Nie zazdrość


Gdyby mi ktoś rok temu powiedział mi, że dzisiaj...
Będę kochać siebie, swój dom i moich bliskich jeszcze bardziej.
Z tej miłości stworzymy 2 CUDA w moim ciele.
Przez kilka miesięcy po operacji nie będę miała nawrotu endometriozy.

Nie uwierzyłabym.
To co się wydarzyło, zaledwie w przeciągu roku to istny kosmos.
Inny wymiar.
Inne życie.

Nie zazdrość.
Bo droga którą do tego dążyłam była bardzo ciężka.
A nic nie stoi na przeszkodzie, abyś Ty weszła na swoją drogę.



Zdarzało mi się, że czułam ukłucie zazdrości, bo ktoś ma z czymś łatwiej, lepiej niż ja. Bo ja muszę się zarzynać, na zapierdalać, orać i robić więcej. Karciłam samą siebie za to uczucie. Natomiast w głównej mierze zazdrość, działa na mnie motywująco: ktoś ma lepiej ode mnie? Dlaczego ja mam też tak nie mieć? Jasne, muszę zakasać rękawy ale nie jest to coś niemożliwego. 

Tak to wygląda z mojej strony. Znacznie gorzej to wygląda z drugiej strony - tej która zazdrości mnie. Wierzcie mi, tyle ile ja doświadczyłam zazdrości ze strony otoczenia, mogłabym obdzielić tabuny ludzi. 

Do dnia dzisiejszego są osoby, które wyrwałyby mi dom z gardła, męża i córkę. Są osoby, które zachlastałaby mi twarz. Wielokrotnie byłam postrzegana przez pryzmat wyglądu, przez co przez długie lata nienawidziłam swojej twarzy i nie mogłam na siebie patrzeć. Nienawiść do siebie samej, przekładała się na całokształt mojej osoby. 

Od ponad 3 lat leczę się holistycznie. Wg pojęcia holistic - oznacza całościowy. Na przestrzeni czasu i doświadczenia mam głęboką świadomość o tym, jak bardzo nasze emocje i uczucia mają wpływ na zdrowie oraz odczuwany ból i cierpienie. Zwłaszcza gdy mamy do czynienia z chorobą o nie znanym podłożu, której przyczyna jest tak na prawdę nie wiadomo skąd. 

Endometrioza to choroba na tle kobiecości, rozrodu, seksualności oraz szeroko pojętego domu. Te wszystkie aspekty mieszają się i u każdej kobiety przejawiają na różnych poziomach mniej lub bardziej. Zdecydowana większość kobiet na tle okrutnie bolesnych miesiączek odczuwa szereg negatywnych emocji i uczuć względem swojej kobiecości, ciała, organizmu a zwłaszcza swojego brzucha - miednicy mniejszej i macicy. Bo przecież przez lata nam wmawiano, że okres czyli krwawienie miesięczne jest jednym z głównych atrybutów bycia kobietą. 

Nie dalej jak wczoraj moja dobra znajoma, przypomniała mi jak byłam kiedyś wściekła i odgrażałam się, że nienawidzę mojej macicy i kiedyś ją wypierdolę. Wiem, że na przestrzeni lat osoby, które zżerała (niektórych wciąż zżera) zazdrość wobec mojej osoby kompletnie nie wierzyła w to, że jestem osobą chorującą i cierpiącą. Patrzono na mnie przez pryzmat osoby, pasożyta który dla wygody nie pracuje, żyje na łasce męża, który w dodatku biedny zaciąga kredyty na budowę domu a ja tylko leżę i pachnę. Nieważne co wtedy się ze mną działo. Nieważne w jakim stanie fizycznym i psychicznym wtedy byłam. To nie obchodziło tych osób. I tak, łatwo jest powiedzieć "nie przejmuj się". Ale to tak nie działa. To boli. I ten ból dokłada się do tego co i tak człowiek odczuwa. 

Te negatywy wciąż do mnie docierają i będą docierały. Zważywszy na moje działania w sieci i to, że się udzielam w mediach społecznościowych - nie pozbędę się takich osób. Jest jednak pewien drobny szczegół.

Wszystko co wysyłamy w świat w naszych słowach i myślach wraca z powrotem do nas, jak bumerang. Zarówno w słowach, myślach jak i czynach. Pewnego dnia, pewna wspaniała osoba bardzo dogłębnie uświadomiła mnie jakie moce kryją się za naszymi emocjami i uczuciami względem siebie, ludzi, otoczenia i całego świata.

Wszystko co negatywne, mieszczące się w ciemnej strefie i jest określane mianem złym - wraca do nas z poczwórną mocą.
Wszystko co pozytywne, mieszczące się w światłości, co jest określane mianem dobra - wraca z taką samą lub podwójną siłą. 

Nauczyłam się jeszcze jednego. Kiedy ktoś jest w stosunku do mnie okrutny wystarczy chwilę odczekać, wziąć głęboki oddech i obserwować... jak ten ktoś upada w dół wraz ze swoimi negatywnymi intencjami. Przekonałam się o tym wielokrotnie. I to nie jest tak, że ja tym ludziom życzę źle. Po prostu, każdy ma to, na co sam zapracował. 

Nie zazdrość - bo to może pociągnąć Cię w dół. 
Potraktuj zazdrość jako kopniaka motywacyjnego aby wziąć się za siebie i zacząć działać. 
Nie wszystkie emocje i uczucia określane jako negatywne są złe same w sobie. Nie musisz się karcić ani odczuwać wstydu czy złości na siebie. Mamy prawo do szeregu uczuć i emocji. O ile nie idziemy za tym w dół i nie zaczynamy rzucać negatywnych życzeń w kierunku danej osoby - to i tak do Ciebie wróci. 

Po 5 latach niepłodności, zupełnie bez specjalnych starań, bez wspomagania - ot tak zaszłam niespodziewanie w ciążę. I to bliźniaczą. Szok, ogrom szczęścia pomieszanego z lękiem i przerażeniem. Jednocześnie odczułam na plecach zazdrość tych, którym się nie udaje. 

Ja także na przestrzeni mojej niepłodności wtórnej odczuwałam ukłucie zazdrości i złości na siebie za tą zazdrością w kierunku kobiet którym się udaje a mi nie. Denerwowało mnie to, z czasem zaczęłam powtarzać: jeśli kobieta ma zdrowie i jest gotowa to zachodzi w ciążę, ja nie mam zdrowia i nie jestem gotowa. Co więcej, na przestrzeni holistycznej pracy nad sobą w tym nad psychiką i duszą odkrywałam kolejno co się kryje w mojej nieświadomości za niemożnością zajścia w ciążę. Tak, odkryłam dokładnie gdzie tkwi przyczyna i tkwiła ona w głębi mojej duszy, która przekładała się na blokadę fizyczną ciała. Kiedy to odkryłam, otwarcie się do tego przyznałam - przed samą sobą - pogodziłam się z tym, zaakceptowałam. Zamierzałam iść z tym tematem na dalszą terapię. I okazało się, że blokady puściły i wszystko co stosowałam przez te ostatnie miesiące i lata zadziałało a ja zaszłam szczęśliwie w ciążę. 

Z jednej strony patrząc - udało się ot tak.

Z drugiej strony - jest to efekt długiej i ciężkiej pracy. Pracy z ciałem, organizmem, psychiką i duszą. Pracy z samą sobą. Wymagało to ode mnie podstawy - przestać uciekać przed sobą, tylko zatrzymać się, stanąć i wejść w głąb siebie. 

Czy ciąża bliźniacza jest ostatecznym sukcesem? Osiągnięciem celu? Dobiegnięciem do mety?

Nie.

To nie jest koniec. To jest początek, nowego etapu, nowego rozdziału, wejścia na kolejną drogę, wydeptania nowej ścieżki i dalszej pracy nad sobą. Przede mną drugie starcie z jednym z najcięższych moich życiowych tematów - macierzyństwem. To też szansa aby przeżyć macierzyństwo z innej perspektywy, inaczej niż ponad 8 lat temu, kiedy urodziłam moją córkę. 

Wyzwanie życiowe i szansa, przede wszystkim.







Komentarze

Popularne posty z tego bloga