza od naszej świadomości. Biologia naszego organizmu jest zaprogramowana wg historii naszych przodków. Może to wydawać się niedorzeczne, lub absurdalne. Jednak warto się zgłębić w takie historie i zastanowić nad nimi. Podejmując się współpracy opartej o totalną biologię, wchodzi się w zupełnie nowe procesy, których celem jest uporządkowanie relacji rodzinnych a końcowym efektem uzyskanie radykalnego wybaczenia. W trakcie pisania listów wychodzi na jaw wiele skrywanych, głęboko w nas emocji oraz uczuć. Może być nawet tak, że w trakcie pracy dotrzemy do tego, czego przez większość naszego czasu wypieraliśmy się. 

W ostatnim czasie spotykam osoby, które są na etapie akceptacji swojej niepłodności. Faza w której stwierdzają, że odpuszczają starania i układają sobie życie tak jakby dziecka miało nie być. Zmiana polega na tym, że dotychczas osoby te robiły wszystko i podporządkowywały swoje życie pod starania i ewentualną ciążę. Rezygnując po drodze z wielu spraw, na rzecz domniemanej ciąży oraz pojawienia się dziecka. 

Moje ciało nie pozwala na wydanie dziecka na świat - tym jest właśnie niepłodność. Zupełnie tak jakby organizm próbował mnie chronić, tylko przed czym? Być może przed byciem matką lub przed doświadczeniem śmierci dziecka, które doświadczały kobiety w moim rodzie. Jak to określiła moja znajoma: "a może mój organizm mnie chroni przed tym, abym urodziła chore dziecko?" I owszem coś w tym może być. Pamiętam gdy będąc dzieckiem, tłumaczono mi czym jest poronienie: "czasami organizm odrzuca dziecko, które mogło urodzić się chore". Oczywiście, wszystkich przypadków poronień nie wpasujemy w ten schemat. 

Nie chcę podchodzić do tematu w sposób szablonowy. Przedstawiam jedną z wielu koncepcji, jaką jest totalna biologia. Ponieważ sama, od kilku miesięcy przerabiam swoje historie, konflikty i relacje z moimi przodkami - chcę się dzielić swoimi spostrzeżeniami. Zwłaszcza, że znajduję coraz więcej osób, które również dochodzą do tych samych wniosków. 

Akceptacja swoich wewnętrznych programów bywa kluczem do rozwiązania naszych problemów. Jednak nie zawsze. W dzisiejszym świecie, jesteśmy przepełnieni konfliktami. Mamy milion pretensji do naszych rodziców, o to jak zchrzanili nam życie. Tym trudniej uzmysłowić sobie, że to my dawno temu, sami wybraliśmy sobie tych rodziców. Dopóki będziemy żywić do nich urazy i wiele innych przykrych emocji, dotąd wiele naszych problemów nie zniknie. 

Całkiem do niedawna byłam święcie przekonana, że nigdy nie miałam więzi z moim ojcem. Zarówno do ojca jak i jego matki, odnosiłam się z niechęcią. Tymczasem, w trakcie procesów związanych z totalną biologią odkryłam, że jestem z nimi silniej związana niż mogłam przypuszczać! Co więcej! Okazało się, że zupełnie nieświadomie kroczę ich ścieżką i doświadczam tych samych zdarzeń, z którymi oni się borykali za swojego życia. Tylko, że ja przepełniona urazą i negatywnymi uczuciami, nosiłam w sobie ogrom pretensji do nich obojga. Czułam się ukarana, skazana z góry na porażki i negatywne doświadczenia życiowe. 
Nie mogę stwierdzić też, że moje życie cudownie się odmieniło. Natomiast będąc w fazie naprawczej, wiele się zaczyna układać. To jest mozolny proces, który może trwać jeszcze bardzo długo. Ponieważ aby było dobrze, lepiej, inaczej to to stare należy pożegnać, rozstać się, oczyścić. To wygląda jak proces odtruwania duszy i ciała. Przechodzę wszelkiej maści kryzysy i osłabienia, by za chwilę odczuć ogromne MOCE. Wraz z każdym uwolnieniem ciała i duszy od konfliktów, urazów i obciążeń pojawia się niesamowita ulga... oraz akceptacja. Akceptacja swojego stanu, samopoczucia i spokój. Nie emanuję taką niechęcią do otoczenia jak dawniej, nie noszę w sobie takiego gniewu i nie jestem tak wybuchowa. Zmiany zachodzą ale nie tak gwałtownie i radykalnie. Z resztą nie chciałabym radykalnej zmiany, mój organizm nie dałby sobie z tym rady. Głodówka lecznicza, to tylko pewna składowa i uzupełnienie terapii oraz procesów, przez jakie przechodzę. 

Po tych wszystkich akcjach, perturbacjach, aferach itp. poza spokojem i akceptacją stoi miłość. Przede wszystkim miłość do siebie samej. Ileż to ja razy słyszałam to pytanie: "Czy kochasz siebie samą?" Nie, nie kochałam siebie samej. Przepełniona po brzegi, niechęcią wobec wszystkich i wszystkiemu, również wobec siebie - nie umiałam kochać siebie samej. Obecnie odkrywam miłość do siebie. Wraz z oczyszczającym procesem uwalniania negatywnych emocji i uczuć, pojawia się miejsce na miłość.





Dziękuję Krzyśkowi i Karolinie za uruchomienie we mnie tych wszystkich procesów <3 






Komentarze

  1. Aniu nie znam Cię osobiście ale śledzę Twojego bloga od dłuższego czasu. Widać w Tobie zmianę, choćby po tym co piszesz i jak piszesz. Jest to głębsze, merytorycznie i składowo o wiele bardziej poprawne i bardzo sensowne. O wiele bardziej niż kiedyś trafia do mnie ta treść, jest naprawdę wartościowa i przydatna. Kiedyś było zbyt chaotycznie, emocjonalnie i miałam wrażenie że bardziej się chcesz popisać niż coś przekazać. I te wulgaryzmy- nie mam absolutnie nic przeciwko,bo czasem trzeba,ale mnie osobiście przeszkadzały w zrozumieniu treści.
    Mała rada- gdy zamieszczasz zdjęcie sztuki (tu rzeźby) to podaj jej nazwę i autora. Podsumowując swietny artykuł - kolejny, masz talent w przekazywaniu myśli i wiedzy- rób to dalej!!

    OdpowiedzUsuń
  2. Dziękuję ogromnie! To są efekty pracy którą wykonuje w ostatnich miesiącach. Zdjęcia biorę ze strony gdzie są darmowe pliki do pobrania. Nie ma więc autora.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niedawno poznałam ten blog ale podpisuję się w 100% pod tym. Pozdrawiam, Ewa.

      Usuń
  3. Cześć :) Bardzo wartościowy przekaz, napisany przystępnym językiem a przecież odnosi się do dosyć drażliwej tematyki w dzisiejszych czasach. Kontynuuj to co robisz!

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga