Zmiana o 180


Bardzo łatwo jest żyć w przekonaniu, że jesteśmy skrzywdzeni przez los,
przez życie, przez ludzi nas otaczających.
Łatwo jest mówić, że cały świat jest przeciwko nam.
Jeszcze łatwiej jest pielęgnować te przekonania, narzekać i oczekiwać, że cały świat zmieni nasze życie.
To nie świat ma się zmienić.
Tylko my sami.



Moje życie zaczęłam zmieniać prawie 3 lata temu. Kiedy zaczęłam wprowadzać zmiany, wiedziałam że będę potrzebować czasu. Dałam sobie no limit. Mając na uwadze, wprowadzenie zmian po 30 latach własnego życia może zająć kolejne, nawet dziesięciolecia. 

Miałam 3 głównie priorytety: 
1. Zdrowie i ból - który obezwładniał mnie i zdolności do normalnego życia.
2. Relacja z ludźmi w tym z rodziną.
3. Praca.

To były 3 filary, w których czułam ogromną blokadę energetyczną. Z poziomu świadomości, logicznego myślenia oraz fizyczności robiłam totalnie wszystko aby było lepiej. Tylko, że wciąż brakowało efektów. Byłam potwornie wkurwiona, sfrustrowana, wściekła, rozżalona, pełna gniewu i złości do wszystkiego i wszystkich. Wciąż zastanawiałam się jak to możliwe, że pomimo moich ciężkich wysiłków nie widać skutecznej poprawy? Jeśli w jednym było lepiej, to reszta i tak była rozsypana. 

Zdałam sobie sprawę, że mogłabym chodzić od lekarza do lekarza, robić operację za operacją, żreć leki garściami, suplementy, stosować milion sposobów i metod leczenia... i nic NIC tym nie osiągnąć. 

Musiałam zejść tam, gdzie większość ludzi nie ma odwagi zejść przez całe swoje życie. Zeszłam do własnej głębi, do najciemniejszych stron, do najgłębszych zakamarków duszy. Znacie ludzi w swoim otoczeniu, którzy to zrobili? Ja nie znam. Udało mi się to zrobić z pomocą 3 osób. Bez nich byłoby to niemożliwe. Blokada energetyczna była tak ogromna, że nieustannie waliłam głową w mur. Najpierw trzeba było ruszyć ten mur, żeby móc iść dalej. Kilka bardzo ciężkich sesji... po których nie było natychmiastowych efektów. Wszystko przyszło z czasem. Potem współpraca z Krzyśkiem i kilka spotkań oraz rozmów z Karoliną. Wyciągnęłam z siebie największy i najgorszy syf, który miałam w sobie przez całe dotychczasowe życie. Wszystko wychodziło ze mnie na poziomie zarówno fizycznym, duchowym jak i psychicznym. Będąc na samym dnie, bywało bardzo ciężko. Wiedziałam jednak, że nie mam kompletnie nic do stracenia, bo gorzej już być nie mogło. 

Wszystko co nas spotyka w życiu, jest po coś. Moje choroba też była po coś. Ona nie była z powietrza ani pozbawiona sensu.  To choroba zmobilizowała mnie do zejścia w dół i sięgnięcia samego dna. Momentów przełomowych było sporo, jednym z nich to dieta dr Dąbrowskiej. Ta dieta mocno mną sponiewierała. Podczas tej głodówki leczniczej przeszłam częściowe fizyczne i psychiczne oczyszczenie. Widziałam jaki syf wychodzi z mojego organizmu. Ten proces pokazał mi, że jeśli na coś się uprę to to zrobię. To był wstęp do tego co zrobiłam później. Pisałam o tym niemal rok temu Punktem kulminacyjnym była zbiórka pieniędzy na operację. To była najbardziej uwłaczająca rzecz, którą zrobiłam w życiu... a jednocześnie najpiękniejsza i najbardziej transformująca moje nastawienie do świata i ludzi. Prawdziwy katharsis. 

