Weryfikacja i zmiana kierunku: projekt, cel.



Ostatnio na facebooku napisałam tak:


"Na wszystkie pytania, odpowiedzi mamy w sobie.
Pod warstwą emocji i uczuć, doświadczeń, 
mechanizmów autoobronnych, schematów rodzinnych i programów. 
Te ostatnie mamy zazwyczaj w spadku. Z nimi przychodzimy na świat. 
Programy ujawniają się także na różnych etapach naszego życia.
Możemy nic nie robić. Nie ruszać, nie dotykać. 
Możemy żyć w głębokiej nieświadomości.
 Ale wtedy będę stać w miejscu. I nie zmieni się nic.
Pewnego dnia postanowiłam zabrać się za cały mój pierdolnik. 
Myślałam, że wystarczy wszystko poukładać i będzie cacy.
Ale tu wcale nie chodzi o to aby wszystko było poukładane i cacy.
Chodzi o akceptację, zrozumienie i zgodę. 

Potrzebna jest jedna rzecz: chociaż odrobina wolnej woli.
Cel? Efekt? Nie taki oczywisty
Wydawałoby się, że celem ma być zdrowie a efektem brak bólu.
W ostatnich dniach przekonałam się, że wcale nie to jest celem...
Akceptacja, zrozumienie, zgoda... i miłość. 
Bezwarunkowa miłość do siebie samej. 
Miłość z całym bagażem i nadbagażem." 💞💞 💞 💗 💗 💗 💞 💞 💞"



Dotychczas usilnie próbowałam dążyć do pełni zdrowia i życia bez bólu. Jednak zdałam sobie sprawę z tego, że to utopia. Po tym jak dopadły mnie bóle w najmniej oczekiwanym momencie: po diecie dr Dąbrowskiej, bardzo długim cyklu bez @ i zabiegach w sanatorium. Leżałam z @ w swoim pokoju w sanatorium i płakałam z bezsilności. Moja wspaniała współlokatorka zrobiła mi termofor z butelki po wodzie i skarpety, podała mocniejszy środek przeciwbólowy, troszcząc się o mnie w najcudowniejszy sposób. Cały schemat i scenariusz z przed kilku lat odtwarzałam ponownie. Wróciły te same emocje, uczucia... ogromna niechęć i odrzucenie do siebie i mojego ciała. Rozczarowanie i poczucie porażki. Bo jak to? Tyle robię i teraz TAK cierpię?

To samo powtórzyło się po powrocie z sanatorium wraz z kolejnym @. Kiedy znowu przechodziła przeze mnie ta sama schematyczna fala emocji i uczuć, w pewnym momencie przestałam z tym walczyć. Pozwoliłam jej przepłynąć przez siebie. Płakałam w ten sam sposób jak wtedy, dawno temu, gdy byłam dzieckiem. Mając 32 lata płakałam... ja wyłam niczym dziecko, bez żadnego skrępowania. 

Zabiegi w sanatorium i wzmożona aktywność fizyczna były jedną z wielu przyczyn takiej reakcji ze strony organizmu. Poza tym będąc w Krynicy Zdrój czułam się pod wieloma względami wspaniale. Miałam moc energii, siły i radości. Wiem, że odzyskałam tam pewną, utraconą część siebie. Miałam wspaniałych ludzi wokół siebie, przy których czułam się na 100% sobą i nie musiałam zakładać żadnej maski ani czegokolwiek ukrywać. A oni przyjęli mnie właśnie taką z krwi i kości. Będąc na wyjeździe chciałam czerpać pełnymi garściami, chłonęłam każdą sekundę pobytu. Chciałam nadrobić przeszłość i nasycić się na zaś do przodu. Dotknąć co się da, poczuć ile się da i wchłonąć jak najwięcej. 

Pierwszy raz od czasów dzieciństwa, wyjechałam z domu na tak długo. Spędziłam 3 tygodnie daleko od moich bliskich . Rozłąka z mężem i córką była trudna. Przeżywałam rozdwojenie jaźni, z jednej strony było mi wspaniale a z drugiej miałam wyrzuty sumienia, że porzuciłam moje dziecko. Drugi tydzień pobytu był najtrudniejszy, tym bardziej że moja córka codziennie płakała mi do telefonu mówiąc: "mama wracaj". 

Kiedy wróciłam do domu, zastałam bardzo wkurzone, pełne gniewu i żalu do mnie moje dziecko. Nie było łatwo wrócić na właściwe tory. Doskonale wiedziałam co czuje moja córka, ponieważ to były dokładnie te same emocje i uczucia, które ja przeżywałam wielokrotnie względem mojej matki w dzieciństwie, kiedy się rozstawałyśmy. Powrót do równowagi trwa nieustannie. 

ALE 

 Nie wiem dokładnie i konkretnie co się zadziało. Może to po prostu energia z kosmosu? Albo swego rodzaju cud? Magia? Na moim wyjeździe zyskała nie tylko moja dusza i psychika. Spektakularną zmianę przeszedł mój mąż i nasz związek. Tak jak gdyby rozłąka, czas i dzielące kilometry oczyściły naszą relację i zaliczyliśmy powrót na właściwy tor. 

Kilka miesięcy temu, na początku roku poczułam ogromne pragnienie wyjazdu z dala poza dom. Poczułam chęć aby to było miejsce, gdzie będę sama bez moich bliskich, gdzie to ktoś będzie mógł się mną zaopiekować. Gdzie mogłabym odpocząć... W lutym złożyłam skierowanie do miejscowego NFZ do sanatorium i czekałam. Jednocześnie poczułam, że w nadchodzące wakacje a dokładnie w lipcu doświadczę czegoś absolutnie dobrego i wspaniałego. Wiedziałam, że nadchodzi coś dla mnie bardzo przełomowego. I tak właśnie się stało. Tak też się dzieje. Ponieważ to nie był "tylko" wyjazd do sanatorium a życiowa podróż, która zapoczątkowała ogrom pozytywnych zmian. 



To również początek niezwykłych, budujących i pełnych akceptacji relacji z ludźmi. Z którymi jesteśmy w nieustannym kontakcie. ❤❤❤❤

Mój wyjazd i powrót do domu przypieczętował mały armagedon w mojej przestrzeni, który również istotnie wpłynął na moich bliskich. To jeszcze nie wszystko. Ostatnie miesiące i tygodnie to też uruchomienie programów i przejście przez górę, przed którą dotychczas uciekałam i chowałam się. Tym razem stawiłam jej czoła. Wdrapałam się na szczyt i poszłam dalej. Przeżyłam jak wszystko inne do tej pory. To pozwoliło mi zweryfikować dotychczasowe cele, do których dążyłam mniej lub bardziej udolnie. Przekierować projekt cel ze zdrowia i braku bólu na akceptację, zrozumienie, zgodę i miłość do siebie samej wraz z całym pakietem.


P. S. Będąc w Krynicy, rozmawiałam z lekarzem i rehabilitantami, którzy uprzedzili mnie, że po zabiegach i wzmożonej aktywności mogę mieć nasilone bóle. Z jednego, bardzo prostego powodu: tkanki wewnątrz organizmu, zwłaszcza te po chorobie i operowane są mocno naruszone.






Komentarze

Popularne posty z tego bloga