Tu i teraz


Miałam wrażenie, że coś mi umyka.
Jednocześnie chciałam nadrobić przeszłość, teraźniejszość i czerpać garściami na zaś, do przodu.
Ciężko było zaakceptować nieoczekiwaną życiową zmianę i zatrzymać się.
Próbowałam biec dalej z nowym "ciężarem" ale się nie dało.
Wszystko, dosłownie wszystko musiałam wywrócić do góry nogami i zatrzymać się.
Tak wyhamować, żeby przy tym nie wybić sobie zębów.
Ważne jest tu i teraz.



Odpuszczenie czegokolwiek jest dla mnie trudne. Jeszcze gorsza jest niemoc, bezsilność i nic nie robienie. Przypomniałam sobie o tym, że to zatrzymanie, zwolnienie na maxa to jedyny sposób aby przepracować to, na co wcześniej nie było odpowiedniego czasu. Ten czas jest właśnie teraz. 

Ile możne zrobić dla swojego zdrowia i życia we własnym zakresie?

Bardzo dużo, możliwości jest wiele. Jednak większość czasu zabiera nam okrężna droga. Zwłaszcza ta, gdzie oczekujemy że to ktoś lub coś nas uzdrowi bez naszego wkładu i wysiłku. Tak byłoby najłatwiej i najprościej: pyk operacja, pyk tabletka - i nie ma choroby, nie ma "problemu". Nic więcej, życie płynie dalej bez wysiłku z naszej strony.

Żyłam w takim przeświadczeniu przez 28 lat swojego życia. Niemal 4 lata temu zdałam sobie, że tkwię w błędnym kole. Kolejna operacja za mną i tony środków farmakologicznych. Choroba zamiast znikać szalała w najlepsze. Poziom negatywnych emocji, uczuć i frustracji był ogromny. Dopiero po długim czasie pracy nad psychiką i duszą dobitnie uświadomiłam sobie jak mocno tkwię w roli ofiary. Jednocześnie przy tym, wciąż powtarzając że mam dość choroby, bólu, cierpienia i chcę być zdrowia. Przecież każdy rozumny człowiek chce być zdrowy. 

Ale w przypadku takiej choroby jaką jest zaawansowana endometrioza nie istnieje złoty środek ani człowiek na świecie, który nas cudownie uleczy. Nie ma lekarza, który przeprowadzając najlepszą operację da nam gwarancję, że choroba nigdy nie wróci. 

Nie wiadomo czy kiedykolwiek zostanie odkryta przyczyna choroby. 

Oczekiwanie więc, że specjalista lub specyfik nas uleczy jest marzeniem ściętej głowy. Za mną niemal 4 lata własnej, indywidualnej ścieżki dążącej do poprawy jakości życia i zdrowia. Moim największym sukcesem jest niska aktywność endometriozy, która wyszła w trakcie operacji w Dortmundzie, brak nawrotu przez 8 miesięcy oraz ciąża. 

Ale ja pewnego dnia podjęłam decyzję i postanowiłam zrobić dosłownie wszystko, co jest możliwe we własnym zakresie aby to wszystko osiągnąć. Jednocześnie łącząc dobrą chirurgię, diety, dbanie o ciało, ciężką pracę terapeutyczną z emocjami, psychiką i duszą - tak, będę o tym powtarzać do znudzenia. Od uświadomienia sobie swoich nawyków, przyzwyczajeń i programów w których tkwiłam przez te wszystkie lata, po totalną zmianę trybu i stylu życia.

Zastosowałam cały wachlarz metod konwencjonalnych i niekonwencjonalnych, operacje, farmakologie, diety, suplementy, kuracje... wiele razy uważałam, że robię WSZYSTKO. Ale to nie prawda. Nie zrobiłam wszystkiego. 

Wpadłam w pęd, chcąc nadrobić jak najwięcej aby przyszłość była jak najlepsza. W trakcie procesów i ścieżki terapeutycznej dotarłam do miejsca, gdzie uświadomiłam sobie ogrom blokad wewnętrznych, które stanowiły przeszkody aby zajść w ciążę. W chwili gdy to wszystko do mnie dotarło, czyli w czasie kiedy uruchomiłam plan B pt: "nie będę więcej w ciąży, nie teraz" ja w tą ciążę zaszłam. Ot tak, od niechcenia, bez starań. Kiedy właśnie pędziłam dalej.

Biegłam wciąż do teraz, kiedy już biec więcej się nie da. Kiedy brutalnie zostałam zatrzymana. Żeby skupić się na tym co jest tu i teraz. I właśnie dopiero teraz zaczynam celebrować czas ciąży, teraz kiedy muszę leżeć i praktycznie nic nie robić. Teraz mam czas na to aby skupić się na tym stanie w jakim jestem. Odpuścić walkę z samą sobą, zajrzeć w głąb obecnych emocji, uruchomionych programów, schematów. Przeżyć ciążę całą sobą, przygotować się na powitanie dzieci.

A przede wszystkim pracować nad relacjami z bliskimi. Teraz jestem dla siebie i dla nich. Nie muszę dalej biec ani spieszyć się. Zwolniłam obroty poniżej wszelkiego minimum. 

Życie to etapy, bywa że w jednym tkwimy latami albo i większość naszego życia. Mamy wrażenie, że czas ucieka nam przez palce, tkwimy w martwym punkcie. A może właśnie o to chodzi aby się zatrzymać i zajrzeć w głąb siebie tam, dokąd dotychczas nie byliśmy w stanie?

Dla mnie endometrioza do pewnego czasu stanowiła taki etap: żyłam w bezsilności i w niemocy. Dobitnie sobie o tym przypomniałam teraz, będąc w zagrożonej i leżącej ciąży. Jednak zdałam sobie sprawę, że przecież tamten etap jest za mną i obecny też minie za jakiś czas. To ode mnie zależy jak przeżyję teraz i jakie życiowe lekcje z tego okresu wyciągnę. 

Kiedy żyjemy w pędzie i ciężko nam się zatrzymać, jeszcze trudniej przychodzi odłożenie całego dotychczasowego życia i skupienie pełnej uwagi na tu i teraz. Bo plany, bo praca, bo nie teraz, bo nie ma czasu. Ile razy przegapiliśmy sygnały aby się zatrzymać? 

Nie wiem na jaki czas udało mi się zatrzymać endometriozę. Wciąż odczuwam niepokój i lęk przed bólem. Natomiast wiem na pewno, że dzięki chorobie stałam się innym człowiekiem i dzięki drodze jaką przeszłam znowu jestem w ciąży. W ciąży, której miało nie być, na którą nie dawano szans. Teraz kiedy nie jestem w stanie pracować zawodowo, nie mogę wyjść z domu, do sklepu, zawieźć i odebrać dziecko ze szkoły... i wielu innych rzeczy. Teraz kiedy zostałam wyrwana z pędu i nie mogę dalej biec... teraz jest czas aby ponownie wejść w głąb siebie. Aby przeżyć ponownie macierzyństwo z innego punktu niż 9 lat temu. Z poziomu głębszej świadomości.










.

 

Komentarze

Publikowanie komentarza

Popularne posty z tego bloga