Kiedy miałam 12 lat, moja matka zbierała pieniądze żeby spłacić mieszkanie, które miała wspólnie z moim ojcem. Kiedy zrobiłam z Karoliną linię życia wszystko wydawało się być jasne. I stało się, bo zebrana kwota pieniędzy pokrywa się dokładnie z liczbą nie zapłaconych wobec mnie alimentów od mojego ojca (zaległości u komornika wieloletnie), oraz równowartością kwoty kredytu studenckiego jaki wzięłam aby móc się wykształcić i wreszcie kwoty, jaką moja matka zapłaciła ojcu za mieszkanie. Mój ojciec nie żyje od niemal 5 lat. Jeszcze przed założeniem w sierpniu zbiórki, kilka miesięcy wcześniej ojciec przyśnił się mojej siostrze, gdzie przekazywał naszej matce plik pieniędzy. I chociaż to może wydawać się kosmiczne, ja nie mam wobec tego wszystkiego żadnych wątpliwości. 

Dzięki podróży w głąb siebie, jaką odbywam od wielu, wielu miesięcy odkryłam wiele tajemnic, ciężkich historii rodzinnych i zrozumiałam na prawdę głęboki sens własnego życia, tego po co się pojawiłam na świecie i dlaczego dotknęło mnie długie, fizyczne cierpienie oraz ból, który wyprowadził mnie wielokrotnie na skraj wszelkiej wytrzymałości. Doskonale pamiętam ten stan, kiedy zwinięta w kłębek wyłam i pytałam dlaczego, muszę tak bardzo cierpieć? 

Dzisiaj wiem, że potrzebowałam 17 lat bólu po to aby móc zmienić swoje życie i moich bliskich. Aby też pokazać innym, że warto zrobić dosłownie wszystko, co się da. I jeśli Ci się wydaje, że już zrobiłaś/zrobiłeś wszystko jest to jedynie złudzenie. Mimo wszystko chociaż to irracjonalne z poziomu świadomości i logiki, bycie chorym oraz pławienie się w roli ofiary dawało mi nieustającą, ukrytą korzyść. 

Prowadzenie zbiórki pozwoliło mi totalnie zmierzyć się z rolą ofiary, mogłam dosłownie sięgnąć dna bycia ofiarą pokrzywdzoną przez los, życie i spieprzone dzieciństwo, przez ludzi którzy mnie obrażali... W trakcie zbiórki okazało się, że los, życie i ludzie nie są tacy źli ani okrutni. Pomimo hejtu, dostałam wsparcie od mnóstwa osób. Wspierały mnie osoby, z którymi w przeszłości rozstałam się w ogromnym konflikcie. Dostałam tyle dobrego słowa, wiary, otuchy że dostałam skrzydeł. Dzięki temu moje nastawienie do świata i ludzi zmieniło się o te słynne 180 stopni. To też pomogło mi przejść przez pobyt w szpitalu, długi czas z cewnikiem i okres rekonwalescencji. 

Podczas tych wszystkich procesów dotarłam do wypartych wydarzeń z dzieciństwa, zrozumiałam że gdy chorowałam będąc dzieckiem skupiałam uwagę swoich rodziców i wtedy następowało w domu tzw. zawieszenie broni. I to był jedyny czas kiedy mama poświęcała mi 100% swojej uwagi, bo poza tym była zapracowana i nie miała czasu...  Dotarłam też do tego, gdy przyszłam na świat już byłam wkurwiona na wszystko dookoła. Musiałam więc zmierzyć się z tym wkurwem, z nieznanego mi źródła z jakim przyszło mi żyć już po urodzeniu. I zaakceptować, wszystko po kolei. 

Jednym z etapów tej podróży było wyrzucenie żalu i złości do rodziców, wybaczenie im oraz 100% przyjęcie ich do siebie z pełną miłością. Takimi jacy byli kiedy byłam dzieckiem

Odkrywanie po kolei kart układanki własnego życia to jedno, zmierzenie się z tym to drugie, przepracowanie, przyjęcie, wybaczenie i zaakceptowanie. No i jak już się weszło w te procesy to nie ma od nich odwrotu. Kiedy odkrywam jedne karty i je układam, potem są kolejne. Warstwa po warstwie. 

Do momentu mojego wyjazdu do Dortmundu, nieustannie towarzyszyła mi chęć ucieczki od mojej rodziny. Czułam silną potrzebę zwiania gdzieś daleko. Nie czułam żadnej więzi ze swoim domem. Miałam wrażenie, że mój dom jest gdzieś w świecie. Gniotło mnie w środku ciśnienie, że powinnam rzucić wszystko. Rzucić męża, córkę, dom. Zabrać torbę i pójść gdzieś, gdziekolwiek indziej.

Teraz jest zupełnie inaczej. Po powrocie z Niemiec moja relacja z mężem przeszła przez istne trzęsienie ziemi. Najpierw był Armagedon a potem... nastał pokój i spokój. Nasza więź bardzo się wzmocniła a tym samym również moja z córką i domem. Potrzeba ucieczki po prostu rozpłynęła się. A ja czuję ogromną więź z moją rodziną i domem. Co więcej, każdy wyjazd poza domem znoszę z trudem i z wielką radością wracam do moich ukochanych domowników. A także do domu.

Teraz zmierzam się z PTSD - mam silny nawrót zespołu stresu pourazowego, po tym wszystkim. Czuję się jak alkoholik na głodzie, albo żołnierz który wrócił z wojny i wciąż jest gotowy do walki a nie ma z kim ani z czym walczyć... po kilku tygodniach od powrotu do domu poczułam potworną pustkę. Męczą mnie sny, w których tracę przytomność, widzę krew, szpital... Boję się, chociaż już nie mam czego.

Dzisiaj 1 marca świętuję największy życiowy sukces. CUD - CUDEM jest brak bólu przy okresie. 17 lat - ponad połowa mojego życia to był ból. Naprzemiennie: ból fizyczny i ból duszy, psychiczny.

Kiedy prawie 3 lata temu poddałam się operacji na NFZ i tuż po niej dowiedziałam się, że nie usunięto mi endometriozy, tylko zaledwie część -  byłam załamana. Wtedy też, w drodze powrotnej ze szpitala w Białymstoku podjęłam decyzję, że nadeszła najwyższa pora aby totalnie wszystko zmienić. Wtedy jeszcze nie wiedziałam na czym będzie polegała ta zmiana i jak będę ją przeprowadzać. Wszystko zostało rozłożone w czasie. Wiedziałam bowiem wtedy, że mam niewiele czasu i będę potrzebować kolejnej operacji. Wiedziałam też, że sama operacja mnie nie uzdrowi. Dlatego już wtedy, powoli zaczęłam schodzić w dół. W głąb siebie samej.

Bałam się tego zejścia. Wiele razy walczyłam, broniłam się, zawracałam. Robiłam 2 kroki do przodu i 1 w tył. Zatrzymywałam się w miejscu. Nie mogłam znieść tego, do czego docierałam. Kiedy po powrocie z Dortmundu i całej burzy zaczęliśmy ROZMAWIAĆ z moim mężem, ten mi powiedział m.in., że widział przez ten cały czas co się ze mną dzieje. I przyznał, że wielokrotnie był przerażony moim stanem. Jednak miał świadomość, że nie może mnie powstrzymać.

Wielokrotnie powtarzałam, że w leczeniu endometriozy podstawą jest odpowiednia dieta. To nieprawda. Żadna, nawet najlepsza dieta, najlepsze suplementy, leki, terapie, metody leczenia... nawet najlepsze operacje u najlepszych specjalistów na świecie, nie zdołają naprawić za nas tego, co jesteśmy w stanie zrobić tylko i wyłącznie MY same. Choroba jest w nas a nie w rękach lekarzy, dietetyków czy innych specjalistów. Źródło choroby jest w nas. Tylko my jesteśmy w stanie dotrzeć do tego źródła. Nikt za nas tego nie zrobi. A ponieważ jesteśmy różne, to źródło jest tak same inne u każdej z nas. Nie ma więc uniwersalnego sposobu, metody ani złotego środka na to aby wyjść z tej choroby. Ja wybrałam najtrudniejszą drogę, które zajęła mi dotychczas niemal 3 lata życia. I jeszcze się nie skończyła.

Czy to wszystko oznacza, że zwyciężyłam i mogę spocząć na laurach? Wcale nie. Moja podróż w głąb siebie nie dobiegła końca. Jeszcze wiele odkryć przede mną i historii do ułożenia. Jeszcze wiele spotkań i rozmów ze wspaniałymi ludźmi. Jeszcze wiele rodzai diet, protokołów, ziół do wypicia i suplementów do zeżarcia. Jeszcze wiele zabiegów pielęgnacyjnych i rehabilitacyjnych. Różnica polega na tym, że to wszystko będę robić dalej tylko, że z innej perspektywy niż dotychczas. 





 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga